 |
|
 |

 Zwykły człowiek i prorok

Zwykły człowiek:
O, proroku, skoro już cię widzę - już długo obserwuję was prachrześcijan. Jak się z wami rozmawia, to jesteście bardzo fajnymi ludźmi, takimi otwartymi, tylko dziwnie wierzącymi. W międzyczasie myślę sobie, że to, co mówią wszyscy w kościele niezupełnie gra, bo mam z wami często do czynienia. Wciąż kupuję coś w waszym centrum handlowym, od czasu do czasu odwiedzam wasz kościół - no, wy nazywacie to "Wewnętrznym Kościołem Ducha Chrystusowego" i chciałem zobaczyć co u was jest innego niż u nas, katolików lub ewangelików. Nie bardzo wiem do czego dopasować wiele z tego, co tam mówicie, ale co nieco mi świta. W waszym kościele podoba mi się, że wszystko jest tak na luzie i to, jak się zachowujecie. Że w tej waszym Wewnętrznym Kościele Ducha Chrystusowego można się pośmiać, ale że można tak samo o wszystko zapytać - to mi się podoba najbardziej. Nie zawsze rozumiem wasz sposób mówienia, no ale każdy ma swój "dialekt". Tak myślę, że może to, co jest inne u was prachrześcijan, to też jakiś dialekt.
Proroku, już dawno chciałem o coś zapytać: Czy wy wszyscy jesteście tacy święci, że nie chodzicie do żadnej knajpy? Nie możecie sobie wypić kufla piwa lub kieliszka wina? Dlaczego nie jecie kiełbasy ani żadnego mięsa?
Odpowiedź proroka:
Cieszę się, że mnie zagadnąłeś i to tak otwarcie, swobodnie i bez zastrzeżeń. My prachrześcijanie - do których zaliczam także siebie, bo prorok, jak i ty mnie nazywasz, nie jest niczym szczególnym - staramy się brać na poważnie przykazania Boże i Kazanie na Górze Jezusa i krok po kroku stosować je w codziennym życiu. Jednemu udaje się to lepiej, drugiemu gorzej, ale wielu się stara i to jest istotny czynnik w naszym życiu - w życiu nas wszystkich. Ten, kto codziennie się stara mierzyć swoje myślenie i zachowanie przykazaniami Bożymi i Kazaniem na Górze, osiągnie kiedyś przezwyciężenie tego, co w nim ludzkie, a więc największych grzechów i w ten sposób będzie się bardziej podobał Bogu, bo będzie coraz częściej robił to, czego Bóg chce.
Byłoby dobrze, gdyby niektórzy z tych, którzy nas obserwują porozmawiali z tymi, których obserwują, tak jak ty, całkiem swobodnie. Wtedy szybko by się dowiedzieli, że wielu, tak jak mówisz, jest "fajnymi ludźmi", którzy na poważnie biorą swoją wiarę.
Czyż całe ziemskie życie nie jest staraniem się, żeby osiągnąć coś, co uważa się za warte dążenia? Wielu z nas prachrześcijan chce znaleźć bliskość Boga - to naturalnie nie przychodzi samo z siebie; trzeba być konsekwentnym wobec siebie samego, ale jeśli tego chcemy i wkładamy w to odpowiedni wysiłek możemy zrobić wiele kroków do Tego, który jest Ojcem nas wszystkich. Może dlatego, że staramy się robić kroki do Boga, wydaje ci się, że - jak mówisz - jesteśmy tak "dziwnie wierzący".
Nie wiem czy jesteś protestantem czy katolikiem; nie jest to zresztą istotne. My, prachrześcijanie widzimy we wszystkich ludziach naszych braci i siostry, bo mamy jednego Boga, jednego Ojca, którego dziećmi wszyscy jesteśmy. My, prachrześcijanie, wierzymy w Prawdę, którą częściowo można znaleźć także w Biblii. Tę Prawdę z Biblii można wydobyć tylko wtedy, kiedy codziennie stara się zbliżyć do Boga przez stopniowe wypełnianie przykazań Bożych. Przez to rozszerza się duchowy horyzont i człowiek staje się bardziej wyczulony na Prawdę i nieprawdę.
Mówiąc o "dialekcie", na który - jak mówisz - zwróciłeś uwagę w Wewnętrznym Kościele Ducha Chrystusowego, na spotkaniu wszystkich szukających Boga, nie masz na pewno na myśli najróżniejszych sposobów wymowy, które pochodzą stąd, że my, prachrześcijanie, przybyliśmy tu z różnych miejsc, z całego obszaru niemieckojęzycznego i z wielu innych krajów tej ziemi.
To, co być może różni nas od wielu - nie od wszystkich - chrześcijan kościelnych, to to, że wierzymy, że wszystko, co wysyłamy w myślach, słowach i czynach, z powrotem do nas wróci, i że przez to sami tworzymy swoją radość i swoje cierpienie. Dlatego reagujemy całkiem inaczej na wszystko, co nas spotyka, i mówimy tak samo inaczej, niż niektórzy katolicy lub protestanci - ale nie dlatego, że jesteśmy kimś innym.
Czy jesteś katolikiem czy protestantem, w waszej Biblii jest przecież napisane: Bóg nie pozwoli z siebie kpić, gdyż wszystko, co człowiek sieje, będzie też zbierał. Być może dlatego mamy inny sposób mówienia, bo wszyscy wierzymy w tą prastarą chrześcijańską naukę.
Cieszę się, że się zastanawiasz - czego wielu nie czyni - a więc myślisz o tak zwanych zwierzchnikach kościelnych i nie wierzysz w ich słowa bez sprawdzenia ich. Zawsze było tak, że kościoły urzędowe nazywały i wciąż jeszcze nazywają sektą wszystko i wszystkich, którzy nie kierują się na ludzi, na ludzkie dzieła i prawa, ale dążą do tego, żeby wstępować w ślady Jezusa, a więc spełniać prawo Boże. Do tego nie potrzeba oczywiście żadnego zewnętrznego kościoła, żadnych rytuałów, ceremonii i dogmatów; gdyż Jezus czegoś takiego nie nauczał. Do tak zwanych pełnomocników do spraw sekt dołączają się też inni jednostronnie zorientowani na instytucje i niektórzy kapłani, którzy boją się, że ich owieczki przejdą do prachrześcijan przez co taki kapłan i jego urząd stanie się zbędny.
Każdy myśli, a kto sprawdza swoje własne myśli, ten stopniowo poczuje co inni ukrywają w swoich słowach. Wtedy osiągnie rozpoznanie, że wszyscy, którzy są zorientowani jednostronnie na instytucje i przez tę stronę są opłacani, muszą poniżać innych, żeby wyróżnić się w oczach swoich przełożonych.
Także mali duchem, którzy puszą się, żeby wydawać się wielkimi wstępują w ślady tak zwanych pełnomocników do spraw sekt lub kapłanów. Dowartościowanie przez "przełożonego" jest wtedy ich "zapłatą". Niektórzy idą ścieżką zniesławiania innych również po to, żeby nie było widać ich własnych niskich stron. Instytucje kościelne również muszą odwrócić uwagę, żeby nie można było rozpoznać ich machinacji. Dlatego świecą innym w oczy swoimi pozorami - pozorną świętością, która w znacznym stopniu utraciła już swój "połysk".
Mówisz, że od czasu do czasu odwiedzasz Wewnętrzny Kościół Ducha Chrystusowego i że my często śmiejemy się tam z całego serca. Dlaczegóż by nie? Bóg jest też Bogiem radości. Bóg nie jest Bogiem teologii, która chce Go wprasować w schemat nazywany sakramentem, rytuałem czy prawdą wiary, którego zawartość i przez to wartość jest mieszanką ludzkich intelektualnych wyobrażeń wymyślonych samowolnie, żeby uzyskać władzę nad szukającymi Boga, aby ich związać i zatrzymać w związaniu - Nie jest to jednak prawo Boże, Jego święta wola, z której wytryska woda życia.
Ludzie przypisali Bogu, Odwiecznemu, posępność, groźność, niemiłosierność i chęć karania, ale to nie jest niczym innym jak tylko odzwierciedleniem ich własnego braku miłości. Zaciemnienie obrazu Boga dokonało się, kiedy wiedzę o prawie siewu i zbioru, którego nauczał jeszcze Jezus, odebrano człowiekowi, żeby ten nie był więcej w stanie rozpoznać, że wszystko, co go spotyka, jest następstwem jego własnego myślenia i postępowania. Niewytłumaczalność swojego losu człowiek przypisał wtedy nieobliczalnemu, niemiłosiernemu Bogu i szukał swojego zbawienia u tych, którzy dowodzili, że tylko oni mają je w swoich rękach. O miłości Boga mówiło się jeszcze wprawdzie i mówi - ale który ze znajdujących się w beznadziejnej nędzy i kłopotach może rzeczywiście w to wierzyć.
Czyn Zbawczy Jezusa, Chrystusa, Dobra Nowina, także pozostał zamglonym wyobrażeniem, bo nikt właściwie nie wie, z czego miałby się cieszyć, gdyż w każdą niedzielę ma przed oczami przybitego do krzyża Jezusa, który zamęczony i zadręczony żałośnie wisi na krzyżu. Obraz nędzy i bezsilności. Śpiewa się wprawdzie "Jezus żyje, z Nim i ja", ale niejasne pozostaje w jaki sposób, czy to Prawda. Tylko boskiemu sednu naszej duszy, sile zbawczej Chrystusa w naszym sercu zawdzięczamy to, że iskra nadziei nie mogła zgasnąć w człowieku.
Zwykły człowiek:
Proroku, czy prachrześcijanie rozmyślają w Wielki Piątek o cierpieniu i umieraniu Jezusa i czy świętują też w Wielkanoc Jego zmartwychwstanie?
Prorok:
Masz szczególny dar poruszania drażliwych tematów. Teraz drogi bracie ja mam dla ciebie zagadkę. Przez wszystkie lata w dół i w górę, w dół i w górę, w górę i w dół, w górę i w dół. Co to jest?
Zwykły człowiek:
Nie wiem co masz na myśli. Myślisz może o katolickim kościele, w którym klęka się i wstaje podczas mszy? Albo o wstawaniu i siadaniu w czasie mszy ewangelickiej? Jeśli to masz na myśli, to muszę ci powiedzieć, że to po prostu należy do naszej tradycji.
Prorok:
Nie to miałam na myśli, ale przebieg tak zwanego roku kościelnego. Każdego roku na nowo. Pod tradycją w dół i w górę, w górę i w dół, rozumiem z jednej strony o święta Bożego Narodzenia a z drugiej Wielkanoc. Na Boże Narodzenie jest tak: przynosi się woskowe i drewniane figurki ze strychu, odkurza się je i wkłada na kilka dni do żłobka, przy którym zgodnie ze zwyczajem śpiewa się sentymentalne nabożne pieśni, żeby potem po świętach Bożego Narodzenia zanieść wszystko z powrotem na strych. A więc najpierw w dół, a potem na górę. Po Bożym Narodzeniu czar pryska. Zaczyna się karnawał i zapusty. Na Wielkanoc jest podobnie jak na Boże Narodzenie. Każdego roku powtarza się to samo. Przed świętami okrywa się krzyż fioletowym materiałem i w ten sposób ukrzyżowany znika. W tym czasie powinno się, podkreślam świadomie, powinno się - bez względu na to, czy katoliccy chrześcijanie to czynią czy nie - rozpamiętywać cierpienie i śmierć Jezusa. W Wielki Piątek znów odsłania się ciało na krzyżu, a w niedzielę wielkanocną kościelni chrześcijanie świętują zmartwychwstanie Pana. Wtedy często pokazuje się krzyż bez ciała. Kilka dni później wiesza się Jezusa zgodnie z tradycją znów na krzyż. A więc również w czasie Wielkiego Tygodnia jest "w dół" przez ściągnięcie ciała i po odkryciu krzyża znów "w górę" przez powieszenie ciała. A więc również w święta wielkanocne w dół - i w górę.
My, prachrześcijanie upamiętniamy cierpienie i śmierć Jezusa dziękując Chrystusowi za to, że wypił dla nas, ludzi, ten kielich goryczy. W podziękowaniu Mu leży też nasza obietnica, że krok po kroku będziemy czynić to, co przykazał nam w swoim Kazaniu na Górze: "A kto tej Mojej nauki słucha i czyni ją będzie przyrównany do mądrego człowieka, który zbudował swój dom na skale." Nie jemy też w Wielki Piątek żadnych ryb ani wędzonej i poświęconej szynki w niedzielę wielkanocną. W ogóle nie jemy mięsa ani ryb, ani żadnych innych zwierząt. Nie chcemy być wegetarianami tylko w zakresie chronienia zwierząt. Chcemy stać się także duchowymi wegetarianami przez to, że myślimy coraz bardziej po wegetariańsku co oznacza, że staramy się coraz mniej występować przeciwko życiu, a więc coraz mniej grzeszyć, żeby pójść w ślady Tego, który jest życiem, Jezusa, Chrystusa.
Na Boże Narodzenie Jezus, Chrystus, jest przedstawiany jako śliczny i zabawny noworodek; na Wielkanoc dzieje się podobnie, kiedy wciąż na nowo się Go krzyżuje, mimo że już dawno temu zmartwychwstał. Można się zastanawiać dlaczego utrzymano tradycję ukrzyżowanego ciała. Może ma to na celu między innymi wywołanie wyrzutów sumienia u wiernych, żeby nadal z głębokim szacunkiem składali hołd tym, którzy utrzymują wielce czcigodną tradycję i żeby wierny pozostał wierny - czyli zależny - i nadal płacił podatek na kościół. Tylko wielebni rzecznicy tradycji mówią, że Jezus, Chrystus, ma milczeć zgodnie ze słowami Wielkiego Inkwizytora z książki Dostojewskiego. Wielki Inkwizytor mówi do Jezusa: "Co możesz powiedzieć? Wiem dobrze co chcesz powiedzieć; ale Ty nie masz prawa, żeby dodać choćby jedno słowo do tego, co kiedyś zostało powiedziane przez Ciebie samego..."
