 |
|
 |

 Czy lud kościelny został indoktrynowany i ujednolicony przez kościoły?

Sceptyk:
Czy jest możliwe, że człowiek zaliczający się do wiernych kościoła, pozwala się indoktrynować przez instytucje kościelne? Przecież umysł dzisiejszego człowieka jest szkolony od urodzenia.
Również politycy przewodzący narodom i wybrani po to, aby poprowadzić je w lepszą przyszłość są kościelnie zorganizowanymi chrześcijanami. Tak więc politycy i chrześcijanie kościelni są w sprawach kościelnych jednej myśli. Czy można powiedzieć, że wszyscy oni są indoktrynowani przez Kościół?
Prorok:
Nie chcę potępiać, lecz przedstawić to, co każdy sam może zobaczyć własnymi oczami.
Twoje pytanie otwiera szeroki krąg problemów. Zacznę od twojej wypowiedzi, że politycy są chrześcijanami kościelnymi. Zostali oni wybrani przez naród, aby poprowadzić go do lepszej przyszłości.
Zarówno politycy jak i urzędnicy kościelni, których nazywa się "duszpasterzami", są brani przez swoje owieczki, to znaczy przez lud kościelny, za wzór. Spogląda się na nich, słucha się ich i niejedno się naśladuje.
Ale cóż dzisiejsza polityka ma do czynienia z chrześcijaństwem? Czyż to nie tak zwani chrześcijańscy politycy i kościelni zwierzchnicy przez całe dziesiątki lat chełpili się osiągnięciami gospodarki i w tym wykazywaniu się przestali widzieć i słyszeć to, co już od dawna zaczęło się zarysowywać: niechrześcijański świat - a więc ludzi, którzy coraz bardziej odrzucają chrześcijańskiego ducha i tak samo jak ich politycy i kościelni zwierzchnicy dążą do władzy, uznania i bogactwa i zabezpieczają swoje dochody przez tworzenie własności ziemskiej i innych wartości. Z wielką wprawą stawiają na swoim, obojętnie czy słabsi z tego powodu cierpią czy nawet są zdeptani. Wielka część narodu, który wybrał swoich przewodników, naśladuje ich na tyle, na ile jest to możliwe.
Dzisiaj jednak kościelna indoktrynacja nie może już tak w pełni działać, gdyż przywódcy interesują się tylko sobą i swoimi interesami. Na skutek tego politycy i kościelni zwierzchnicy stracili po części możliwość sterowania narodem.
Co więc zaraziło chrześcijański naród? Wirus obojętności wobec nauk Jezusa z Nazaretu, który już długo grasował pośród ludzi, ponieważ kościelni urzędnicy karmili i karmią swoją biurokrację, która od stuleci wiernie im służyła i służy, wciąż tym samym wiktem. Przesyt ceremonialności - dzień w dzień, rok po roku zawsze te same kościelne obrządki i zawsze ci sami wywyższający się, odpowiednio wystrojeni kościelni faryzeusze i uczeni w Piśmie, którzy jak za czasów Jezusa pięknie przemawiają, a jednak są podobni do "grobów pobielanych", doprowadzili obecnie do tego, że ludzie stracili wiarę i kulturę, gdyż nie zostali przez swoich kościelnych zwierzchników i ich przykład poprowadzeni do wyższej etyki i moralności, która uzdrawia społeczeństwo i utrzymuje je w zdrowiu.
Sceptyk:
Miałbym dwa pytania: Co oznacza dla ciebie indoktrynacja? Jak to może być, że ludzie dobrowolnie poddają się indoktrynacji?
Prorok:
W słowniku indoktrynację określa się jako "wpływanie na pojedynczych ludzi lub na całe grupy społeczeństwa przez używanie intensywnych psychologicznych metod celem stworzenia pewnego poglądu lub nastawienia".
W przeciwieństwie do nauki Jezusa, która mówi: "Najpierw nauczajcie, a potem chrzcijcie", niemowlęta, które jak wiadomo nie mogą się bronić, otrzymują chrzest wodą i przez to automatycznie należą do kościelnych instytucji. Kiedy tylko dziecko zacznie myśleć i rozumieć, zostaje indoktrynowane przez wszystkie te kościelne ceremonie, a więc dogmaty, rytuały, kulty, naukę religii w szkole, spowiedź, komunię, bierzmowanie, a potem przez kościelny ślub - a więc mózg, rozum, jest karmiony materiałem informacyjnym i komunikacyjnym całości programu, na który składa się "przynależność do kościelnych instytucji i ich dogmatów". Te wszczepione przez kościoły programy myślenia i postępowania, odgrywane są potem każdego dnia, każdego święta, tak jak kaseta wideo i ukazują człowiekowi, jak ma się zachować dzisiaj i jutro oraz w czasie wszystkich świąt.
Niemowlę nie ma możliwości zadecydowania, czy chciałoby przyjąć kościelną naukę czy też nie. Zostaje ono ochrzczone przez instytucję kościelną i od tego czasu jest indoktrynowane, co znaczy, że od chrztu wodą niemowlę, a potem dziecko i młody człowiek podlega wpływom, aby myśleć i postępować w tym kierunku, w którym prowadzi go narzucona mu przez chrzest wiara, co oznacza też, że jest on przymuszany do pewnego sposobu myślenia.
Niemowlę zostaje więc zamknięte w gmachu nauki i kultów kościelnych i jak gdyby "naznaczone". To jest piętno przynależności do instytucji katolickiej lub ewangelickiej. Jezus natomiast nauczał nas wolności w przyjmowaniu wiary: Najpierw nauczajcie, a potem chrzcijcie. Gdyby wolny człowiek mógł zdecydować się sam na jedną wiarę wtedy, gdy osiągnął dar rozróżniania tego, co chciałby przyjąć, a czego nie, to miałby też do niej taki stosunek, że mógłby ewentualnie według niej żyć. Mózg tego, kto od wieku niemowlęcego został wciśnięty w kanały kościelnej indoktrynacji, już od dzieciństwa jest tak napchany i zapchany, że niejeden pozostaje na tych torach, gdyż nie nauczył się wcale zastanawiania nad pierwotną nauką Jezusa, Chrystusa.