"Wszystko zostało kiedyś przekazane przez Ciebie papieżowi i wszystko jest teraz u papieża. Uczyń nam tylko jedną grzeczność i nie przychodź z powrotem i nie przeszkadzaj nam w tym czasie!"
Zwykły człowiek:
Częściowo też to tak widzę, ale co można zrobić ze świętami Bożego Narodzenia i z Wielkanocą. Nie znajduję żadnego rozwiązania.
Prorok:
Przyjmij rozwiązanie które mówi: Uwolnij się od tradycjonalnego myślenia i mówienia, gdyż czegoś takiego nie przekazał nam Jezus. Żyj krok za krokiem tak, jak uczył nas Jezus. Wtedy nie potrzebujesz kapłanów tradycji, a będziesz oddawał cześć temu, któremu wszelka cześć się należy.
Zwykły człowiek:
Ale to jest trudne, kiedy myślę o mojej rodzinie i moich krewnych, którzy wszyscy są związani tradycją.
Prorok:
Gdyby wulkan myślał tak jak ty, to nigdy nie mógłby wybuchnąć, bo jego lawa zalewa duży obszar, żeby potem znów stał się żyzny. Jeśli teraz pozwolisz się wstrząsać swoim myślom, ale na zewnątrz będziesz wciąż siedział cicho, żeby pozostać w łączności ze swoimi krewnymi, to zadusisz swój wewnętrzny rozwój w zarodku i nigdy nie zachęcisz swoich bliźnich do owocnego życia. Oni pozostaną ślepi i przywiązani do kapłanów tradycji, żeby zachować wierność tradycji, która nie ma nic wspólnego z aktywną nauką Jezusa, Chrystusa.
Gdyby Bóg był taki, jak przedstawiają Go instytucje kościelne, to nie byłoby nam wszystkim do śmiechu, ale Bóg jest miłością, radością, pokojem. Bóg jest z nami i dla nas wszystkich, gdyż jesteśmy Jego dziećmi. Boga nie ma w kościele z kamienia, w którym nie wolno mówić ani się śmiać, gdzie rządzi surowość sakramentu, a krucyfiks z ciałem wpaja wyrzuty sumienia każdemu, kto dokładniej nań spojrzy.
Jezus, Chrystus zmartwychwstał. To powinno być dla nas radością, gdyż przez Jego wielki Czyn Zbawczy również my możemy zmartwychwstać, jeśli skierujemy się do Zmartwychwstałego, a nie do martwego człowieka na krzyżu, który ma nam jak widać wpajać poczucie winy, żebyśmy okazywali szacunek kościołom, które większą wagę przykładają do martwego człowieka niż do zmartwychwstałego Chrystusa. Na bazie wyrzutów sumienia ludzi chodzących do kościoła, do czego ma nas skłaniać wciąż na nowo człowiek na krzyżu, niektórzy płacą swój datek w nadziei, że Bóg wybaczy im, biednym grzesznikom, ich grzechy.
Jednak Bóg nie pozwala sobie płacić za to, co dla nas czyni. On nas kocha i tak, jak zwracamy się do Niego w wewnętrznej modlitwie i w czujności wobec nas samych, zbliżamy się do Boga w naszym sercu. Obowiązuje więc bycie czujnym, czy to korzystamy z dnia, czy zawieramy pokój z naszym bliźnim i pokój utrzymujemy. Należy czuwać nad tym, co myślimy, mówimy o naszych bliźnich, jak wobec nich postępujemy i czy poprawiamy siebie żałując za nasze rozpoznane grzechy z pomocą naszego Zbawiciela, prosząc o przebaczenie, przebaczając bliźniemu i nie czyniąc więcej tego grzechu. Nie musimy więc płacić Bogu, ale powinniśmy poświęcić się Jemu stopniowo czyniąc to, co przykazał nam Jezus: "Miłujcie się wzajemnie jak Ja - chodzi tu o Jezusa - was umiłowałem i jak On was wiecznie kocha".
Ten, kto w dobrej wierze idzie w niedzielę do kościoła, rzadko pyta, czy Chrystus rzeczywiście chce tego, co kościelne autorytety wmawiają swoim wiernym podając im teologiczny, intelektualny gmach nauki i ceregiele, czego Jezus nigdy nie pragnął.
Apostołowie i uczniowie Jezusa byli z pewnością swobodnymi ludźmi. Jak można przeczytać, rozmawiali z Jezusem na ty, jak z kimś równym sobie. Dlaczego my nie mielibyśmy dzisiaj również rozmawiać w ten sposób z Chrystusem? On słyszy i rozumie nas, gdyż Jego duch w nas żyje. Ponieważ my, prachrześcijanie, rozmawiamy z Jezusem w modlitwie i przez stopniowe urzeczywistnianie Przykazań Bożych i Kazania na Górze, a także dążymy do tego, żeby być z naszym bliźnim, a nie przeciw niemu, mamy - tak jak myślisz - z pewnością inne wyrażenia, ale nie jest to specjalny prachrześcijański "dialekt". Ponieważ Bóg jest Bogiem miłości, wolności i radości i ponieważ żywy Chrystus Boży uwalnia nas od cieni naszej przeszłości, które ukazują się w sytuacjach dnia codziennego możemy też śmiać się również w naszych Wewnętrznych Kościołach Ducha Chrystusowego na spotkaniach wszystkich szukających Boga.
My prachrześcijanie zmieniliśmy zresztą nazwę Wewnętrzny Kościół Ducha Chrystusowego, ponieważ wielu szukających Boga raziło słowo "kościół", gdyż łączą je oni z instytucjami kościelnymi. "Wewnętrzny Kościół Ducha Chrystusowego" oznacza jednak kościół wnętrza, co mówi, że jesteśmy świątynią Boga i że mieszka w nas Duch Chrystusa. Ponieważ nie możemy wciąż na nowo wyjaśniać sensu zwrotu "Wewnętrzny Kościół Ducha Chrystusowego" prachrześcijanie spełnili prośbę wielu szukających Boga z całego świata i treść słów "Wewnętrzny Kościół Ducha Chrystusowego" ujęli w nową nazwę: Miejsca prachrześcijańskich spotkań - Spotkania wszystkich szukających Boga. Kosmiczna Szkoła Życia. Chrystus, Klucz do wrót Życia.
Bóg chciałby, żebyśmy byli radosnymi z serca dziećmi ludzkimi i nie obciążali się bez przerwy poczuciem winy. Jeśli jednak to robimy, nie idziemy drogą, którą wskazał Jezus i nie przyjmujemy Jego zbawienia.
Drogi przyjacielu. Czy mogę zwracać się do ciebie jako do brata? Jesteśmy z pewnością wierzącymi ludźmi, ale nie świętymi. Nie wierzymy w tak zwanego "Ojca Świętego", papieża, nie celebrujemy święta Wszystkich Świętych, bo wierzymy w Jednego Świętego, w Boga, który jest Ojcem nas wszystkich i Chrystusa, naszego Zbawiciela. Czy chcesz w to wierzyć czy nie, my też od czasu do czasu chodzimy do gospody i chętnie wypijamy jeden lub dwa kufle piwa albo kieliszek wina; nie upijamy się jednak. To nie ma nic wspólnego z nietrzeźwością, tak robi również niejeden prachrześcijanin. Kto miałby nam tego zabronić? Nie Chrystus - a już zupełnie nie ja. Bo ja nie rozporządzam nawet jeśli mówią tak o mnie kościelni odpowiedzialni, którzy nakreślili mój obraz nie mający nic wspólnego z rzeczywistością.
To prawda nie jemy wędlin, mięsa. Widzimy w zwierzętach życie Stworzyciela i wiemy - w końcu z własnego doświadczenia i to możesz mi z pewnością potwierdzić - że zwierzęta często mają subtelniejsze odczucia niż my ludzie. Jezus powiedział mniej więcej tak: Czego nie chcesz, żeby tobie czyniono, nie czyń i innym albo: Co chcesz, aby tobie czyniono uczyń najpierw innemu. "Inni" to dla nas nie tylko pozostali ludzie, ale także zwierzęta, nasi dalsi bliźni. To, co im czynimy również wtedy, kiedy zabijamy je dla własnych celów, jest zadawaniem gwałtu i kiedyś trafi nas samych. To obowiązuje także dla myślistwa i odstrzału zwierząt w lasach i na polach. Ten, kto nie chce żeby postępowano z nim tak, jak to się często zdarza zwierzętom powinien postępować wobec tych stworzeń, tak jak chciałby, aby postępowano względem niego.
Zwykły człowiek:
A więc to tak. Wydaje mi się, że chyba jesteście lepsi niż my. Jestem ewangelikiem...
Prorok:
Stop, drogi bracie! Nie jesteśmy lepsi od ciebie. Wszyscy jesteśmy braćmi i siostrami i jesteśmy równi przed obliczem Boga. również jeśli ktoś jest ewangelikiem. Prosimy cię, nie rób różnic między protestantami i prachrześcijanami. Mamy wszyscy tego samego Boga, bo w końcu jest tylko jeden Odwieczny. Jesteśmy wszyscy Jego dziećmi. Od kościelnych chrześcijan różnimy się jedynie tym, że nie wierzymy w to, co nakazują obie kościelne instytucje: ewangelicka i katolicka, ani w ich dogmaty. Nie wierzymy też, że sama wiara w zbawienie przez Chrystusa wystarczy, żeby otrzymać przebaczenie grzechów jak to podaje nauka luterańska. Gdyby tak było, to głupcem musiałby siebie nazwać każdy, kto mierzy swoje życie Dziesięcioma Przykazaniami i Kazaniem na Górze. Do czego potrzebowalibyśmy wtedy przykazań i Kazania na Górze, gdyby sama wiara wystarczyła. Gdyby Jezus tak powiedział, to zgadzała by się wypowiedź Marcina Lutra: "Grzesz dzielnie, ale wierz jeszcze dzielniej", co miałoby oznaczać, że nie chodzi o to czy człowiek popełnia nieprawość, jeśli tylko ma właściwą wiarę. Bo przecież wtedy dzięki Chrystusowi zostanie wszystko mu wybaczone. Gdyby to, czego nauczał Luter - "Grzesz dzielnie, ale wierz jeszcze dzielniej." - odpowiadało woli Bożej, to po co Bóg wyjaśniał by nam w Dziesięciu Przykazaniach, a Jezus w Kazaniu na Górze, jak mamy się zachowywać.
Jezus mówił o urzeczywistnianiu Jego nauki, że ten, kto Jego słowa wypełnia, podobny jest do mądrego człowieka, który zbudował swój dom na skale. Nauczał nas też, że ten, kto słyszy Jego naukę, ale jej nie wypełnia, podobny jest do człowieka głupiego, który swój dom buduje na piasku. My prachrześcijanie staramy się wypełniać naukę Jezusa i odpowiednio do tego postępować.
Zwykły człowiek:
Rozumiem, że nie byłoby dobrze inaczej mówić i czynić niż się myśli i niż się wie, że byłoby to dobre. Pojmuje stopniowo, że wy, prachrześcijanie nie jesteście inni - patrząc z tej strony - niż my.
Ale jak już jestem przy pytaniach: Jak wy, prachrześcijanie, postępujecie, kiedy jeden z was, a więc prachrześcijanin umiera? Sami go chowacie, albo co w ogóle robicie?
Odpowiedź proroka:
Jeśli jeden z nas jest ciężko chory i przeczuwa, że jego ziemska śmierć jest coraz bliżej, to mówi swoim krewnym, jak chciałby być pochowany. Najczęściej jest tak, że chwilę przed zasypaniem trumny, a więc przed pochówkiem, następuje krótkie ukierunkowanie i mówi się kilka wewnętrznych modlitw; śpiewamy też dwie lub trzy chrześcijańskie pieśni. Potem trumna jest oddawana ziemi - oczywiście przez pracowników zakładu pogrzebowego. Na wspólnych prachrześcijańskich spotkaniach z zasady nie mamy żadnego ceremoniału. Tak postępujemy też przy pogrzebie prachrześcijanina. Jeśli prachrześcijanin umiera, a nie zdecydował o szczegółach swojego pogrzebu, to decydują w tej sprawie krewni. Jest wiele zakładów pogrzebowych, które oferują zmarłemu dużo piękniejsze odprowadzenie na miejsce ostatniego spoczynku niż ksiądz, który przez dziesiątki lat cytuje te same miejsca z Biblii, mówi te same modlitwy i przeprowadza przekazanie ciała ziemi według stałego rytuału.
Wszyscy ludzie mniej lub bardziej boją się śmierci. Ale dlaczego czują tak wielką obawę, że nie będą mieli dość dostojnego pogrzebu? Czy żywy patrzy na to, żeby jeszcze jako martwy był uznawany i żeby krewni pochowali go tak dostojnie, jak odpowiada to jego jeszcze istniejącej czcigodności? Jeśli to możliwe w tak sensacyjny sposób, żeby przyjaciele, znajomi, sąsiedzi zobaczyli, co się posiada. Drogi bracie, czy wierzysz, że Bóg zwraca uwagę na to, jak zmarły był pochowany? Bóg patrzy jak ten martwy żył jako człowiek. Odpowiednio do tego otrzymuje dusza według zasady: co posiałeś, to zbierzesz.
Zwykły człowiek:
Proroku, widzę, że nie masz żadnego pietyzmu, żadnego szacunku dla śmierci.
Odpowiedź proroka:
Jeśli sądzisz, że brak mi pietyzmu, że nie mam szacunku dla śmierci, to jest to po prostu twoje zdanie. Nie będę się usprawiedliwiać. Powiem ci tylko, jaki jest mój sposób myślenia o śmierci. Czy w to uwierzysz czy nie - pozostawiam to tobie.