Jeżeli człowiek od czasu dzieciństwa dostaje wciąż to samo "mleko", o tym samym "smaku", to jako dorosły jest nim przeniknięty, a więc indoktrynowany. Ten, kto zachował jeszcze umiejętność samodzielnego myślenia, być może wyrwie się z tej zagrody, gdzie jest karmiony przez kościelne instytucje, aby szukać gdzie indziej. Ten jednak, kto posłusznie daje się karmić tym samym pokarmem kościelnych instytucji i zadowala się nim, uważa wszystkie przestępstwa i gwałty, które panoszą się w naszym świecie za "losy tego świata" lub też za "tajemnice Boga" i ostatecznie Bogu przypisuje winę za całe zło, które się dzieje na tym świecie. W końcu sam popełnia gwałtowne czyny, choćby tylko w myślach i słowach. Przecież niejednokrotnie obserwował on tych, którzy są dla niego "przykładem", teologów, którzy jako dostojnicy kościelni każą się zwać ekscelencjami, biskupami, księżmi, ale nie reagują, kiedy np. w północnej Irlandii ewangelicy i katolicy nawzajem mordują się i zabijają.
Spójrzmy razem na nasz "piękny" świat, który w większej części jest podobno chrześcijański.
W naszym świecie coraz bardziej panuje przemoc. Wojenne konfrontacje wydają się niektórym, nawet uważającym siebie za katolików lub ewangelików, zupełnie normalne, gdyż wielu - właśnie wielu ochrzczonych w kościele, którzy pod tą pieczęcią pozostają - jest zdania, że pokój można osiągnąć wojną. Nie cofają się nawet przed usprawiedliwieniem produkcji broni atomowej. Miliony ludzi są uciskane w okrutny sposób przez tych tak zwanych chrześcijan. Zadaje się gwałt starym i młodym ludziom. Nienawiść prowadzi do brutalności, brutalność znowu do wojny, a wojna do zniszczenia. Zniszczenie powoduje wprawdzie między innymi odbudowywanie kraju, ale czy przez to stwarza się pokój w sercach ludzi?
Ten, kto sam nie powziął decyzji co do swojej wiary, staje się z czasem obojętny lub działa w ślepej wierze, która od czasu dzieciństwa była mu wpajana. Czy to gwałt, czy brutalność, nienawiść, wojna, zazdrość czy wrogość - dla niego ważne jest, żeby na łożu śmierci zdążył pożałować za swoje grzechy i otrzymać rozgrzeszenie od duchownego, aby według kościelnej nauki wszystko zostało mu odpuszczone, gdy zawczasu pożałuje. Albo też udaje mu się pogodzić z wiecznym potępieniem w świadomości: "Jestem wprawdzie katolikiem/ewangelikiem, ale w to nie wierzę".
Indoktrynacja dotyczy więc tego, kto poddaje się swojemu losowi i zastępuje samodzielne myślenie logiką kościelną, dosłownie od kołyski aż po grób. O dobrowolnej decyzji nie może być zatem mowy.
Sceptyk:
Mówisz przeciwko instytucjonalnej religii.
Co to jest religia?
Dotychczas myślałem, że religia jest tym, w co ja muszę wierzyć i jeżeli w to wierzę nie pytając, czy wiara odpowiada prawdzie, jestem uratowany, gdyż kościelni zwierzchnicy reprezentują mnie, członka Kościoła, przed Bogiem.
Czym jest dla ciebie religia?
Prorok:
Ja nie odrzucam ludzi w instytucjonalnych religiach. Każdy ma wolną wolę, aby wierzyć w to, w co chce. Dla mnie jednak instytucjonalna religia jest zniewoleniem. Skoro Bóg jest wolnością nie mogę być za brakiem wolności.
Zanim odpowiem ci na twoje pytanie: "Czym jest religia?" chciałabym powiedzieć: Każdy człowiek jest odpowiedzialny za swoje myślenie, mówienie i postępowanie. Przewodnik religijny, obojętnie czy z kościelnym tytułem "Ekscelencji" czy "Eminencji", nie może reprezentować żadnego człowieka przed Bogiem ani odpuścić mu jego grzechów, nawet wtedy, gdy ten wierzący leży na łożu śmierci. Jezus nauczał nas uwolnienia od naszych grzechów, a nie odpuszczania ich przez księdza. Przebaczyć może nam tylko ten człowiek, wobec którego zgrzeszyliśmy. Dopiero wtedy również Bóg może nas od tego uwolnić, zgodnie z tym, jak chrześcijanie modlą się w "Ojcze nasz...": I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom. Wszystko inne jest wymysłem kościelnej teorii odpuszczania, która nigdy nie będzie w stanie nas uwolnić, lecz zawsze związuje nas z instytucją kościelną. Jezus nie nauczał, że osoba duchowna odpuszcza ci twoją winę.
Wróćmy teraz do twojego pytania, czym jest religia,
Musimy rozróżniać pomiędzy zewnętrzną religią a wewnętrzną religią. Zewnętrzna religia bazuje na kościelnych instytucjonalnych dostojnikach, którzy ze swoich wyobrażeń, czym religia mogłaby być, stworzyli swoją naukę i swoje statuty. Z tego konglomeratu składa się urzędowa wiara, którą ta "religia" przekazuje. To jest wtedy treść nauki, credo tych, którzy przez chrzest zostali przymusowo włączeni do danej religii.
Wewnętrzna religia odnosi się zawsze do życia w Duchu Bożym, które zostało nam przybliżone i nadal jest przybliżane przez Ducha Prawdy w Dziesięciu Przykazaniach Bożych i Kazaniu na Górze Jezusa. Wewnętrzna religia nie ma pośredników pomiędzy wiarą a Prawdą, nie ma więc kościelnych urzędników, lecz jedynie samą Prawdę, Przykazania Boże i Kazanie na Górze Jezusa. Pasterzem wewnętrznej religii nie jest kościelny urzędnik, lecz Jezus, Chrystus, który wzywał ludzi, aby szli w Jego ślady. Jezus uczył, żebyśmy szukali królestwa Bożego, które jest we wnętrzu każdego człowieka. Ten, kto do tego dąży, spełnia krok za krokiem Dziesięć Przykazań i Kazanie na Górze.
Ludzie, którzy idą w ślady Jezusa, Chrystusa, tworzą jako wspólnota wewnętrzną religię. Ona nie ma żadnych rytuałów, żadnych dogmatów, żadnych księży, proboszczów, pastorów ani żadnego członkostwa. Nie ma więc włączania niemowląt przez chrzest wodą w kościelną instytucję. Wewnętrzna religia bazuje na wolności, a wolność oznacza, że przyjmujemy Bożą miłość i uczymy się Bożej miłości, żeby rozumieć bliźniego i poważać go jako syna lub córkę Boga.
Ten, kto w swoim życiu krok za krokiem stosuje prawa Boże, należy do wewnętrznej religii, obojętnie czy uważa się za członka jakiejś wspólnoty wewnętrznej religii, czy też nie. Ten więc, kto w sobie samym rozwija królestwo Boże, osiąga chrzest Duchem. Jest to chrzest samorozpoznania, w którym zawarte jest oczyszczanie tego, co grzeszne. Ten, kto tak postępuje, jest człowiekiem rozbudzonym w Duchu Bożym i uzyskał duchowy chrzest. To jest wewnętrzna religia.
Zewnętrzna religia kościelnego chrześcijaństwa bazuje na zniewoleniu, na roszczeniach kościoła do posiadania i władzy i - co najgorsze - na wiecznym potępieniu. Wewnętrzna religia natomiast uczy dzielenia się z innymi, z czego wynika równość. Przed obliczem Boga każdy jest równy. Nikt nie powinien mieć więcej wartości i uznania niż drugi.
Zewnętrzna religia rozdziela, jeżeli np. wyznanie katolickie ośmiela się twierdzić, że tylko ono jest kościołem, przez który można osiągnąć zbawienie, co oznacza, że wszelka "pozakościelna łaska" jest ostatecznie "łaską Kościoła" (Neuner-Ross, Wiara kościoła w dokumentach zwiastowania nauki, 1983, 11 wydanie). To jest zawłaszczanie i rozdział, który nie pozwala dzielić się z innymi.
W pojęciu "religia" zawarte jest słowo "religijny". A co znaczy "religijność"? Wiarę w wyższe siły. Wczujmy się głębiej w tę myśl: Kto lub co jest siłą wyższą?
Religijni ludzie mówią: Siłą wyższą jest Bóg. Moglibyśmy dalej pytać. Kim lub czym jest Bóg? Czy Bóg jest Bogiem zemsty, zniszczenia, wojny, nienawiści, Bogiem przymusowego rekrutowania ludzi do zewnętrznej religii, Bogiem indoktrynacji - czy też kimś innym?
Ten, kto nie uzależnia się od mniemania zewnętrznej religii, mówi tak: Bóg nie jest niczym z tego, co cechuje ten świat - Bóg jest miłością, Bóg jest pokojem, miłosierdziem i dobrocią. Skoro jednak świat nie wyraża miłości, pokoju, miłosierdzia i dobroci, wyłania się dalsze pytanie: Kto lub co kształtuje ten świat? Odpowiedź jest prosta: Człowiek! Kim jest człowiek? Przynależni do zewnętrznej religii, do kościelnego chrześcijaństwa, odpowiedzą, że człowiek jest podobieństwem Boga. Z tego wniosek: jeżeli człowiek - gwałciciel, niszczyciel, przymusowo zrekrutowany, nienawidzący i pozbawiony pokoju - jest podobieństwem Boga, to Bóg musiałby być taki, jak większość ludzi.
Czy tak jest?
Zewnętrzna religia - czy nazywa się katolicką, ewangelicką czy też prawosławną - nie może nam dać na to odpowiedzi. Jeżeli jednak ludzie zrzeszają się w świadomości, że Bóg jest miłością i że Jego duch miłości, pokoju, miłosierdzia i dobroci mieszka w każdym człowieku, w każdym zwierzęciu, w każdej roślinie, w każdym kamieniu, a nawet w każdym atomie, w każdej cząsteczce, w każdej kropli wody, to przynależni do zewnętrznych chrześcijańskich religii nazywają takich ludzi "sekciarzami". Jako grupa, jako wspólnota są oni dla nich wtedy "sektą".
Sekta jednak jest grupą, która ma przywódcę i na nim polega. Jeżeli natomiast zrzeszają się ludzie, którzy nie mają żadnego urzędowego przewodnika, lecz wyłącznie Boga w Chrystusie i idą w Jego ślady, w ślady swojego Zbawiciela, jeżeli więc wszyscy żyją w świadomości, że oni sami - każdy pojedynczy człowiek - są kościołem Bożym, a zatem świątynią Boga i że Bóg mieszka w każdym człowieku, a więc że każdy człowiek przez prowadzenie Jezusa, Chrystusa może sam sobie poradzić i w końcu powinien zjednoczyć się z prawami Bożymi, to taka wspólnota n i e m o ż e być sektą. A jednak urzędowi przywódcy zewnętrznych religii nazywają wszystkie ugrupowania poza swoją religią sektami. Dlaczego? Dlatego, że ich trwające setki lat programy prześladowania nie dopuszczają niczego, co różni się od ich urzędowej nauki.