Słowo "śmierć" oznacza "wyjście" dla ziemskiego ciała, które nie jest niczym innym jak tylko przemijającą otoczką. Ona rozpada się, gdy tylko ucieka życie mieszkające w duszy. Nie mogę przecież mieć "szacunku" dla czegoś, co przestało egzystować. Mam szacunek dla istoty, która była w człowieku i opuściła go w chwili śmierci. To, co zostaje, to pusta otoczka, której w szacunku towarzyszy się do miejsca ostatniego spoczynku, gdyż ma się szacunek do istoty, która pozostawiła tę otoczkę. W istocie, która opuściła otoczkę jest życie, Bóg; wobec Niego czuję nie tylko szacunek, ale i ogromną cześć. Jednak również w martwym ciele nie widzę odpadu produkcyjnego, ale część ziemi, gdyż ciało składa się z wody i ziemi i wraca do substancji ziemi. Szanuję prawa natury. Dlatego uszanuję też ciało, odłożone ubranie, ale nie będę go stawiać wyżej od duszy wędrującej do Boga. Pogrzeby kościelnych chrześcijan nie zawsze odpowiadają też pietyzmowi - kiedy np. na zakończenie wyprawia się huczną stypę, a może nawet kłóci się o dziedzictwo. Jak ty to widzisz bracie?
Zwykły człowiek:
Proroku, pokazujesz mi całkiem nieźle, gdzie popełniam gafę - to mi się podoba! Kiedy tak tego słucham, widzę, że jest coś w tym, co mówisz. Właściwie też już czasem tak myślałem. I kiedy tak całkiem wyraźnie mówisz, jak ty to widzisz - czuję mimo to, że nie chcesz mnie przekonywać. Tak, to jest dobre; bez przymusu; mam wolność.
Proroku, nie rozumiem jednego. Byłem przedtem po prostu zuchwały wobec ciebie i powiedziałem, że brak ci pietyzmu i innych rzeczy. Wtedy nie powiedziałaś nic przeciw temu. Zrozumiałbym, gdybyś mi za to przygadała, ale tego nie zrobiłaś. Proroku, dlaczego się nie bronisz?
Odpowiedź proroka:
A dlaczego miałabym się bronić? Przy tym zderzają się tylko różne mniemania. Przychodzi coraz więcej nieporozumień, a na koniec ludzie rozchodzą się w braku jedności, a nawet w kłótni. Każdy twierdzi potem, że miał rację. Nie podpieram się racją i chęcią jej posiadania, ale sprawiedliwością, a nią jest Bóg. Według prawa: co człowiek sieje, to zbiera lub według przysłowia: Boże młyny mielą powoli, ale pewnie. Tak pewnego dnia wszystko wyjdzie na światło dzienne. Jeśli nawet nie w tym ziemskim życiu, to w innym bycie, a nawet w krainach oczyszczania, w których znajdują się dusze. My, prachrześcijanie, mamy zasadę nie kłócenia się o religijną wiarę. Mówimy wprost, jak my to przyjmujemy i prostujemy. Bliźni może to przyjąć lub nie.
Zwykły człowiek:
Aha! Chcesz mi teraz pokazać, że jest coś w reinkarnacji, że przychodzimy wciąż na nowo jako ludzie na ten świat. Ale to jest przecież nie chrześcijańskie, ale wschodnie.
Odpowiedź proroka:
Nie chcę ci niczego pokazać, gdyż nie misjonuję. Również w sprawach reinkarnacji. Wierzę w powtórne wcielanie się duszy; jest to też jedyne wyjaśnienie dla wielu rzeczy, których bez tej wiedzy bym nie zrozumiała: dlaczego jednemu człowiekowi, który np. jest wyzyskiwaczem albo poniża innych ludzi, złodziejowi, mordercy lub wielu, wielu innym wiedzie się dobrze; ktoś inny z kolei, kto od dziecka postępuje zgodnie z własnym sumieniem, prowadzi skromne życie, musi ewentualnie przez całe życie znosić wiele cierpień i bólu. Ten ostatni nie mógłby sobie przypomnieć, gdyby go spytano, "siewu", a więc spowodowania w tym życiu czegoś, co mogłoby przynieść tak pełny cierpień "zbiór". Zbiór można odczuć: choroba, bieda, ból, cierpienie. Skoro to zbiera, musiał to posiać. Tylko ten, kto wie, że już przed obecnym ziemskim życiem żył jako człowiek, może sobie wyjaśnić taki los. Nie będzie też wtedy zrzucał winy za to, co go spotkało, na los albo na Boga, czy konkretnych ludzi, a ten kto dzisiaj grzeszy i w tym życiu nie doświadcza odpowiedniego działania może być pewien, że będzie musiał przeżyć to w następnych egzystencjach. Wtedy, kiedy nie jest świadomy łaski Boga, która stale skłania sumienie do przypominania, żeby rozpoznane grzechy, które pokazują się w myśleniu, mówieniu i czynieniu, oczyścić na drodze, której uczył Jezus: pożałuj za rozpoznane grzechy, poproś poszkodowanego o przebaczenie, przebacz temu, kto zgrzeszył wobec ciebie, zadośćuczyń, jeżeli to jeszcze jest możliwe i nie powtarzaj już tego grzechu.
Wiedza o reinkarnacji wyklucza też paniczny strach kościelnych chrześcijan przed wiecznym potępieniem, ogniem piekielnym, a więc przed karą piekła. Czy nie jest to nieraz psychoza lęku, w którym żyją kościelni chrześcijanie? To prawidłowe, że reinkarnacja nie jest nauką ewangelicką lub katolicką, niemniej jest jednak Prawdą, którą można znaleźć nie tylko we wschodnich naukach, ale która była też częścią składową nauki i wiary pierwszych chrześcijan przed około dwoma tysiącami lat, dawnych prachrześcijan, jak dowodzą tego apokryfy. Jezus nie był ani katolikiem, ani ewangelikiem. Dlatego obie instytucje nie nauczają reinkarnacji. Nauczają po katolicku lub po ewangelicku, ale nie nauki Jezusa z Nazaretu.
Zwykły człowiek:
To wszystko jest dla mnie nowe. Czy możesz udowodnić, że istnieje reinkarnacja?
Prorok:
Wiary w reinkarnację nie można udowodnić. Dlatego też nie misjonujemy. Nie chcemy przekonywać. Nauczamy naszej wiary, np. na prachrześcijańskich spotkaniach - gdzie może przyjść każdy, kto tego chce, ale nie zmuszamy nikogo, aby przyjął naszą wiarę. Religijną wiarę udowadnia się najlepiej przez to, że wierni czynią to, w co wierzą. Nasza prachrześcijańska dewiza brzmi: nie tylko mów o swojej chrześcijańskiej wierze, ale też czyń to, w co wierzysz. To jest bardziej przekonujące niż wiele słów. U prachrześcijan nie ma więc misjonowania.
Zwykły człowiek:
To, co mówisz wydaje mi się całkiem prawdopodobne. To jest naprawdę ciekawe. Myśl, że może już raz żyłem i mam przed sobą jeszcze dalsze życia, budzi we mnie zainteresowanie. Proroku, powiedz mi proszę więcej o reinkarnacji! Dlaczego musimy wciąż na nowo powracać? Jaki to ma sens?
Zresztą, muszę ci to powiedzieć: Jesteś chyba oryginałem! Podobasz mi się coraz bardziej.
Prorok:
Czyż nie jesteśmy wszyscy oryginałami. Każdy jest przecież na swój sposób oryginalny. Każdy ma swoje ziarno i plewy. Może z tego da się wyprowadzić reinkarnację.
Jeżeli we właściwy sposób podejdziemy do reinkarnacji, to nie należy widzieć jej jako kary, ale jako szansę, na bazie której nasza dusza może znów wcielić się w fizyczne ciało, żeby jako człowiek w krótkich latach zmazać winy i rozpoznać grzechy, pożałować za nie i oczyścić je z pomocą Chrystusa Bożego. Centralna nauka Jezusa z Nazaretu, której nie przypominamy sobie wcale dostatecznie często, mówi między innymi: pożałuj za grzechy, proś o przebaczenie bliźniego wobec którego źle postąpiłeś w myślach, słowach i czynach i przebacz temu, kto tobie zrobił krzywdę. Jeśli potem nie powtarzamy już oczyszczonego zła, nasza dusza staje się bardziej świetlista i nam jako ludziom wiedzie się lepiej. Jesteśmy wtedy bardziej radośni i coraz bardziej dla naszych bliźnich, co znaczy, że żyjemy świadomiej i zdrowiej. Jeśli stosujemy centralną naukę Jezusa, Chrystusa, to mówi ona też: kochaj Boga, twojego Ojca z całego serca, z całej duszy, ze wszystkich swoich sił, a bliźniego jak siebie samego. Wtedy będziemy też coraz mniej zazdrościć, nienawidzić, poniżać bliźnich i uważać ich za niższych rangą. Następstwem tego będzie pokój.
Zwykły człowiek:
Proroku, czy mogę ci przerwać? Zrozumiałem, że reinkarnacja ma sens. Mówisz, że centralna nauka Jezusa, Chrystusa, to żałowanie za grzechy, prośba o przebaczenie, przebaczenie, zadośćuczynienie i nie powtarzanie tego, co wcześniej robiliśmy źle, krzywdząc prze to innych. Czy widzę to prawidłowo? A jeśli zgadza się, że każdy zbiera tylko to, co kiedyś sam posiał, to według nauki reinkarnacji wszyscy, którym życie przynosi coś złego, byliby sami winni tego zła. Gdzie znajdujesz tu miejsce na łaskę? Jak można pogodzić z łaską to, że właśnie w naszych czasach niezliczeni ludzie cierpią z powodu głodu, choroby, bezdomności, bezrobocia i wielu innych. A potem myślę o ogromnej przestępczości. Z dnia na dzień wzrasta i jest coraz gorzej. Tak wielu brutalnych, okrutnych i podłych, wręcz diabelskich zbrodni nie było jeszcze nigdy. Gdzie znaleźć tu łaskę Boga?
Odpowiedź proroka:
Drogi bracie, czy twierdzisz, że Bóg jest winien tej całej nędzy? Spójrzmy na nasz wymiar sprawiedliwości, który zawsze udowadnia winę sprawcy i karze sprawcę. Gdyby Bóg był winien tego wszystkiego, co dzieje się w świecie, to byłby ostatecznie sprawcą wszystkich tych występków, a wobec tego istotą, która nie tylko zasługiwała by na potępienie, ale wręcz na zwalczanie. Wtedy nasze sądy musiałyby właściwie ukarać tego pierwotnego sprawcę, a nie sprawcę człowieka.
Dla lepszego zrozumienia chcę dać ci przykład, który pasuje do naszego świata i z którego możemy wyprowadzić również postępowanie Boga.
Właściciel ziemi ma trzech synów i dwie córki, i wielki majątek. Piątka jego dzieci to dojrzali ludzie, których on, ojciec, szanuje i kocha. Pewnego dnia mówi do swoich dzieci: "Mój majątek jest nieskończenie wielki. Chcę go przekazać waszej piątce. Do każdego z was należy wszystko, jednak każdy z osobna otrzymuje odpowiednio do swoich zdolności obszar, w którym ma pracować i który ma powiększać. Nie chcę rozdzielać wielkiego majątku i tworzyć parceli, ale jak już wspomniałem dać każdemu z was jednakowo. Ponieważ jednak każdy z was ma inne zdolności, powinien zgodnie z nimi zagospodarować i powiększać ten obszar, który odpowiada jego twórczym skłonnościom. Nie chciałbym posiadać niczego dla siebie, ale czuję się związany z wielkim majątkiem."
Drogi bracie, wierzysz przecież w słowa Biblii. Przypowieść o dziedzictwie jest w Biblii w obrazie talentów, to jest w przypowieści o powierzonych pieniądzach.
To jest tak, jak z człowiekiem, który wyruszył w podróż. Wezwał on swoje sługi i powierzył im swój majątek. Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, a trzeciemu jeden. Każdemu według jego zdolności. Potem wyjechał.
Sługa, który otrzymał pięć talentów zaczął natychmiast robić nimi interesy i zarobił jeszcze pięć. Tak samo ten, który miał dwa talenty, zarobił jeszcze dwa dodatkowe. Ten jednak, który otrzymał jeden talent poszedł, wykopał dziurę w ziemi i ukrył pieniądze swojego pana.
Biblia opowiada też co się stało, gdy ten człowiek wrócił ze swojej podróży. Dwaj pierwsi słudzy zachowali się właściwie. Trzeci nie wykorzystał powierzonego mu talentu, gdyż bał się, że popełni błąd.
Ojciec z naszego obrazu dał więc swoim dzieciom cały majątek. Wszyscy są dziedzicami całości i są też odpowiedzialni za swoje postępowanie. Co powiedzieliby dziedzice, gdyby teraz ojciec, który podarował im wszystko, wtrącił się w sposób ich postępowania i zmuszałby swoje dzieci do robienia tego, czego on, ojciec, chce. Skutkiem byłby bunt dzieci. Gdyby czyniły jeszcze to, co nakazuje ojciec, pozostałyby niepełnoletnie. Nie mogłyby rozwinąć swoich zdolności. Skutkiem tego byłoby to, że wcale nie zarządzały by swoim dziedzictwem, a z czasem nie byłyby w stanie tego robić, bo ojciec odebrał im wolność twórczego rozwoju. Ten, kto nie robi błędów, lub komu ich robić nie wolno, nie może się ze swoich błędów uczyć, nie może też mądrze uporządkować swojego dziedzictwa ani go powiększyć. Jak to jest w stosunku do Boga, naszego odwiecznego Ojca?
Uświadommy sobie, że przed upadkiem byliśmy czystymi niebiańskimi istotami, a przez Chrystusa, naszego Zbawiciela, znów wrócimy do naszej ojczyzny jako czyste istoty, jako synowie i córki Boga. Odwieczny niebiański Ojciec dał swoim czystym dzieciom - także nam, którzy kiedyś byliśmy czystymi istotami - całą nieskończoność, niebo z jego wszystkimi formami życia i siłami jako dziedzictwo. Nasze czyste ciało duchowe jest esencją boskiego dziedzictwa, które z kolei jest prawem Boga, prawem miłości, dobroci i wolności.