Przywódcy zewnętrznych religii starają się o to, żeby ludzie, którzy uwolnili się od ich instytucji, a więc są "wiarołomcami", skierowali się na nowo na wyobrażenia zewnętrznej religii. Te wyobrażenia nie były jednak w stanie od dwóch tysięcy lat zmienić tego świata - wręcz przeciwnie. Co chce nam to powiedzieć?
Instytucje - obojętnie jakim religijnym płaszczykiem się przykryły - nigdy nie mogą posiadać jedynie uszczęśliwiającej łaski ani jedynej Prawdy, gdyż one nie dzielą się, lecz rozdzielają. Nauczyciel religii może uczyć o Prawdzie w zakresie, w jakim da się ją przekazać w słowach, ale nie może odkryć doznania Prawdy przed pojedynczym człowiekiem; to każdy może uczynić tylko sam przez urzeczywistnienie Przykazań Bożych. Podczas, gdy człowiek odkrywa w sobie krok za krokiem prawdziwe jestestwo, nabiera stopniowo dystansu do lęku i troski, gdyż coraz bardziej czuje się otoczony opieką przez Ducha Prawdy.
Wewnętrzna religia jest życiem w Bogu, który łączy wszystkich ludzi w swojej jedności i miłości. Zewnętrzne religijne wspólnoty związują natomiast przez chrzest wodą, członkostwo, dogmaty i rytuały oraz przez lęk przed wiecznym potępieniem.
Każdy z nas musi osiągnąć wewnętrzną siłę, rozbudowując związek z Bogiem w swoim sercu. Wtedy coraz mniej będzie się pozwalał dotykać zewnętrznym wydarzeniom, wojnom, gwałtom, trwodze, troskom itp. To jednak jest możliwe jedynie wtedy, gdy pozwala on wzmocnić się w sobie samym Temu, który jest siłą: Bogu w Chrystusie.
Sceptyk:
Wewnętrzną siłę pragnie osiągnąć chyba każdy człowiek. Ale jak mogę to zrobić?
Prorok:
Aby osiągnąć wewnętrzną siłę musimy postawić sobie pierwsze istotne pytanie: W jaki sposób możemy zawrzeć pokój z sobą samym i pokój z naszym bliźnim?
Zadajmy sobie pytanie: Czy kodujemy w swoim mózgu pokój i miłość do Boga i bliźniego, czy coś innego? Z chwilą gdy mówimy, myślimy i czujemy, a tym chcemy coś osiągnąć, programujemy swój mózg oraz swoją podświadomość i swoją duszę. Programujemy zawartość naszych słów, myśli i uczuć. Nie łuska - słowo i myśl jako takie - jest miarodajna, lecz nasze motywy i nasze podkomunikacje, które często nie są bezpośrednio sformułowane w słowie i w myśli. Możemy też nazwać te nasze ukryte zamiary swoimi tajemnicami.
Dopiero wtedy, gdy nauczyliśmy się obserwować naszych pięć zmysłów ucząc się widzieć, słyszeć, wąchać, smakować i dotykać nie chcąc niczego osiągnąć i nie stosując taktyki fałszowania, wtedy przestaniemy programować. Przezwyciężyliśmy wtedy w znacznym stopniu nas samych, nasze egocentrycznie nadęte ego; to, co zawsze chce i wymaga, jest zniesione. Wtedy Jam Jest, potężna siła, najwyższa Inteligencja, Bóg, działa w nas i przez nas. Ona nie wymaga, ona nie chce, ona j e s t.
Człowiek, który rozpoznał i opracował swoje egoistyczne chcenie jest zakorzeniony w Bogu. On wszedł w królestwo Boże wnętrza i wie, że stamtąd jest prowadzony. Ten, kto osiedlił się w królestwie wnętrza, jest gotowy zawierać pokój; on nie walczy o sprawy zewnętrzne, on wie, że to, czego potrzebuje dla swojego ziemskiego życia, otrzyma przez wewnętrzne prowadzenie - nie przez to, że zakłada ręce, lecz przez to, że w dniu powszednim w pracy, w rozmowach, we wszystkim, co czyni, pozwala najwyższej Inteligencji działać przez siebie.
Dopóki jednak czegoś chcemy i mamy życzenia, programy naszego mózgu funkcjonują i pracują utartymi torami. Za każdym razem, kiedy coś obserwujemy, lub coś słyszymy, przebiega w mózgu ta sama melodia, a zatem to, co intelektualnie zakodowaliśmy, czyli praktycznie co mamy w naszym mózgu. Możemy spoglądać i nasłuchiwać ile chcemy - zawsze odgrywane są nasze zakodowania, nasze programy, tak jak taśma filmu. Możemy doznać jedynie tego, co tam jest zapisane. Nasz intelekt może najwyżej w świadomości i podświadomości mieszać ze sobą te zakodowania, te programy, aby osiągnąć określony cel.
To, do czego zmierzamy, zawsze leży w tych zakodowaniach, w tych programach. One pochodzą z naszych motywów i naszych podkomunikacji, a więc z tego, co już zakodowaliśmy. To jest projektor, nasz mózg, który kierujemy na innych i za jego pomocą rzutujemy na nich to, co leży w naszych zamiarach.
Zaprogramowaliśmy więc nasz mózg na określony sposób myślenia. To zaprogramowanie odpowiada naszemu wychowaniu w dzieciństwie, a potem indoktrynacji dorastającego człowieka przez zewnętrzną religię. W dalszym przebiegu naszego ziemskiego życia kodujemy nie tylko naszą zdobytą w szkole wiedzę oraz wiedzę i umiejętności zawodowe i wszystko to, co widzimy, słyszymy i czego doznajemy w naszym otoczeniu, lecz przede wszystkim to, co l e ż y w naszych myślach, słowach i czynach. Dlaczego myślimy tak, jak myślimy? Dlaczego tak mówimy? I dlaczego tak postępujemy? To, co leży w naszych wzorach postępowania, nasze "dlaczego", nasze tajemnice, to wszystko kształtuje nasz charakter.