Wszystkie czyste istoty są więc dziedzicami czystego w całej nieskończoności. Wszystkie boskie siły bytu są prawidłowościami Boga, miłości, dobroci, wolności i jedności. Każda czysta istota daje wyraz swojej boskiej mentalności, w której czynne są różnorodne zdolności w tym wielkim i zgodnym z Prawem biegu stworzenia. Ponieważ Bóg podarował czystym istotom całą nieskończoność jako boskie dziedzictwo i ponieważ jest jako strumień i siła życia niezmierzonym źródłem stworzenia dalszych darów, jest też związany z nieskończonym dziedzictwem, które powiększa w cyklach, wpromieniowując dalsze prasiły, które czyste istoty odbierają jako dalsze dziedzictwo.
Bóg dał więc swoim czystym dzieciom całą nieskończoność jako dziedzictwo, a wraz z tym również wolną wolę tworzenia i kształtowania. Ponieważ są one jednym z prawiecznym dziedzictwem - które jest też wszechwładnym prawem w boskich formach takich jak minerały, rośliny, zwierzęta i czyste istoty - są też absolutnie wolnymi istotami i przez to nieograniczonymi w swoich postępowaniach pełnoletnimi synami i córkami Boga, którzy działają i kształtują w jedności z odwiecznym Ojcem i Jego wielką stwórczą siłą.
Bóg jest i tego, co dał swoim czystym istotom, nie będzie im też odbierał - także wtedy, gdy część Jego stworzeń odwróciła się od Niego i postępowała i postępuje przeciw Niemu. On jest zawsze ten sam. Jest zawsze dawcą, który nie wkracza w bieg wydarzeń, gdyż Jego dzieci są dziedzicami nieskończoności.
Drogi bracie, czy chcesz w to teraz uwierzyć czy nie - Bóg, nasz wieczny Ojciec, widzi nas, ludzi, którzy działamy wbrew naszemu boskiemu dziedzictwu nie tylko jako grzeszników i nie jako nieletnich, gdyż nie wkracza w nieskończone dary, w nasze boskie dziedzictwo. On wciąż widzi w nas, ludziach, dziedziców nieskończoności, swoich synów i córki niebios, nawet wtedy, kiedy działamy przeciw naszemu boskiemu dziedzictwu, przeciw prawu miłości, dobroci i pokoju. Bóg nie wkracza w nasze grzechy, bo inaczej uczyniłby nas nieletnimi ludźmi, którzy potem również w odwiecznym niebie byliby nieletnimi istotami. Bóg dał nam esencję z naszego boskiego dziedzictwa. To Dziesięć Przykazań i Kazanie na Górze Jezusa. Jeśli będziemy się orientować według tego, to wkroczymy też z powrotem świadomie w nasze boskie dziedzictwo, bo będziemy czynić to, co odpowiada prawu Boga, które jest miłością, dobrocią, wolnością, jednością, sprawiedliwością i, i, i.
Właśnie nam, chrześcijanom jest więc przykazane orientowanie się według nauki Jezusa, żeby Jezus, Chrystus, mógł nas poprowadzić z powrotem do domu Ojca. Jeśli spełniamy prawidłowości, Dziesięć Przykazań i Kazanie na Górze, które są ostatecznie naszym boskim dziedzictwem, to doznamy wielkiej łaski Boga, która podaje nam rękę przez Chrystusa, naszego Zbawiciela i wyprowadza nas z koła ponownych wcieleń do naszego boskiego dziedzictwa, do domu Ojca, gdzie od wieczności są nasze mieszkania.
Łaska Boga, która jest dla nas pomocą w rozpoznaniu naszych grzechów i nie czynieniu ich więcej, może być nam udzielona tylko wtedy, kiedy tego chcemy, a więc jesteśmy gotowi uczynić kroki lub kroczki do naszego boskiego dziedzictwa, do Boga, naszego Ojca.
Tu chciałbym przytoczyć przypowieść o synu marnotrawnym, który odszedł na obczyznę i został przyjęty przez swojego Ojca dopiero, kiedy w skrusze powrócił. Ze świata, w którym żył do chwili powrotu do domu, nie przyniósł nic; przyniósł ojcu siebie samego, co znaczy: jego serce było oczyszczone i jego dziecięca miłość, czyste serce znalazło dostęp do domu ojca. Podobnie jest z nami, ludźmi. Jeżeli pozostawimy świat grzechu, oczyścimy naszą duszę u pomocą naszego Zbawiciela, to również przyniesiemy do domu Ojca czyste serce i to jest znowu nasze boskie dziedzictwo, to, co czyste, szlachetne, subtelne - miłość, dobroć, łagodność, wolność i jedność. A więc także w oddaleniu od Boga jest nam pozostawiona wolność, którą otrzymaliśmy z wiecznego bytu. I wobec tego wolna wola, aby czynić to, czego chce Bóg i co jest ostatecznie naszym boskim dziedzictwem - albo też odwrócić się od naszego boskiego dziedzictwa i tworzyć nasze grzeszne dziedzictwo, które na bazie prawa siewu i zbioru przyniesie nam z czasem chorobę, biedę, cierpienie, ciosy losu i wiele innych. To jest to, co stworzyliśmy w różnych ziemskich życiach i czego nie oczyściliśmy z pomocą Chrystusa Bożego. To nasze grzeszne dziedzictwo, które wraca do nas, jak wraca do nas nasze boskie dziedzictwo, gdy czynimy to, co przykazał nam Bóg w Dziesięciu Przykazaniach i Jezus w Kazaniu na Górze.
Drogi bracie, przemyśl to. Bóg niczego nam nie rozkazał, tylko przykazał i przez to powiedział: Masz wolność ze Mnie i wolną wolę, aby objąć swoje boskie dziedzictwo i być wolnym lub stworzyć swoje grzeszne dziedzictwo, które znów do ciebie wróci.
Można więc powiedzieć: to, co nas spotyka, to część naszego grzesznego dziedzictwa; to to, co sami stworzyliśmy. Postawmy też sobie pytanie: kto ponosi główną winę - świadomie podkreślam: główną winę - za stan tego świata. Tak zwane chrześcijańskie kościoły urzędowe nauczają swojej mieszanki rytuałów, kultów i ceremonii. Prosta nauka Jezusa z Nazaretu jest wspominana tylko okazjonalnie i w części i nie jest w pełni wyjaśniona, a ona jest najistotniejsza dla życia każdego chrześcijanina: rozpoznaj swoje grzechy, żałuj za nie z całego serca i oczyść je; to znaczy: proś o przebaczenie, przebacz, zadośćuczyń - jeśli to jeszcze jest możliwe i nie powtarzaj tego grzechu. Centralna nauka Jezusa, Chrystusa może być wyrażona też w następujący sposób: Czego nie chcesz, aby tobie czyniono, tego nie czyń innemu. Lub: To, co chcesz, aby tobie uczyniono uczyń najpierw drugiemu.
Gdyby wszyscy, którzy nazywają siebie chrześcijanami, orientowali się według tej centralnej nauki Jezusa w świadomości, że to, co człowiek sieje, będzie też zbierał - chyba że wykorzysta szansę łaski rozpoznając swoje grzechy w zdarzeniach dnia i idąc drogą żalu, skruchy i oczyszczania swoich grzechów - to byłoby w tym świecie o wiele mniej ofiar i sprawców. Ludzie we wstrząsach swoich uczuć i odczuć, w swoich negatywnych myślach i życzeniach, które mogłyby pchnąć ich do działania, rozpoznawaliby na czas grzeszne chcenie i odkładaliby je na drodze nauki Jezusa skruchy i oczyszczenia. Nie potrzebowalibyśmy wtedy kościołów urzędowych, papieża z jego przepychem, kardynałów, biskupów, proboszczów, kapłanów czy pastorów. Wtedy Jezus Chrystus byłby naszym głównym nauczycielem, w którego ślady byśmy szli, tak jak On nam przykazał: Idźcie w Moje ślady.
Chrześcijanom przykazano, żeby zanieśli na cały świat naukę Jezusa, a więc ewangelię miłości, pokoju i wolności, przy czym naturalnie nie chodzi tu o samo słowo, o literę, a więc o wiedzę, ale o żywy przekaz, urzeczywistnione słowo, w którym działa siła Boga - czyn w Jego Duchu. Jeśli spojrzymy w przeszłość, to wyglądało to inaczej. Chrześcijanie szli z mieczami i włóczniami - patrz wyprawy krzyżowe - z drewnem i pochodniami do budowania stosów, żeby podpalając je dać wyraz swoim urojeniom według których ich bliźni mieliby być diabłami.
Powinno się zrozumieć, jaki przykład swoim kościelnym owieczkom dali reprezentanci kościoła, którzy coś takiego zarządzali i przeprowadzali i co spowodowali ci rzekomi duszpasterze w duszach i ludziach, którzy najczęściej byli przyzwyczajeni do ślepego ich naśladowania. Skłaniali do poniżania bliźniego, a nawet do denuncjacji. Okrutną grą palenia ludzi, których nazywano np. "heretykami i wiedźmami" - a którzy być może byli właśnie wiernymi, stanowczo szukającymi Boga - poruszali najniższe, najbardziej nikczemne instynkty w tych ludziach, którzy tworzyli żądny widowiska i sensacji tłum.
To wszystko działo się pod znakiem krzyża i pod imieniem "Chrystus". Towarzyszyło temu wzywanie Boga. Ci, którzy tak postępowali, którzy torturowali, męczyli, skazywali, mordowali, nazywali siebie "chrześcijanami". Cóż za kpina z Chrystusa. I zaprawdę nawet najmniejszego impulsu, żeby wziąć na poważnie naukę Nazareńczyka: rozpoznaj siebie we wzburzeniu twego umysłu i oczyść belkę z własnego oka; nie czyń drugiemu, co tobie nie miłe.
Grzech oślepia, to znaczy: przez ciągłe postępowanie wbrew przykazaniom Boga stępia się sumienie, a w końcu całkiem milknie. Nasze sumienie jest jednak napominaniem w prawie siewu i zbioru. Reinkarnacja każdemu daje szansę oczyszczenia nawet ciężkich grzechów. Nie każda dusza, która na nowo jest człowiekiem, przyjmuje tę szansę.
Dziś nie ma już stosów. Chętny widowiska i żądny sensacji chrześcijanin zaspokaja siebie przed telewizorem, grami wideo, jako użytkownik Internetu i, i, i... Reprezentanci kościoła nie palą już na stosach żadnych heretyków. Zamiast pojęcia "heretyk" istnieje dzisiaj "sekta". Inkwizycja też nie istnieje już pod swoim imieniem.
Dziś, w tym świecie, są tak zwani odpowiedzialni do spraw sekt, którzy znów prześladują wszystkich, którzy nie należą do istniejącego od setek lat przymierza do prześladowania bliźnich, ale którzy w różny sposób brali i biorą na poważnie naukę Jezusa. Reprezentanci urzędowych kościołów i ich poddani zawiedli. Obecnie świat jest taki, jaki jest.
Zmartwychwstały Jezus, Chrystus, żyje przez tych ludzi, którzy oddają cześć Jezusowi, Chrystusowi, a nie niszczącej potędze.
Zwykły człowiek:
Nad tym, co tu mówisz, będę się musiał zastanowić.
Prorok:
Żeby to wszystko zakończyć, chciałabym ci dać jeszcze jeden przykład, żebyś mógł jeszcze lepiej pojąć reinkarnację.
Powrót do domu Ojca i reinkarnacja dają się ująć w obraz balonu na uwięzi. W balonie jest gaz. Na dole balonu wisi kosz. W nim znajdują się ludzie i worki z piaskiem. Waga worków w większym lub mniejszym stopniu decyduje o wysokości lotu balonu. Balon w naszym obrazie przedstawia naszą duszę. W duszy jest Duch Boży, który chciałby ją unieść na najwyższe poziomy, do wiecznego domu Ojca. Kosz z workami piasku, to obciążenie duszy. Im więcej worków z piaskiem jest w koszu, tym bliżej ziemi jest balon. Jeśli w duszy są ciężkie obciążenia, to po śmierci człowieka zostaje ona blisko ziemi i od razu ponownie się wciela.
My, czyli ten, kto siedzi w koszu, sami decydujemy, czy włożymy do niego następne worki z piaskiem, czyli czy stworzymy dalsze grzechy i w ten sposób przeszkodzimy wzniesieniu się w wyższe sfery, a więc w czyste obszary dusz, czy też stopniowo będziemy wyrzucać balast, worki z piaskiem, a więc odkładać nasze grzechy i przez to dążyć w górę.
Jeśli dusza po śmierci ciała nie może wejść w wyższe sfery, a więc na wyższe niwy zaświatów ponieważ jest obciążona ciężarem grzechu, to ma ona możliwość powrócenia jako człowiek z konkretnymi zadaniami do nauczenia się na swojej drodze życia.
Ziemia jest więc szkołą życia dla żebraków i królów. Dla ciebie i także dla mnie, dla każdego człowieka. Ten, kto wie o reinkarnacji, pojmuje też coraz bardziej łaskę Boga, która wspiera wędrowca do odwiecznej ojczyzny w uwalnianiu się od grzechów. Reinkarnacja pomaga nam też w głębi pojąć, że Bóg nie jest Bogiem karzącym, ale Bogiem łaski, dobroci, miłości i pomocy. Reinkarnacja wskazuje nam też prawidłowości siewu i zbioru, które mówią: to, co siejemy, będziemy też zbierać. Ukazuje nam też jednak, że nie istnieje miejsce zwane piekłem czy ogniem piekielnym, gdyż możemy przyjść z powrotem, żeby oczyścić to, czym obciążyła się nasza dusza i przez co - jak w obrazie balonu - nie może pójść wyżej, a więc stać się wolną.
Prawidłowość "co człowiek sieje, to zbierze" oznacza między innymi, że sami stwarzamy nasze piekło lub ogień piekielny. Piekło i piekielny ogień są stanami świadomości w nas. Przez odpowiedni, piekielny siew, np. przez nienawistne, zazdrosne, żądne zemsty myślenie i postępowanie, przez złośliwe mówienie i czynienie stwarzamy sobie stan, który może być piekłem. Kiedy zbieramy wtedy to, co posialiśmy, to mogą to być męki piekielne jak: choroba, ból, cierpienie, bieda i wiele więcej. Wtedy mamy - w formie znoszenia - "piekło" lub "ogień piekielny" na ziemi. W nas samych jest miejsce nieba lub piekła.
Każdy ma więc swoje ziarno i swoje plewy. Plewami są grzechy, obciążenia. Dobrym ziarnem jest uwalnianie się od grzechu, droga do niebios. W ten sposób pojedynczy człowiek jest oryginałem zależnie od swego siewu. Oryginał jest jedyny w swoim rodzaju, a także to, co kształtuje oryginał, to co oryginalne, jego "osobowość".
Żaden człowiek nie jest identyczny z drugim. Jednakowe nie są też grzechy jednego i drugiego. Jeśli nawet sądzimy, że dwóch ludzi ma identyczny sposób myślenia i życia, to to co leży każdorazowo w ich uczuciach i odczuciach, w ich myślach, słowach i czynach, jednak ich różni. Zawartość tego, co myślimy i czynimy, jest decydująca i to ona kształtuje charakter człowieka, jego życiowe przyzwyczajenia i styl życia.
Ostatecznie nasze czucie, odczuwanie, myślenie, mówienie i czynienie tworzą nasze zachowanie. Tak tworzymy nasze przyzwyczajenia. Z tego rodzi się wygląd naszego ciała. Jesteśmy więc naznaczeni. Znak przyjmujemy sami z zawartości tego, co przyjmuje pięć naszych zmysłów: wzroku, słuchu, węchu, smaku i dotyku. Te komponenty doznawania, które wpływają na nasze czucie, odczuwanie, myślenie, mówienie i postępowanie, a także które są przez to kształtowane, można porównać z przeróżnymi pędzlami umoczonymi w różnych farbach, które malują nasze ciało i kształtują nasze zachowanie. Odpowiedni do tego jest też potem nasz los.
Zwykły człowiek:
A więc wszyscy ludzie są różni i według tego, co wcześniej wyjaśniłaś, różny musi być też los każdego człowieka. A propos losu: kiedy o tym myślę, czuję się już całkiem inaczej.
Proroku, wyjaśnij mi proszę jeszcze raz łaskę Boga.
Odpowiedź proroka:
Chętnie! Łaska oznacza: we właściwym czasie otrzymujesz łaskę jako pomoc, zanim jedna z twoich wielu przyczyn zacznie działać, zanim więc twój siew uderzy w ciebie jako zbiór w postaci ciosu losu. Łaska jest siłą do pożałowania za swoje grzechy i oczyszczenia ich - oczywiście tylko wtedy, gdy tego chcesz. Decydujące jest, że ty tego chcesz. Do tego Jezus powiedział mniej więcej tak: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; pukajcie, a otworzą wam.
Jeśli nie prosimy o wsparcie i pomoc w rozpoznawaniu i usuwaniu naszych grzechów, to chcemy grzeszyć dalej. Kto ma nam zabrać nasze grzechy, jeśli chcemy grzeszyć? Czy łaska ma nas zmusić, żebyśmy więcej nie grzeszyli? Od nas samych zależy więc, czy łaska Boga może działać czy nie. Czy będziesz angażował swoją energię, gdy wiesz, że twój bliźni nie chce pomocy, że chce on dalej postępować tak, jak postępował? Nasz los leży w naszych rękach.
Zwykły człowiek:
Proroku, nie mogę tego tak bez niczego przełknąć. Nie chcę wierzyć w to, co mówisz, jeśli nawet wydaje mi się to logiczne. Nagle nie poznaję już siebie. To, co mówisz o Bogu - to nie jest już ten Bóg, którego znam ze szkoły, z lekcji religii. Może istnieć tylko jeden rodzaj Boga. Który jest prawdziwy? W co należy więc jeszcze wierzyć?
Odpowiedź proroka:
Z wiarą jest pewien problem, gdyż ona - jak już mówiłam - nie jest do udowodnienia. Nikt inny nie da ci dowodu na to, co jest prawdziwe. Tylko ty sam możesz przekonać się o prawdzie stopniowo, powierzając się Bogu.
Zwykły człowiek:
Jak. Czy masz jakąś receptę?
Prorok:
Nie mam recepty, ale mogę ci powiedzieć, jak ja mogłam i mogę doznać Boga.
Jakieś dwadzieścia pięć lat temu nie byłam jeszcze narzędziem Ducha Bożego, ale po ciężkim ciosie losu zaczęłam stawiać pytania Bogu instytucji katolickiej, o którym wiedziałam - jak wielu katolików - że jest On gdzieś nad chmurami w niebie i rozdziela dobroć, miłość i karę. Moje pytania brzmiały mniej więcej tak: Czy Bóg w ogóle istnieje? Jeśli tak, to gdzie jest? Czy jest życie po śmierci? Jeśli tak - zastanawiałam się, to musi być nadrzędna istota, która jest życiem, również tak zwanego martwego. Gdzie są nasi zmarli krewni? Jeśli istnieją zaświaty, gdzie są np. "biedne dusze"? Gdzie ja się znajdę, kiedy umrę?
Nadal stawiałam - na początku w niewiadome - pytania do Boga, które brzmiały mniej więcej tak: Czy możesz mnie usłyszeć? Czy możesz mnie zrozumieć? Czy przyjmujesz w ogóle grzeszników? Czy opłaca się modlić, skoro jesteś tak daleko? Czy możesz i czy w ogóle chcesz słyszeć modlitwy ludzi, czy może nie masz czasu, bo jesteś zajęty zapisywaniem plusów i minusów pojedynczych osób w Twoich księgach? Dlaczego karzesz niewinnych i zabierasz z ziemi dzieci i ludzi w kwiecie wieku? Dlaczego dopuszczasz tyle cierpienia, także wobec zwierząt? Może w ogóle nie istniejesz? Dlaczego ukrywasz się przed nami, ludźmi? Dlaczego mówi się o Tobie, o Bogu, że jesteś Ojcem wszystkich ludzi? Dobry Ojciec troszczy się o swoje dzieci, a ty przecież zaniedbujesz wielu ludzi i zabijasz ich, gdy są jeszcze młodzi. Tęsknię do sprawiedliwego Boga, który ma być moim Ojcem. Z jednej strony chciałabym wierzyć, że istniejesz, ale kiedy widzę cierpienie ludzi nie mogę w to wierzyć. Czy wszyscy ludzie muszą robić z Tobą takie ceregiele, jak katoliccy kapłani, żeby nastroić Cię łaskawie? Do tego nie mam sił i chęci; muszę Cię więc zostawić.
Nagle przyszła myśl: sprawdzę, czy istnieje Bóg, który będzie dla mnie łaskawy nawet wtedy, gdy nie będę robiła takich ceregieli. Krótko potem ktoś podarował mi książkę i powiedział: ty szukasz Boga. Może znajdziesz tu kilka punktów zaczepienia. Treść książki wydawała mi się logiczna. Następnym krokiem było to, że otworzyłam Biblię w ciemno i znalazłam u Mateusza Kazanie na Górze. Przeczytałam je i pomyślałam: a więc to chce mi powiedzieć Jezus. Wciąż na nowo brałam kilka wypowiedzi z Jego Kazania na Górze i rozmyślałam na ich temat. Zdumiewające - coraz bardziej się wyciszałam. Gniewne myśli przeciw Bogu odpłynęły i wypowiedzi z Kazania na Górze wydawały mi się coraz bardziej logiczne. I jak grom z jasnego nieba przyszła myśl: może jednak powinnam się modlić. Zaczęłam się modlić, ale nie szło mi zbyt dobrze. Wciąż na nowo wypływał we mnie obraz Boga, który siedzi gdzieś na tronie. Wciąż na nowo przychodziły też jednak myśli na temat wypowiedzi Kazania na Górze. Przestałam bełkotać swoje modlitwy i pomyślałam: takich modlitw Bóg z pewnością nie może wysłuchać. To było tylko paplanie.
Znów zajmowały mnie myśli o Bogu. Nagle pomyślałam: On nie może być tak odległy. Jeśli jest Ojcem wszystkich ludzi, to jest też m o i m Ojcem. Mądry Bóg nie może być tak odległy, a więc musi słyszeć moje modlitwy. Znalazłam sobie cichy kąt w domu i próbowałam teraz modlić się w koncentracji. Nagle zauważyłam, że przez modlitwę stawałam się spokojniejsza, bardziej rozluźniona. Było tak, jakbym otrzymała odpowiedź od Boga. Ten spokój i to opanowanie dobrze robiły mojemu zranionemu, szukającemu sercu, które było dręczone kolejnymi ciosami losu.
Wciąż na nowo szukałam modlitwy. Nagle rozpoznałam, że moje modlitwy zupełnie się zmieniły. Już nie wypowiadałam oczekiwań, ale zaczęłam swobodnie rozmawiać z Bogiem w modlitwie. Np.: Jeśli jesteś moim Ojcem, to chcę w pełnym zaufaniu przyjść do Ciebie i powiedzieć Ci, że boli mnie serce, gdyż straciłam ukochanego człowieka. Proszę Cię, chroń duszę w Twojej dobroci, miłości i miłosierdziu. Nagle zwróciłam uwagę - jak mogę się tak modlić, skąd to przychodzi, kto podpowiada mi takie modlitwy? Do tej pory znałam tylko modlitwy odmawiane przez kapłanów lub te ze śpiewników kościelnych.
Coraz bardziej ciągnęło mnie do mojego kącika, do modlitwy. I wciąż po modlitwie byłam wzmocniona, radosna, wesoła, pełna nadziei. Myślałam: to mogłaby być odpowiedź Boga. Byłam coraz odważniejsza i mówiłam do Boga jako do Ojca. Jako dziecko przychodziłam do Niego w modlitwie, składałam Mu wszystko, co mnie uciskało, ale mówiłam też, co mnie ucieszyło, lub co mnie poruszyło i zdenerwowało. Po modlitwie miałam uczucie, że nie powinnam się denerwować, nie powinnam mieć sprzecznych z Prawem myśli i znów zaczynałam się modlić i mówiłam: Panie, chcę się Tobie powierzyć. To jest takie trudne. Nagle zauważyłam, że to jest trudne tylko dlatego, że Mu nie ufam, bo nie daruję Bogu mojego zaufania, ale chcę sprawdzić Jego, Boga, czy w ogóle istnieje.
Teraz pomyślałam sobie: Te zbyt ludzkie myśli zwątpienia, troski, kłopotów, myśli przeciw bliźniemu oddam Bogu. Uczyniłam to w modlitwie i poczułam siłę. Po modlitwie te myśli były jakby zmazane. Czułam siłę w sobie i przeczuwałam, czym jest zaufanie. Co to znaczy przyjść jako dziecko do Boga, do odwiecznego Ojca i złożyć wszystko w Jego ręce. Wciąż, wciąż na nowo tak czyniłam. Zaufanie do Boga, odwiecznego Ojca, rosło i w końcu zaczęło płonąć malutkie światełko miłości do Boga; to była miłość do Ojca, który napełniał mnie spokojem, który mi pomagał w okazaniu Mu zaufania, który stopniowo pomagał mi uwierzyć w Niego.
Nagle zaczęłam się cieszyć i radość wpłynęła do mojego serca. Czułam, że jest Bóg, który mnie słyszy, jest Bóg, który mnie rozumie i jest Bóg, który mi pomaga. Moje modlitwy stawały się coraz bardziej wewnętrzne i głębokie, a moje życie zmieniało się. Wciąż na nowo brałam Kazanie na Górze w rękę i czytałam, np.: Co chcesz, aby ci inni uczynili, najpierw uczyń im. Z czego wynika: Czego nie chcesz, aby tobie czyniono, tego nie czyń innym. To było trudne, ale próbowałam tego w zaufaniu wobec Boga. Zawsze wtedy, gdy mi się poszczęściło czułam radość i wdzięczność do Boga. Czułam, że staję się coraz bardziej wolna i mniej obciążona. Wkrótce moim całym dążeniem było znów modlić się do Niego. Zbliżyć się do Niego w modlitwie.
Drogi bracie, tak doświadczyłam, że istnieje bliski Bóg, Bóg miłości, Ojciec, do którego wszyscy możemy przyjść. On nie będzie zawsze czynił tego, czego sobie życzymy. On postępuje według swojego sprawiedliwego i świętego prawa miłości.
Po pięciu latach popłynęło przeze mnie słowo Boże, a więc boski proroczy Duch. Od dwudziestu dwóch lat Bóg nazywa mnie swoją prorokinią, a ja siebie Jego dzieckiem. Kocham Boga mojego Ojca. Wiem, że On nie chce ceremonii, pozbawionych sensu zewnętrznych form i dogmatów. On pragnie pełnego zaufania serca swojego dziecka, tego żebyśmy przyszli do Niego w radości i cierpieniu, żebyśmy krok po kroku wypełniali Jego święte Przykazania i Kazanie na Górze. Kiedy więc popłynęło przeze mnie prorocze słowo, dowiedziałam się przez mowę serca: Kroki do modlitwy i doświadczenia przed i po modlitwie - spokój, odprężenie, rosnące zaufanie do Boga, wewnętrzna radość i nadzieja i że Bóg jest Bogiem bliskim, pomocą w wyjściu z wątpliwości, kłopotów i trosk, małe światełko miłości, które nagle rozpaliło się dla Boga i wiele więcej - to były pierwsze doświadczenia w doznawaniu Boga. W dalszym przebiegu dwudziestu dwóch lat czułam wtedy jak moja dusza zanurzała się w strumień życia, którym jest Bóg i jak coraz silniejsza stawała się komunikacja z Bogiem. Po dwudziestu dwóch latach jestem w stałej komunikacji z Duchem Bożym w sednie mojej duszy. To jest mowa serca, która mówi do mnie i przeze mnie, to jest Bóg, nieskończona miłość.