Kodujemy nasz mózg, naszą świadomość i podświadomość, a więc naszą zbyt ludzką mieniącą się kolorami osobowość masywnymi życzeniami na przyszłość mniej więcej do czterdziestego piątego roku życia. Wtedy nasz mózg jest nacechowany już na tyle, że jak taśma dźwiękowa lub filmowa odtwarza już tylko to, co zakodowaliśmy, ale w najrozmaitszych kombinacjach. Odtąd uczenie się czegoś nowego przychodzi człowiekowi coraz trudniej.
W drugą stronę jest podobnie. Od mniej więcej czterdziestego piątego roku życia jest coraz trudniej skasować nasze zakodowania, to, co jest zapisane w naszym mózgu, aby zakodować w nim coś nowego, dlatego że te liczne programy są ze sobą splecione i zakorzenione. Ten jednak, kto zasila i rozbudowuje swoje dźwiękowe i filmowe zakodowania przez wciąż na nowo powtarzające się myśli, słowa i czyny o tej samej lub podobnej treści, ten dopuszcza, że spada na niego jego program lub kilka takich programów - wtedy, gdy miarka się przepełnia.
Skasowanie dawnego programu i zakodowanie nowego jest możliwe tylko wtedy, gdy jesteśmy bardzo czujni, a więc obserwujemy siebie samych pytając zawsze: Co kryje się za moimi słowami, za moim myśleniem, odczuwaniem i chceniem? To więc, co się za tym kryje, co wibruje w słowie, w myśli, w chceniu i w czynie - nasza tajemnica, nasz właściwy charakter - to mamy uchwycić i opracować tak, abyśmy mogli stopniowo skasować negatywne zakodowania w naszym mózgu, nasze grzeszne wzory postępowania, brak pokoju, wojowniczą postawę, nienawiść, zazdrość; wrogość oraz lęki i troski, aby się uwolnić od tego, co cechuje ludzi wszystkich narodów: bojaźni, nienawiści, zazdrości, wrogości, braku pokoju, gwałtu i wojny. Aby to osiągnąć musimy bardzo poważnie do tego podchodzić i zawsze rozważać to w głębi serca.
Możemy np. zacząć od zmysłu wzroku. Przyglądamy się czemuś, obserwujemy to jak najdokładniej i pytamy: Czy czujemy do tego, co widzimy, pewien dystans, czy jesteśmy zaangażowani. A więc czy natychmiast są odtwarzane nasze zakodowania jak z taśmy filmowej? Jeżeli porusza nas to, co widzimy, wtedy kodujemy. Poruszenie działa też w naszym układzie nerwowym. Spostrzegamy to po reakcji naszego ciała. Nasze wzory postępowania zmieniają się. Ciało przybiera wyprostowaną lub rozluźnioną postawę. Z różnych odruchów ciała oraz z naszej mimiki możemy dowiedzieć się, czy kodujemy, czy tylko rejestrujemy.
Jeżeli kasuje się zakodowania filmowe i dźwiękowe w mózgu, np. programy bojaźni, gwałtu, chcenia, troski, napierania, wywyższania i poniżania bliźniego, to coś podobnego dokonuje się też w naszej duszy: negatywne energie przemieniają się w pozytywne. Widzimy wtedy świat przez pryzmat tego, co przezwciężyliśmy. Dopiero wtedy nabieramy dystansu do tego świata. To, co zbyt ludzkie, przemożne napieranie, życzenia i chcenia zanikają i więcej już nie kodujemy.
Każdy jest sam swoim światem: światem tego, co jest na zewnątrz, światem zakodowań - lub też światem wnętrza, światem, w którym jesteśmy prowadzeni. Zależy to od tego, jaki świat sobie otworzyliśmy. Z dystansu do zewnętrznego świata napierania, chcenia, posiadania i bycia kimś można też łatwiej rozwiązać wciąż na nowo powracające osobiste problemy. Jeżeli nie ugrzęźniemy w problematyce lecz zdystansujemy się najpierw wobec naszego problemu - moglibyśmy powiedzieć wycofujemy się - aby dokładniej obserwować, jak kształtują się te obrazy i jeżeli wejrzymy w obrazy problemów, aby zgłębić, co one chcą nam powiedzieć, to znajdziemy w nich rozwiązanie. Jeżeli usuniemy przyczynę, korzeń problemu, to uzyskamy większy dystans do czekających nas ewentualnie dalszych problemów. Te resztki problemów, które na koniec jeszcze w nas będą, rozwiążą się jakby same przez się.
Aby znaleźć nasze prawdziwe jestestwo przedstawiające jedność w uczuciach, odczuciach, myślach, słowach i czynach, musimy przezwyciężyć rozszczepienie pomiędzy "ty" i "ja", pomiędzy "moje" i "twoje", pomiędzy "dobre" i "złe" i włączyć w jedność Jam Jest prawdziwego jestestwa. Ten stan rozszczepienia - na skutek tego, co nie jest oczyszczone, na skutek problemów i naszego egoizmu - nie dopuszcza dzielenia się. Stara się zawsze o rozdział. Dlatego powinniśmy z dyscypliną i wytrwałością kontrolować wrażenia naszych zmysłów, to znaczy kontrolować, co za nimi przebiega, aby to, co tam się kryje, usunąć z duchem Prawdy.
Im większą wolność osiągnął nasz mózg, świadomość, podświadomość i nasza dusza, tym bardziej będziemy swobodni. Ograniczenia i związania zanikną i ogarnie nas łączność z aspektami tego, co boskie, i to przyniesie nam wewnętrzną siłę.
Sceptyk:
A co ty nazywasz dyscypliną? Czy można nazwać dyscypliną nałożony sobie samemu przymus, żeby wyćwiczyć nowe lepsze postępowanie i tym sobie je przyswoić, bo na to się zdecydowaliśmy?