Ze stopniowych małych doznań Boga powstał pełen tęsknoty strumień komunikacji z Tym, który w najmniejszych doświadczeniach Boga pozwolił mi zasmakować, co to znaczy być z Nim świadomie w komunikacji i doznać, jak to jest, kiedy dusza zanurzona jest w potężnym wszechstrumieniu, w BOGU. To jest podobnie jak z rybą, która przebywa w swoim środowisku, w wodzie i tam czuje się bezpieczna.
Doświadczyłam, tak jak doświadcza tego wielu moich braci i sióstr na wewnętrznej drodze, która nauczana jest w Życiu Uniwersalnym, co to znaczy dla człowieka wydobyć się z wątpliwości, strachów, kłopotów, ciosów losu i powierzyć się Temu, który sam jest łaską i pomocą i który jest Jedynym, który może nas uczynić radosnymi i szczęśliwymi i daje nam poznać w najmniejszych doświadczeniach Boga, co to znaczy coraz bardziej zbliżać się do Niego. To oczywiście zakłada konieczność tego, że na początku trzeba skonfrontować się ze swoim ziemskim bytem w pytaniu: Czy chcę zostać taki, jaki jestem, czy też wolę osiągnąć wyższe etyczno-moralne wartości? Czy w ogóle chcę sobie postawić cel zbliżenia się do Boga? Jeśli tak, to na początek jest przede mną walka z samym sobą i rozstanie się z własnym napęczniałym ego, które stawia siebie ponad innych i wszystko wie lepiej, nawet lepiej niż Bóg.
Drogi bracie, to co przedstawiłam nie jest żadną receptą - może pomocą dla ciebie, a może też pomocą dla wielu, którzy przeczytają ten mały zeszyt, "Proroka".
Zwykły człowiek:
Czy mogę to wypróbować? Czy powinienem wypróbować Boga?
Odpowiedź proroka:
Wiesz, że nie misjonuję. Jeśli chcesz, możesz uczynić podobnie, aby odczuć, że Bóg jest całkiem bliski tobie i nam wszystkim.
Zwykły człowiek:
Czy stanę się wtedy prorokiem?
Odpowiedź proroka:
Prorokiem nie można się stać. U podstaw proroctwa leży polecenie z góry, a więc od Boga. Kiedy przychodzi czas dla urzędu proroka, wtedy Bóg przygotowuje człowieka do urzędu proroka. Podobnie jak ja zostałam przygotowana przez cios losu i prowadzenie do prawdziwego Boga, tak działo się z wszystkimi prorokami. W duszy przyszłego proroka leży zlecenie od Boga bycia jako człowiek prorokiem. Kiedy przychodzi czas, Bóg powołuje człowieka do urzędu proroka. Bóg zna wiele dróg do obudzenia proroczego człowieka, którego dusza niesie polecenie dla urzędu proroka. W moim przypadku najpierw przyszedł cios losu, a potem nastąpiło bez mojego świadomego wówczas udziału pięć lat przygotowania do urzędu proroka. Miałam około czterdziestu lat, kiedy Bóg powołał mnie na proroka.
Tak jak powiedziałam, nikt nie może stać się sam z siebie prorokiem. Wielu sądzi, z pewnością także ty, że urząd proroka - chciałabym powiedzieć: jarzmo proroka - to coś, do czego warto było dążyć. Mogę ci powiedzieć tylko z mojego doświadczenia: to nie jest naprawdę warte dążenia, gdyż prorok w zakresie swojej misji nie ma wolności. On musi wypełnić urząd proroka, gdyż to leży w jego duszy. Przez to jest jak gdyby więźniem Boga.
Drogi bracie, możesz mi wierzyć, że już często chciałam porzucić urząd proroka. On, wielki Bóg, wciąż na nowo mnie chwytał, a ja muszę przyznać, że pozwalałam się schwytać. Spytasz: dlaczego, skoro urząd proroka jest jarzmem? Nie mogę ci tego powiedzieć. W duszy proroka leży gotowość do ponoszenia ofiar, chęć ofiarowania się, oddanie się Bogu, który wciąż na nowo przezwycięża proroka, człowieka i jednocześnie wciska go w swoje jarzmo - robienie tego, co jest wolą Boga. Gdy czyta się historię proroków Starego Testamentu, stwierdza się, że wszyscy z powodu swojej boskiej misji niewypowiedzianie cierpieli. Niejeden z proroków zwracał się przeciw Bogu - a mimo to wracał z powrotem i na nowo wchodził w jarzmo proroka, aby czynić to, co jest wolą Boga.
Kiedy spoglądam na te dwadzieścia dwa lata, podczas których byłam w jarzmie proroka, muszę spytać siebie, człowieka: Jak to przetrwałaś? Literalnie przeszłam przez "piekło", które stworzyli mi moi bliźni i częściowo wciąż jeszcze stwarzają. Działo się ze mną tak, jak z dręczonym zwierzęciem, które jest w rękach człowieka i w końcu nie może przerwać pasma udręk, gdyż ludzie tego nie chcą. Musiałam np. doznać, jak ludzie, którzy dali Bogu największe przyrzeczenie, odkładali je znowu bez wyrzutów sumienia, gdy jeden lub kilku z ich bliźnich napominali ich z powodu niestosownego zachowania, albo przypominali im o przyrzeczeniu wobec Boga dotyczącym pojednania z bliźnim i utrzymywania pokoju. Albo to, że tak zwani kościelni odpowiedzialni za oczernianie innowierców dyskryminowali nas, prachrześcijan, łącznie z moją osobą i oczerniali i rozpowszechniali najgorsze kłamstwa o dziele Chrystusa i o mnie, co nadal dzieje się dzisiaj. Dlaczego? Wiem to dobrze: Nie chodzi tu tylko o mnie, o moją osobę - chodzi o to, żeby publicznie zdyskredytować wszystkich tych, którzy podjęli się urzeczywistniania Kazania na Górze i w rezultacie także zrehabilitowania na całym świecie Chrystusa, w którego imieniu w minionych stuleciach uczyniono tak wiele hańbiących rzeczy.
Wciąż i wciąż na nowo podnosiłam się, otrząsałam z najgorszych oczernień i dyskryminacji i kierowałam się do Boga wypowiadając zdanie, którego trzymałam się dwadzieścia dwa lata: "O Boże i Panie nie pozostawię Cię, gdyż Ty mnie błogosławisz!"
Drogi bracie nie wierz, że inkwizycja i średniowiecze należą do przeszłości. Dzisiaj mamy nowoczesną inkwizycję. W średniowieczu ludzie byli oczerniani, twierdzono, że są czarownicami lub heretykami i wielu z nich na oczach tysięcy ludzi zostało spalonych na stosach. W ciągu minionych dwudziestu dwu lat krążyły na temat dzieła Chrystusa Bożego i o mnie jako widocznej tarczy wszelkie możliwe kłamstwa; byliśmy oczerniani i pozbawiani prawa do szacunku. Na oczach wielu milionów Niemców byłam postawiona w radiu i w telewizji pod pręgierzem i obrzucona brudem, który jest właściwy tym, którzy chcieli mnie przez to maltretować. Mieli oni i mają dobrą broń w rękach, gdyż ich kłamstwa, oczernianie, dyskryminacja i pogardzanie były i są im odpuszczane w niemieckich sądach jako tak zwane wyrażanie własnych poglądów, a więc zarazem zostało im to dane do ręki, żeby mogli systematycznie i celowo obrzucać brudem dzieło Boga i mnie.
Zwykły człowiek:
Jak znosisz to wszystko?
Odpowiedź proroka:
Tak jak Jezus powiedział mniej więcej: Prześladowali Mnie i tak będą prześladować i was. Właśnie to, że dzieło i ludzie, którzy są prachrześcijanami łącznie z moją osobą, są tak prześladowani i dyskryminowani jest znakiem, że bierzemy na poważnie słowa Jezusa, z czego wynika, że Bóg jest z nami. Pomogła mi wiedza o reinkarnacji, gdyż podobnie jak dwa tysiące lat temu zachowywali się w stosunku do Jezusa faryzeusze i uczeni w Piśmie, a potem Neron, cesarz Rzymu, który rzucał pierwszych chrześcijan lwom na pożarcie, podobnie działo się też pod przykrywką "Chrystus" w średniowieczu w wyprawach krzyżowych i w osłabionej formie dzieje się do dzisiejszego dnia. Za czasów Nerona były cyrki, dziś jest to forum radia, telewizji i prasy. Nie jest się zabijanym, ale piętnowanym jako trędowaty w społeczeństwie.
W Duchu Bożym dwa tysiące lat to nie więcej niż dzień. Czym są dwa tysiące lat w obliczu reinkarnacji! Jeśli ci sami przychodzili dziesięć czy dwadzieścia razy z tymi samymi obciążeniami, to wcale jeszcze nie znaczy, że za dwudziestym pierwszym razem zmienili by się na lepsze. Nie chcę wyrokować, ale wygląda na to, że ci, którzy blisko dwa tysiące lat temu rozprzestrzeniali kłamstwa o Jezusie, Chrystusie, oczerniali Go i wyszydzali, którzy prześladowali i rzucali lwom pierwszych chrześcijan, którzy w średniowieczu zajmowali się piętnowaniem innych i popierali wyprawy krzyżowe, występują dziś znów jako ludzie, żeby kontynuować swoje dzieło przeciw dziełu Boga i przeciw wszystkim ludziom, którzy dążą do tego, by czynić kroki do Chrystusa.
Gdybym pozostała np. gospodynią domową i odrzuciła urząd proroka, a więc gdybym nie pozwoliła przemawiać przeze mnie Duchowi Chrystusa Bożemu, szczególnie publicznie, to nie prześladowałby mnie i nie dyskryminował jako gospodyni domowej, żaden odpowiedzialny od spraw sekt, nikt nie rozpowszechniałby o mnie kłamstw. Ale ponieważ czyniłam i czynię to, czego chce Bóg - mianowicie, żebym była Jego instrumentem - spotyka mnie to wszystko. Jeśli dokładniej przyjrzysz się całemu, skierowanemu na mnie potencjałowi ataku kłamstw, dyskryminacji, ośmieszania, to przekonasz się, że nie jest atakowana kobieta, ale proroczy Duch, który wzywa ludzi, żeby zawarli między sobą pokój, utrzymali pokój i mierzyli swoje negatywne myślenie, mówienie i postępowanie przykazaniami i sprawdzali, czy odpowiada to nauce Jezusa. Ponieważ Jezus, Chrystus, ponownie mówi dzisiaj przeciw kościelno-instytucjonalnym ceremoniom, nie może być według kościelnych wyobrażeń objawiającym się Chrystusem Bożym. Gdyby potwierdzili to, to straciliby pracę papież, kardynałowie, biskupi, proboszcze i księża. Wtedy jednak też lepiej stałoby państwo ze swoimi wpływami z podatków, gdyż odpadłyby subwencje na rzecz instytucji kościelnych, wysokie państwowe zarobki kardynałów i biskupów, a kościelny wierny uwięziony przez rzekome wieczne potępienie człowiek, mógłby odetchnąć w świadomości: Bóg jest wszechobecny, a Jego wielka miłość do wszystkich ludzie jest Jego łaską a więc Jego pomocą. Upadłaby obawa przed karzącym Bogiem i niejeden podniósłby się przez stopniowe spełnianie przykazań Boga i Kazania na Górze i wstąpiłby w ślady Jezusa, Chrystusa, bez ceremonii, a jedynie przez miłość do Boga, naszego odwiecznego Ojca.
To nie był mój człowiek ani ludzkie intencje, ale moja dusza, która kazała mi wciąż na nowo wstawać, żeby pozwolić się na nowo postawić pod pręgierzem. Wiem jedno: Kocham Boga, twojego, mojego i naszego wspólnego Ojca z całego serca, z całej duszy, ze wszystkich swoich sił i dlatego kocham też swoich bliźnich. To wciąż na nowo podnosiło mnie, żeby iść do moich współbraci i być z nimi. Przy tym np. w Gminie Przemierza Nowa Jerozolima naprawdę byli nie tylko mocni charakterem bracia i siostry, którzy zachowywali wierność Chrystusowi; byli tam nawet Judasze, którzy tylko jeszcze nie wrzucili do świątyni swoich srebrników.
Chrystus nie może się więc zdać na wszystkich, którzy powiedzieli Bogu "tak". Możesz mi wierzyć, że tacy słabi charakterem ludzie uczynili moje życie niewypowiedzianie ciężkim.
Istnieją też jednak inni, którzy wykuli swój charakter ze stali przez to, że swoje grzechy - które są właśnie brakiem charakteru - oczyścili z pomocą Chrystusa, naszego Zbawiciela i pożałowali za nie, a ponieważ nie czynili więcej nic podobnego, stali się wiernymi naśladowcami Jezusa, Chrystusa. Żaden człowiek nie jest doskonały. Ten jednak, kto buduje swoją wiarę na zaufaniu do Boga, osiąga wewnętrzne doświadczenie i przez to świadomość, że Bóg jest bliski nam wszystkim i nas kocha. Właśnie to boskie doświadczenie pomaga nam wyrosnąć ze ślepej wiary w zaufanie, a potem w wiedzę, że Bóg, Miłość jest przy nas i chce nam towarzyszyć, o ile my tego chcemy. Ten, kto wykuł na stal swój charakter, nie będzie już rozpowszechniał kłamstw o swoim bliźnim, nie będzie go oczerniał ani dyskryminował. Nie stanie się też Judaszem ani szantażystą.