Prorok:
Pytasz o dyscyplinę.
Naszej duszy możliwość inkarnacji nie była dana po to, żeby jako człowiek używała życia w pełni i dbała o to, żeby jej się dobrze powodziło, ewentualnie z bezwzględnością traktując bliźniego. Każdy z nas jest w szkole życia, aby nauczyć się rozpoznawać, opracowywać i rozwiązywać swoje negatywne zakodowania, a więc negatywne programy, to, co grzeszne. Do tego trzeba kontroli i dyscypliny.
Zanim będziemy bardziej szczegółowo mówić o dyscyplinie chciałabym przybliżyć znaczenie słowa dyscyplina, aby mogło być zrozumiane poprawnie, odpowiednio do swojej zawartości.
Źle rozumianą dyscypliną jest np. to, że imitujemy zachowanie i sposób życia innych i narzucamy sobie świętoszkowate indywidualne wzory zachowania, a więc na zewnątrz wykazujemy swoją osobistą wartość, aby zrobić wrażenie na innych lub aby coś konkretnego osiągnąć. W tej fałszywie zrozumianej "dyscyplinie" leży też tłumienie własnego stanu, tłumienie niskich instynktów lub tłumienie osobistych życzeń, aby nałożyć sobie poczucie specjalnej wartości.
Prawdziwa dyscyplina znaczy, by bez ogródek, bez usprawiedliwiania siebie obserwować i zgłębiać swoje zachowanie, a więc swoje uczucia, odczucia, myśli, słowa i czyny i dowiedzieć się, co leży w tym osobistym zachowaniu: czy mówimy tak, jak myślimy, czy myślimy tak, jak czujemy. Jeżeli chcemy zmienić nasze grubiańskie, nieociosane zachowanie, to musimy się nauczyć pytania siebie, co kryje się za naszymi wzorami postępowania, co więc tkwi w łupinie myśli, słowa lub uczucia. To jest prawdziwa dyscyplina, która nie naśladuje, która niczego nie zakrywa, lecz odkrywa siebie samego, to co niedobre, nieszlachetne, zbyt ludzkie, to co grzeszne, i która jest gotowa na podstawie własnej oceny zmienić się na pozytywne i dążyć do prawdziwego życia, do wyższych moralno-etycznych wartości.
To znaczy, że musimy się uczyć i rozpoznawać siebie samych, a więc doznawać naszych zakodowań, zakodowań naszej świadomości i podświadomości, które niestrudzenie się ujawniają wtedy, kiedy myślimy, mówimy i działamy. Każdy człowiek może odczuwać, myśleć, mówić i czynić tylko to, co sam już zakodował w swoim mózgu. My sami zawsze jesteśmy tymi, którzy czują, myślą, mówią i postępują. O to musimy pytać. Te aspekty musimy prześwietlić i wejrzeć w nie, aby pojąć jaki jest korzeń naszych wzorów postępowania. To jest możliwe tylko wtedy, gdy w rozmowach, sytuacjach, przy osobistych problemach będziemy się wycofywać, dawać sobie samemu rozkaz: wstrzymaj się ze swoim myśleniem i mówieniem i pytaj co myślisz i co przy tym odczuwasz.
To są kroki do uczenia się siebie i do prawdziwej dyscypliny. Ten, kto przez pewien czas tę pracę nad samym sobą wytrzyma, zauważy, że dokonują się w nim wielkie pozytywne zmiany i że dalsze zdyscyplinowane kwestionowanie i zmienianie siebie samego nie sprawia już trudności. Przebiega to potem już jakby samoczynnie, gdyż Duch Boży zawładnął ciałem, człowiekiem.
Sceptyk:
Jak to jest, kiedy spotyka mnie coś nieznanego, coś obcego, np. praca, której jeszcze nigdy nie wykonywałem lub pytania w dziedzinach, których nie znam, a na które mam dać odpowiedź?
Prorok:
Zawsze wtedy, kiedy otwiera się przed nami coś nieznanego, jesteśmy na początku bezradni wobec tego nowego, nie możemy tego umieścić w naszych dotychczasowych programach, chyba że wychwycimy pozorne rozwiązanie stojącego przed nami zadania z naszych wyobrażeń i mniemań. Takie rozwiązanie produkuje nasza podświadomość składając z już istniejących w niej programów takie mniemanie i takie wyobrażenie, które my potem wyrażamy w słowach. Często spostrzegamy wtedy, że wcale nie uchwyciliśmy tego, czego nie znamy, lecz posłużyliśmy się tylko wymówką.
Aby zgłębić to, co nieznane musimy się nauczyć pytać o czym mowa, nauczyć się zdobyć informację, co to oznacza. Musimy więc postępować krok za krokiem, aby się z tym zaznajomić. W ten sposób otwiera się to, co nieznane. To następuje przez uczenie się, przez staranie, aby rozszyfrować to, co jest nieznane. To samo dotyczy nauczenia się zawodu. Musimy najpierw krok za krokiem uczyć się go w ten sposób, że majster nas poucza i pokazuje, co mamy robić. Wtedy przyswajamy sobie stopniowo umiejętności zawodowe, tzn. kodujemy je w naszym mózgu i stają się one naszą wiedzą. Z tego potencjału możemy potem dawać - ale poza tym w to, co nieznane, nie możemy wkładać nic.
To zatem zawsze my sami myślimy, mówimy i czynimy. Naszym całym zachowaniem jesteśmy my sami. Już od czasów dzieciństwa zaczyna się nauka i kodowanie tego, co pozytywne i negatywne. To jest kontynuowane tak długo, aż osiągamy wiek, kiedy możemy patrzeć już tylko wstecz, aby opracować naszą przeszłość, nasze nieszlachetne zakodowania.
Sceptyk:
Twierdzisz, że zewnętrzne religie rozłączają, gdyż każda instytucjonalna wiara mówi o sobie, że tylko ona posiada Prawdę. Jeżeli by powiedziano ludziom z różnych instytucjonalnych wyznań: "Twoje instytucjonalne poglądy wiary nie odpowiadają Prawdzie", to każdy by odpowiedział: "nie wierzę w to" albo "musisz tego dowieść". Czy można udowodnić wiarę?
Prorok:
Żaden człowiek nie może udowodnić swojej wiary, gdyż wiara w Boga jest wewnętrznym doświadczeniem, którego nie można innym przekazać jako Prawdy. "Wiara" - w postaci określonych zasad wiary - może jednak być narzucona człowiekowi wtedy, kiedy on, jako włączony przez chrzest w gmach dogmatów swojej instytucji, nie zastanawia się nad tym.
Zasadniczo można by sprawdzić różne instytucjonalne wyznania wiary w ten sposób, że pytamy, czy ta religia dzieli się z innymi czy wprowadza rozdział.
Tam gdzie jest rozdział, jest związanie. Dzielenie się dokonuje się w świadomości, że przed obliczem Boga jesteśmy wszyscy równi. Zewnętrzne religie dzielą ludzi na członków, przynależnych, zainteresowanych lub na narody jak Anglicy, Niemcy, Żydzi, Amerykanie lub Hindusi. Ten, kto nie uświadamia sobie, że wszyscy ludzie i królestwa przyrody są jednością w wielkim Duchu, w Bogu, wprowadza rozdział.
Rozdział następuje przez nasze fałszywe myślenie.
Sceptyk:
Powiedziałaś, że rozdział jest związaniem. Rozłam następuje przez fałszywe myślenie. Kto myśli fałszywie? Co to jest fałszywe rozdzielające myślenie?
Prorok:
Musimy sobie uświadomić, że to jesteśmy my, każdy z nas.
Naszych pięć zmysłów jest zależnych od zakodowań w naszym mózgu, a zakodowania w naszym mózgu od naszych pięciu zmysłów. A więc jesteśmy uzależnieni, a nie wolni - zależni od nas samych, a w końcu od innych ludzi, których oceniamy i potępiamy zgodnie z naszymi własnymi zakodowaniami w mózgu. Słyszy się np. takie słowa.: "Ten szaleniec ciągle jest jeszcze na wolności. Trzeba go zamknąć". Spójrzmy na siebie samych. Dlaczego pozwalamy sobie na to, żeby dyskwalifikować innych bez wystarczających dowodów jako "szaleńców"? Każdy człowiek jest częścią tego, co my określamy słowem "szaleniec". Mówimy też np. "Jak można zadawać zwierzętom takie cierpienia? Kto jest tak brutalny, aby rozmyślnie zabijać zwierzęta lub nadużywać ich dla celów doświadczalnych albo do manipulacji genami czy transplantacji?" A jak postępuje większość ludzi? Niejeden przyczynia się swoimi zawistnymi, zazdrosnymi, brutalnymi i bezlitosnymi myślami do tego, że jakiś naukowiec, który ma w sobie zalążek skłonności do zmiany cech zwierząt, do nękania itp. czuje potrzebę zmieniania coraz większej liczby zwierząt w ich istocie i nękania ich. Moglibyśmy powiedzieć, że my sami przyczyniliśmy się do tego, że zwierzęta cierpią. Kto tu jest szaleńcem? Nie ma więc żadnego powodu do osądzania bliźniego lub potępiania go - a zatem do stawiania pomiędzy sobą a nim tych rozdzielających myśli i słów.
Musimy sobie uświadomić, że myśli i słowa nie ulatują z dymem. Każda myśl, czy też każde słowo dąży do urzeczywistnienia. Jeżeli człowiek ma skłonności, które odpowiadają falom naszych myśli, to te wibracje docierają do niego i pobudzają go do odpowiednich czynów.
Jeżeli jesteśmy świadkami jakichś rękoczynów między dwojgiem ludzi, to krzyczymy: "Tu dzieje się krzywda! To gwałt. Ktoś za to zapłaci!" Nasze pełne złości, "niszczące" myśli, które ewentualnie krótko potem posyłamy do bliźniego - do kolegi, do szefa, może nawet do partnera, który nie dał nam tego, czego od niego oczekiwaliśmy - są być może tego samego rodzaju. Ukrywamy je wprawdzie z wyrachowaniem pod obojętną miną lub nawet za uśmiechem, ale one są naszą "tajemnicą". Mimo to są to energie, którymi atakujemy bezbronnego, gdyż on o tym nic nie wie. One go trafiają i pobudzają - o ile coś podobnego w nim tkwi - do odpowiedniego odczuwania, myślenia, mówienia i postępowania; zgodnie z "efektem bumerangu" prawa siewu i zbioru ten potencjał energii znowu do nas powraca.
Uczucia i myśli, które ukrywamy, tworzą potencjał zakodowań w naszym mózgu w świadomości i podświadomości. One sprawiają, że jesteśmy w wewnętrznej rozterce i rozdzieleni przez nasze "tajemnice". Dlaczego mamy tajemnice? Właśnie dlatego, że to, co ukrywamy, nie jest dobre. Chcemy czegoś dla siebie. Nawet jeżeli jest to "tylko" uwaga, uznanie bliźniego, potwierdzenie przez niego - jego energia, to jest to nasza tajemnica, która nas związuje. Chcemy mieć, a więc brać zamiast dawać. Udajemy, że coś bliźniemu dajemy, ale intencja, która się za tym kryje jest chceniem czegoś dla nas samych, czegoś, co on ma nam spełnić. To zabiera nam wolność.