Zwykły człowiek:
Tak powoli rozumiem was - a także ciebie - coraz lepiej. Jak wy, prachrześcijanie, zachowujecie się, gdy opuszczają was wasi bliźni, którzy nazywali siebie prachrześcijanami?
Prorok:
Wspólnota prachrześcijan nie wiąże.
Szanujemy wolność każdego z osobna. Także wtedy, gdy niektórzy stają się "informatorami" kościelnych odpowiedzialnych do oczerniania mniejszości. W naszej wspólnocie nie dokonujemy przymusowego chrztu. Jezus z Nazaretu uczył nas mniej więcej tak: Najpierw nauczajcie, a potem chrzcijcie. Co znaczy: Jeśli człowiek wypełnia krok po kroku przykazania Boga, Kazanie na Górze, to zanurza się w strumień świętego Ducha i przez to jest duchowo rozbudzonym, a więc jest ochrzczony ogniem Świętego Ducha. Chrzest niemowląt, to chrzest wodny. Woda pozostaje tylko wodą ziemi, nawet gdy jest trzykrotnie błogosławiona czy poświęcona przez ręce kapłana, które są tak samo splamione, jak ręce każdego innego obywatela.
Prachrześcijanie pozostawiają każdemu wolność. Kto przychodzi do nas ze szczerego serca jest serdecznie witany. Ten, kto odchodzi nie jest zatrzymywany.
Zwykły człowiek:
Gmina Przymierza Nowa Jerozolima, to przecież prachrześcijanie w Życiu Uniwersalnym. Wciąż słyszy się, że macie takie specyficzne, dziwne podejście do małżeństwa i partnerstwa. Jak to jest? Czy możesz również na to dać mi odpowiedź?
Prorok:
Dlaczego nie?
Małżeństwo oznacza: dwoje ludzi przyrzeka sobie miłość i wierność. Ślubują też, że będą dobrymi rodzicami dla dzieci, które przyjdą na świat z ich małżeńskiego połączenia. Że będą się o nie troszczyć i odpowiadać za nie do ich dojrzałości. Jeżeli jednak spojrzymy na wiele małżeństw musimy stwierdzić, że kłótnie i spory zaczęły się już przed zawarciem związku. Wciąż trwały sprzeczki, a małżeństwo zostało zawarte w jakiejś bardziej harmonijnej fazie, albo z nacisku odpowiedzialności, albo dlatego, że dziecko było już w drodze. Najpóźniej po tak zwanym miesiącu miodowym spływa miód i zaczynają się na nowo przedmałżeńskie niesnaski. Przez bliskie wspólne życie, przez kłopoty - być może także finansowe - szykuje się również kryzys, który kiedyś wybuchnie. W pierwszej kłótni idzie często o nic nie znaczące rzeczy, gdyż jeden nie robi tego, czego oczekuje od niego drugi. Za tym następują wzajemne zarzuty, a potem wzajemne znudzenie, kiedy jeden rozmawia z drugim już tylko wtedy, gdy coś musi być powiedziane. Jeśli z tego małżeństwa rodzą się dzieci, stają się one często materiałem do rozmowy; rozmawia się o nich albo z nimi, ale małżonkowie sami nie mają sobie już wiele do powiedzenia.
Gdy osłabnie siła przyrzeczenia wzajemnej miłości, dochowania wierności, zaczyna się często kokietowanie innej kobiety lub innego mężczyzny. Kokieteryjne spojrzenia przechodzą w zaloty, we flirt, a później nawet w "przyjaźń na kocią łapę". Mężczyzna ma "przyjaciółkę", kobieta "przyjaciela". Cierpią przez to dzieci. Stoi się na przeciw siebie już tylko we wrogim nastawieniu. Zapłonął nowy kryzys. Teraz chodzi o to, kto pierwszy zdradził partnera. Jeśli jeden z partnerów "wyjechał" z tak zwanej obietnicy małżeńskiej, to drugi używa wszelkich środków i intryg, aby pochwycić znów tego, który zerwał małżeńskie więzy i przywiązać go do siebie, gdyż ostatecznie jest się małżeństwem, mimo że już przed jego zawarciem sprawy stawały często na ostrzu noża. W innych przypadkach jeden z partnerów sięga po alkohol, aby zapić swoją troskę i swoje związanie. Znowu inny rzuca się w wir pracy, żeby nie przychodzić zbyt wcześnie do domu. Istnieją niezliczone przypadki odsuwania się od siebie w życiu z odpowiednimi konsekwencjami.
Człowiek jest pełen inwencji, gdy chodzi o wywyższanie jego własnej osoby, gdy chodzi o ukoronowanie jego ego. To może kosztować ile chce - on zawsze znajdzie winnego, ale nigdy nie uzna siebie za współwinnego. Często jest obojętne, jakie środki się stosuje - czy jako środek nacisku wykorzystuje się fizyczne powaby, czy piękne oczy, czy dyskryminację i intrygi albo dziecko jako instrument szantażu - ważne jest, że dostaje się to, czego się chce. Czym martwi się wtedy człowiek, obojętnie czy chrześcijanin czy nie? Co obchodzi go, jakie jest zdanie Biblii na ten temat? Co obchodzi go Bóg, kiedy krzyczy niezaspokojone pragnienie i ego? Słabszy zawsze cierpi.
Niektórzy sądzą, że powinni okazywać przychylne nastawienie i udawać, że pozostają na właściwych torach. Jak długo to potrwa - potem wykoleja się pociąg z zarzutami, cudzołóstwem i nienawiścią. To nie dobro sprowadziło ich znowu razem, to pociąg wypełniony po brzegi nieprzezwyciężonym, nigdy nie nasyconym ja, który wypadł z torów. Niektórzy sądzą, że muszą postawić go z powrotem na tory bez opróżnienia go. Pociąg z obciążeniami wjeżdża teraz na ślepy tor. W przetaczaniu go tam i z powrotem dopasowano się do siebie. Słabszy ustępuje i robi to, czego chce silniejszy. Po dziesiątkach lat dopasowali się do siebie, każdy przejął programy drugiego, oboje stali się "jednym ciałem". Wydaje im się teraz, że udało im się. Dobrze się rozumieją. Ich małżeństwo jest uratowane. Dlaczego żar zgasł i wszystko zmieniło się w popiół? Życie ostygło, a popioły dobrze się rozumieją.
Z ręką na sercu, całkiem szczerze - czy nie jest w wielu małżeństwach podobnie, jak to opisałam. Gdyby tak nie było, to nie byłoby tak wiele rozwodów ani ślepych torów, gdzie każdy czyni to, czego chce inny, gdyż przez manewry dopasowali się do siebie, stali się j e d n y m programem, który nie jest jednak chrześcijański, ale "małżeński" - jeden spełnia życzenia drugiego.
Wielu nie opuszcza nadzieja na następne lepsze małżeństwo. Przecież w końcu musi znaleźć się "ta" lub "ten" właściwy! Tak się staje. Ktoś zakochuje się na nowo. Wciąż na nowo wierzy, że to będzie wielka miłość, aż po krótkim czasie musi rozpoznać: To było znowu tylko pragnienie zbliżenia.
Z takiego lasu, gąszczu pragnień zbliżenia - czy nazwiemy je "przyjaźnią", partnerstwem czy małżeństwem - przyszło do Życia Uniwersalnego, a następnie do Gminy Przymierza Nowa Jerozolima wielu braci i sióstr. W Gminie ludzie przyjęli za zadanie dążyć do wyższych etycznych wartości, również w małżeństwie i partnerstwie, żeby żyć według słów Jezusa: Słyszeliście, że powiedziano: "Nie cudzołóż", ale Ja powiadam wam: Kto patrzy na kobietę i jej pożąda, ten już rozbił małżeństwo w swoim sercu... To, co obowiązuje mężczyznę, odnosi się też naturalnie do kobiet.
Wkrótce potem niektórzy bracia i siostry zaczęli znowu praktykować to, co było tak powszechnie przyjęte w ówczesnym społeczeństwie. Nie każdy trzymał się swojego przyrzeczenia dążenia do wyższych etycznych i moralnych wartości. Zaczęto flirtować z tym, kto akurat znajdował w tym przyjemność albo jeździć z nim tu i tam, jakoby "tylko" w celu wypełnienia "polecenia z zakładu" i, i, i... Niektórzy orientowali się bardziej na swoje rozrywkowe skłonności, które mogłyby być ewentualnie spełnione przez kobietę lub mężczyznę, zamiast na dążenie do boskich zasad Dziesięciu Przykazań i Kazania na Górze, co samemu i dobrowolnie się wybrało.
Pragnienie zbliżenia seksualnego, które prowadzi do wymiany związków albo do flirtu z drugą osobą, nie stoi w prawie Bożym. Następstwem tego było to, że te stare obciążenia były wciąż na nowo poruszane w braciach i siostrach Gminy Przymierza Nowa Jerozolima, którzy na poważnie brali naukę Jezusa - dążenie do wyższych wartości i ideałów. Niektórzy z nich, którzy żyli w takim rozdwojeniu, zastanowili się i poprosili partnera o dystans - nie o rozstanie się - żeby móc na nowo się zorientować. Inni odsuwali się od siebie na krótkich czas, żeby móc przepracować wniesione programy kłótni. Boskie prawa służą ludziom dobrej woli. Inni znów kłócili się w związku małżeńskim nadal i trwało to tak długo, aż nie mogli dłużej przebywać między chętnymi braćmi i siostrami Gminy Przymierza Nowa Jerozolima. Opuszczali oni wspólnotę. Inni znów utrzymywali kłótnie w małżeństwie i partnerstwie w granicach, ale za to więcej kłócili się z kolegami w pracy. W następstwie odbijało się to na niektórych zakładach i popełniane były błędy dużej wagi. Ci, którzy trzymali się Przykazań Bożych i nauk Chrystusa Bożego napominali sprawców. Zalecano im uporządkować sytuację w małżeństwie, a więc zamknąć ją według Przykazań Boga i Kazania na Górze Jezusa. Jeżeli małżeńska sytuacja była bardzo zawikłana i w zakładzie popełniane były dalsze duże błędy, na bazie których wciąż na nowo trzeba było wracać do tej sytuacji, sprawcy odchodzili ze wspólnoty. Inni znów chcieli utrzymać swoje dotychczasowe eskapady, jak to było wszędzie powszechnie przyjęte, a niejeden za pomocą dzieci szantażował swojego współmałżonka, który starał się brać na poważnie naukę Jezusa.
Żebyś mógł zobaczyć, jakie błędne tendencje trzeba było usunąć w Gminie Przymierza Nowa Jerozolima, dam ci przykład:
Przed wielu laty przyszła do nas osoba będąca na wysokim stanowisku, żeby z nami współpracować. Wkrótce okazało się, że mimo istniejącego małżeństwa pielęgnowane były zmieniające się przyjaźnie. Stało się wiadome, że w tej grze przechodzenia od małżeństwa do przyjaźni i od przyjaźni do małżeństwa przyszło na świat nieślubne dziecko. W tej karuzeli pragnień zbliżenia zostało spłodzone drugie nieślubne dziecko. Pierwsze małżeństwo skończyło się rozwodem, a ze związku, z którego zrodziły się nieślubne dzieci zawiązało się drugie małżeństwo. Po niedługim czasie nowa "przyjaźń" wkroczyła w drugie małżeństwo. W trakcie tego małżeństwa z przyjaźnią - co okazało się po latach - dochodziło do dalszych eskapad tej cudzołożącej osoby. To czy "znajomości" kończyły się ślubem czy nie, nie grało żadnej roli u obojga partnerów, gdyż oboje nie przywiązywali zbyt dużej wagi do wierności.
Kiedy to wszystko i wiele więcej stało się stopniowo wiadome prachrześcijanom, zamknięte zostały drzwi do Gminy Przymierza Nowa Jerozolima dla takiego niemoralnego zachowania. Członkowie Gminy postanowili również w tym względzie konsekwentnie wstępować w ślady Jezusa Chrystusa i zachowywać zasady wierności, szacunku i pokoju w małżeństwie i partnerstwie. Ponieważ właśnie w stosunku mężczyzna - kobieta, a co za tym idzie w małżeństwie i partnerstwie czynne są masywne wzory zachowania, a więc programy, które budowały się i umacniały przez wiele tysięcy lat, trzeba wielkich starań każdego człowieka, żeby wyjść z prastarych, wyjeżdżonych torów i również tu zastosować etyczne zasady Kazania na Górze. O to starali się przez cały czas ludzie, którzy kroczą Wewnętrzną Drogą, a także członkowie Gminy Przymierza Nowa Jerozolima.
Nie jest to łatwe, ale ten, kto czyni kroki w tym obszarze, czuje jak pozytywnie działa uwalnianie się od pożądania, żądzy kontaktów seksualnych itp. w jego życiu i we wspólnym życiu, także małżeństwie i partnerstwie.
Zwykły człowiek:
Zadziwiasz mnie. Mówisz to wszystko tak otwarcie - dokładnie tak, jak to najwyraźniej w tym momencie jest. Podoba mi się, że jesteście konsekwentni. W mojej wspólnocie wyznaniowej mówi się oczywiście o takich rzeczach, ale ostatecznie wszystko pozostaje po staremu. Ewangelicy pozostają ewangelikami, obojętnie czy mają już za sobą trzy małżeństwa, a w małżeństwach dodatkowo wiele "przyjaźni", obojętnie czy biorą na poważnie naukę Jezusa czy nie. Żadnej roli nie gra właściwie to, czy jeden ciągle odchodzi do innego partnera, czy też oboje partnerzy pomimo kłótni i niesnasek zachowują wierność. Nowości w tej sprawie są wprawdzie często tematem powszechnych rozmów, ale nie wiem nic o przypadku, żeby ktoś poniósł konsekwencje w ramach wspólnoty kościelnej.
Odpowiedź proroka:
I w tym jest właśnie sęk. Gdyby kościelni zwierzchnicy byli przykładem dla wiernych, a więc stopniowo wstępowali w ślady Jezusa, Chrystusa, to mogliby piętnować takie postępowanie. Nauka katolicka i luterańska stałyby się wtedy nauką chrześcijańską, która jest wyższą etyką i moralnością. Wtedy w świecie byłoby coraz mniej szarpaniny w małżeństwach i partnerstwach, ale także coraz mniej brutalności, coraz mniej przestępstw i coraz mniej wojen.
Nie znaczy to, że prachrześcijanie w Gminie Przymierza Nowa Jerozolima są doskonali. Ważne jest, że cel wyższej etyki i moralności, cel wstępowania w ślady Jezusa, Chrystusa, wypełnia dni, w których każdy czyni swoje kroki do wyższej etyki i moralności, a więc stopniowo wkracza w ślady Jezusa, Chrystusa. O nieprawidłowościach, które miały miejsce w Gminie Przymierza Nowa Jerozolima, mówię tak otwarcie i bez ogródek, dlatego że postanowiliśmy sobie krok za krokiem spełniać wolę Boga, która objawia się w Dziesięciu Przykazaniach i Kazaniu na Górze Jezusa. Do tego otwarcie się przyznajemy. Jako mały lud, około siedmiuset braci i sióstr, chcemy urzeczywistnić to, o czym mówimy na zewnątrz. Procesy oczyszczania, które przy tym przebiegają, wskazują właśnie na to, że na poważnie bierzemy naukę Jezusa, a nie tylko o Nim mówimy.
Przy tym wszystkim prachrześcijanie Gminy Przymierza Nowa Jerozolima nie są świętoszkowatym narodem. Ci, którzy biorą na poważnie naukę Jezusa, walczą ze swoimi błędami, ze swoimi słabościami i starymi negatywnymi wzorami postępowania; zmagają się ze sobą, żeby zbliżyć się do celu wyższych wartości i moralności. Przez to można często porównać Gminę Przymierza Nowa Jerozolima do miski z brudną wodą. Ci, którzy czynią kroki do wyższych ideałów i wartości, dążą do oczyszczenia tego, co niewłaściwe, żeby woda w tej misce stała się przejrzysta, żeby można ją było wtedy darować tym, którzy tak samo szczerze i prosto dążą do spełniania woli Boga. To, że bracia i siostry, którzy wchodzą w brudną wodę, żeby odfiltrować brud, tak żeby stała się przejrzysta, są przy tym często atakowani, oczywiście również otwarcie w mediach, jest logicznym następstwem. Ci, którzy płyną pod prąd, którzy walczą z prądem nieczystości, są zawsze niemile widziani.
Te walki w biegu procesów oczyszczania i uszlachetniania muszą istnieć. Ostatecznie Gmina Przymierza Nowa Jerozolima wystąpiła po to, żeby spełniać krok po kroku Kazanie na Górze Jezusa. Pokój przykazany w Kazaniu na Górze musi być więc wywalczony - w życiu każdego z osobna i we wspólnym życiu prachrześcijan w Gminie Przymierza. Walka o zachowanie tego, co sobie postanowiliśmy pokazuje, że nie postępujemy tak, jak to jest przyjęte wśród instytucjonalnych chrześcijan: nazywaj siebie chrześcijaninem, ale żyj, tak jak chcesz, nawet gdyby to było nie po chrześcijańsku.
W ten sposób mały naród oczyszczał się i oczyszcza, żeby w końcu pozostać wiernym swojemu przyrzeczeniu wstępowania w ślady Jezusa, Chrystusa, żeby czynić to, co jest wolą Boga. Dziesięć Przykazań i Kazanie na Górze nauczają nas i są dla nas miernikiem.
Wielka część braci i sióstr Gminy Przymierza Nowa Jerozolima szczerze stara się i dąży do wypełnienia tego, co przedstawiamy w pismach i wykładach: krok po kroku urzeczywistniać naukę Jezusa, Chrystusa i w ten sposób wrastać w życie zgodne z prawem Bożym. Rozumie się samo przez się, że nie można tego dokonać z dnia na dzień, ale dobra wola przynosi drogę i prowadzi na drodze do czynów zgodnych z wolą Boga.
To jest prawda drogi bracie. Tak zwani eksperci instytucji katolickiej i ewangelickiej nie zajmują się procesem dochodzenia do prachrześcijańskiego życia. Zajmują się oni jedynie tym, że dawni prachrześcijanie odchodzą z Gminy Przymierza Nowa Jerozolima. Przy tym słucha się tylko tych, którzy z brudnej wody, z miski Gminy Przymierza zostali odfiltrowani i którym zaproponowano następującą możliwość: albo trzymać się tego, co wspólnie postanowiliśmy i co rozpowszechniamy na zewnątrz, albo - jeżeli w międzyczasie zmienili poglądy - opuścić Gminę Przymierza Nowa Jerozolima. To, co odpowiedzialni do spraw sekt robią z jednostronnych i zabarwionych osobistym przekonaniem wypowiedzi, które można by nazwać rodzajem szlamu, to jest znowu szlam i błoto, które w zmienionej formie są przekazywane tym, którzy je połykają. Zawierają one w każdym razie niedorzeczności i dziwactwa, które są niektórym odpowiedzialnym za dyskryminowanie innowierców bliższe niż wysoka moralność i niż wartości, których nauczał Jezus, Chrystus.
Jak już powiedziałam prachrześcijańscy naśladowcy Jezusa, Chrystusa, nie są doskonali, ale ci, którzy mają dobrą wolę, idą naprzód, aby udowodnić, że można żyć według Kazania na Górze, nawet jeśli to jest trudne, gdyż nie można więcej poruszać się po starych niemoralnych torach. Zrozumiałe jest, że ci, którzy nadal chcą manewrować po torach nazbyt ludzkich zwyczajów są proszeni przez braci i siostry z Gminy Przymierza, którzy postawili sobie za cel wypełnienie Kazania na Górze Jezusa, o opuszczenie Gminy Przymierza. Jeśli nie przyjmuje się zbyt dużych kompromisów i orientuje się wciąż na nowo na przyrzeczenie pójścia w ślady Jezusa, Chrystusa, to oczyszcza się religijna wspólnota i to jest dobre.
To, że niektórzy z tych byłych "prachrześcijan" idą do katolickich lub ewangelickich "ekspertów", którzy przyjęli za zadanie dyskryminować ludzi myślących inaczej i małe grupy wiernych, jest przykre, ale każdy ma wolność. Szczególnie ci, którzy nie mogli w Gminie Przymierza Nowa Jerozolima żyć według swoich niemoralnych i nieetycznych tendencji mówią potem, że prachrześcijanie z Gminy Przymierza Nowa Jerozolima rzekomo wykazują dziwaczne zachowania w małżeństwie i partnerstwie.
Drogi bracie, my wszyscy jesteśmy ludźmi tak jak ty, ale walka z samym sobą, żeby zachować pokój z bliźnim zaczyna się właśnie w małżeństwie i partnerstwie. Jeśli tam jest pokój i owocne wspólne życie, to można też zawrzeć pokój z innymi bliźnimi i rozszerzyć obszar jego działania.
Niejeden odbiera dążenie do wyższych etycznych i moralnych wartości, zasad i ideałów ze swojej własnej perspektywy, która jest ukształtowana tak, jak on zachowuje się w związku z tym w swoim myśleniu i sposobie życia.
Nie jesteśmy przeciwko małżeństwu i partnerstwu. Jesteśmy tylko przeciw takim małżeństwom i partnerstwom, jakie opisałam wyżej i jakie są powszechnie przyjęte w naszym społeczeństwie. Chcemy wierności, pokoju i wspólnoty także w małżeństwie i partnerstwie. Połączenia - a nie nałogu bliskich stosunków, przy którym obie osoby myślą tylko o zaspokojeniu swojego ciała. Nie jesteśmy też przeciwni cielesności - wielu mówi tu o seksie - a jedynie przeciw uzależnieniu od seksu, przeciw niewierności, przeciw niezgodzie i ciągłej zmianie seksualnie nacechowanych "przyjaźni".
Wielu prachrześcijan w Gminie Przymierza Nowa Jerozolima przyjęło sobie idealny obraz, zgodny z wyższą etyką i moralnością i postawiło sobie zadanie uszlachetniania się, czynienia kroków w małżeństwie i partnerstwie, a także we wspólnotach mieszkaniowych, w których razem żyją rodziny, gdzie jednak pary dochowują sobie wierności, żeby znaleźć jedność, wielką rodzinę, gdyż jak już powiedziano na ziemi ma być podobnie jak w niebie, zgodnie z naszą modlitwą w Ojcze nasz "Przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja, jak w niebie, tak i na ziemi".
Zwykły człowiek:
Właściwie - tak mi się wydaje - to musi być bardzo dobre uczucie, kiedy ma się opłacalny cel przed oczami, nawet gdy jest on wysoko postawiony i wymaga wysiłku. Wie się przynajmniej, po co się żyje i po co ten cały wysiłek.
Proroku, wybacz, mam jeszcze jedno pytanie: jak wygląda między wami kłótnia? Jak zachowujecie się wtedy?
Prorok:
U jednego czy drugiego mogą czasem zagrać emocje, ale najpóźniej wtedy, gdy uspokoją się trochę fale wzburzenia, prachrześcijanin na Wewnętrznej Drodze myśli: "Stop! Wszystko jedno czy mój brat, moja siostra, źle postąpił w tej sytuacji - szukam najpierw s w o j e g o udziału, belki w moim oku i oczyszczam ją. Jeśli irytuje mnie mój bliźni, to pokazuje to, że mam w sobie jeszcze ten sam błąd." - wtedy nie jest już zbyt trudne oczyszczenie tego z samym sobą i z bliźnim i zawarcie pokoju. Oboje są bogatsi o kolejne rozpoznanie.
W Gminie Przymierza Nowa Jerozolima również dzisiaj ci, którzy starają się być wierni Chrystusowi nie przebierają w słowach, żeby wciąż utrzymywać to, co sobie postanowiliśmy. W przypadku kłótni nie spoglądamy tylko na tego, kto chciałby mieć rację, ale dążymy do sprawiedliwości, która mówi: W nieporozumieniu winny nie jest jeden, ale winni są obaj. Właściwie oboje mają się czegoś nauczyć z tego przypadku i leżącego u jego podstaw problemu. Wszyscy przyjęliśmy za zadanie, żeby dobrze to wyważyć i pomóc naszym chętnym braciom i siostrom. Ten jednak, kto nie chce tego, do czego my dążymy, nie chce stać się szlachetniejszy lub subtelniejszy, nie chce pomóc, aby zapanowała wierność i miłość ani osiągnąć dobrej współpracy i wzajemnego działania, ten po pewnym czasie przestanie się dobrze czuć pomiędzy nami i wcześniej czy później opuści Gminę Przymierza Nowa Jerozolima.
Zwykły człowiek:
Nie upraszczacie sobie życia, to trzeba wam przyznać.
Prorok:
Przed zwycięstwem jest zawsze walka, a szczególnie w małych sytuacjach życia codziennego. Chrystus jest naszym przykładem. I On wspiera nas swoją siłą, kiedy pozostajemy ukierunkowani na Niego. Bóg nie siedzi gdzieś nad chmurami, ale jest bliski każdemu z nas. Kiedy spełniamy Jego przykazania, niejedno w nas i wokół nas zwraca się ku lepszemu.
Zwykły człowiek:
Czuję, że to, co mówisz, jest prawdziwe. Wierzę więc w to i będę się tym dalej zajmował i zobaczę, jakie zrobię z tym doświadczenie.
Wasz przykład mówi sam za siebie, ale to jeszcze niczego mi nie udowadnia. Rozumiesz, o co mi chodzi?
Odpowiedź proroka:
Rozumiem co chcesz powiedzieć. Wierny powinien po prostu wierzyć w to, co jest w Biblii i na tym koniec. Ale także tutaj jest tak, jak w całym naszym życiu: Prawdę znajduje się tylko wtedy - także w Biblii - kiedy dąży się do tego, czego nauczał nas Jezus i co pokazał swoim przykładem i czyni się to. Jeśli masz ochotę weź swoją Biblię do ręki i zagłęb się w Dziesięć Przykazań Boga i Kazanie na Górze i zmierz swoje myślenie, mówienie, całe swoje postępowanie według tego. Również twoje małżeństwo lub partnerstwo. Jeśli rozpoznasz, co wykracza przeciw tym prawidłowościom Boga, to pożałuj i oczyść to na drodze prośby o przebaczenie, przebaczenia i zadośćuczynienia na ile to jest jeszcze możliwe, a o ile nie będziesz powtarzał tych rozpoznanych w sobie błędów, braku miłości, a więc swoich grzechów, odnajdziesz stopniowo siebie i osiągniesz powoli dar rozróżniania pomiędzy tym, co jest Prawdą, a co nią nie jest. Wtedy nie będziesz musiał tak często zgadywać i pytać - będzie ci dane z twojego serca, gdyż Bóg jest dającą miłością.
Zwykły człowiek:
Czy stanę się wtedy prachrześcijaninem?
Prorok:
Tak nie musi być. Decydujące jest być prawdziwym chrześcijaninem; to jest cel tych wszystkich, którzy nie tylko wierzą w Chrystusa, ale sprawiają, że ich wiara staje się żywa przez zgodne z wolą Boga czyny, przez dzieła, których pragnie Bóg, które jednak mają wypływać z serca człowieka, a nie z rozumu.
Zwykły człowiek:
Ale czy nie muszę się wtedy stać prachrześcijaninem?
Odpowiedź proroka:
Nie musisz nic - oprócz tego, że odłożysz kiedyś swoje ciało, co nazywamy śmiercią. Bądź chrześcijaninem, albo stań się chrześcijaninem, a wtedy zjednoczymy się pod jednym dachem niebios, co znaczy: Bóg jest miłością, a my wszyscy jesteśmy Jego dziećmi, braćmi i siostrami w Jego Duchu.
następna broszura "Prorok" / powrót do listy broszur "Prorok"
|
 |