Dyktatorzy myślą, że mogą się pozbyć tych ludzi, którzy np. spowodowali zewnętrzną rewolucję, którzy mordowali i zabijali lub kazali mordować i zabijać. Niejeden jest przekonany, że kiedy takich ludzi zlikwiduje i wyśle na tamten świat, a więc każe zabić, to się ich pozbędzie. Jeżeli wierzyć nauce, która nas zapewnia, że żadna energia nie zanika, to nie zanika też energia tych ludzi, którzy kazali zabijać lub też sami mordowali. Nie możemy się więc uwolnić od czegoś, co istnieje jako energia i w każdej chwili może być znowu wywołane, o ile zadziałają te same lub podobne skłonności. To wszystko nie ma nic wspólnego z chrześcijańską miłością do bliźniego, a po drugie takie sposoby postępowania ukazują duchową niewiedzę większości ludzi. Gdyby prawo przyczyny i skutku, prawo siewu i zbioru było znane, gdyby ludzkość wiedziała o życiu po śmierci i reinkarnacji, to z pewnością mniej by rabowano, torturowano, zabijano i mordowano.
Wielu ludzi mniema, że muszą zmienić świat robiąc wszystko samemu lub starając się ze wszystkich sił zmienić innych według własnych życzeń i wyobrażeń. Ale lepszy świat może powstać tylko wtedy, kiedy każdy sam siebie zmieni na lepsze, na to co dobre i nie będzie się starał zmieniać innych.
Politycy, kościelni urzędnicy mówią wciąż na nowo o stworzeniu lepszych warunków życia dla narodu, ale na dłuższą metę nie mogą tego dokonać i tylko dla siebie stwarzają coś lepszego i bardziej wartościowego, gdyż każdy jest sam tym "innym". Dopiero kiedy politycy i kościelni urzędnicy zmienią się na lepsze, w chrześcijan, ucząc się dzielenia się z innymi, a więc życia bez ozdabiania się tytułami, zaszczytami i bogactwami podczas gdy inni cierpią niedostatek, wtedy będą też wiedzieli, co można by zmienić wśród ludzi, aby naród duchowo wzrastał i dojrzewał i aby ludziom powodziło się dobrze.
Niewielu ludzi nauczyło się kwestionować swoje myśli, słowa i czyny, a więc analizować siebie samych. Wielu stało się naśladowcami przez indoktrynację ze strony kościelnych zwierzchników. Gdyby było inaczej, to coraz więcej ludzi kwestionowałoby swoje myśli, słowa i czyny, aby zrozumieć, co to znaczy naprawdę żyć. Wtedy przestrzegana byłaby kosmiczna prawidłowość: Co człowiek sieje, to zbierze.
Dopóki jednak wini się innych za swoją sytuację, nie zna się swojego udziału winy i nie zna się siebie samego. Dopiero kiedy człowiek nauczy się poważnie traktować siebie samego, a swoich współbraci według nakazów sumienia, zacznie kwestionować swoje myśli i słowa w świadomości: Czego ja właściwie chcę w tym, co myślę, mówię i czynię? Czy z tym, co zakodowane jest na taśmie mojego mózgu, mogę zdać egzamin? Czy ja jestem tym, który mówi, czy ja jestem tym, który myśli, czy ja jestem tym, który działa, czy też jestem sterowany - przez moje prawdziwe ukryte intencje, przez chcenie bycia kimś i posiadania, które są motywacją mojego myślenia, mówienia i postępowania?
Chodzi o to, żebyśmy rozpoznali i przezwyciężyli naszą własną rozterkę, nasze własne zniewolenie, aby osiągnąć jedność z naszym odwiecznym jestestwem, z Bogiem. Wtedy będziemy należeć do Wewnętrznej Religii.
Sceptyk:
To, co mówisz trafia mi do przekonania, ale jeżeli mam ciągle siebie kwestionować, aby przejrzeć moje własne kruczki, to przecież jestem ciągle zajęty samym sobą. Jak mogę wtedy wykonywać jeszcze swoją pracę lub brać udział w rozmowach! Czy życie nie staje się wtedy dość raczej nudne i pozbawione radości?
Prorok:
Aby zrozumieć siebie samego potrzeba powagi.
Co to jest rozmowa? Powinna to być wymiana, prawdziwa komunikacja między ludźmi. Czy możemy brać udział w rozmowie, jeżeli tylko mówimy i w końcu nie wiemy, co kryje się za naszą mową, czego właściwie chcemy i czy to, czego chcemy jest dobre dla naszej całości, dla duszy i człowieka? Zapytajmy siebie samych: Gdzie są nasze myśli w czasie pracy? Czy są one przy pracy czy daleko od nas? Czy podczas pracy rozbudowujemy świat naszych życzeń, czy może układamy plany naszych urlopów albo zajmujemy się w myślach kłótniami, które zdarzyły się wczoraj, czy też może przy zbliżającym się weekendzie nasze myśli wyjeżdżają w świat, nie pozwalając nam pracować sumiennie i z koncentracją i nie mogą przyczynić się do owocnej rozmowy. Ten, kto nie jest skoncentrowany na danej sprawie, czyni to, co wmawiają mu inni, i staje się potakiwaczem, człowiekiem, który stoi na baczność, który jest konformistą i naśladowcą.
Ludzie na wszystkich kontynentach ziemi tworzą "świat" i każdy człowiek ma inne problemy. Wciąż na nowo słyszymy, że pojedynczy człowiek nie może nabrać dystansu do swoich problemów, gdyż właśnie codziennie żyje w świecie, który jest pełen problemów. Nie możemy się od tego świata oderwać, gdyż on nas otacza, ale każdy z nas może rozwiązać swoje konflikty i problemy tak, że nie będzie już żył z tym obciążonym problemami światem, lecz stał w nim wyposażony w wewnętrzną siłę, którą osiągnie, kiedy nie będzie już naśladowcą, a ustali sobie wyższe cele, które przyniosą mu wyższe wartości i wyższą moralność.
Ten, kto jest poważny i sam siebie kwestionuje, aby siebie rozpoznać, aby swoje rozproszone ja oczyścić i usunąć i w ten sposób stopniowo osiągnąć koncentrację w pracy, w rozmowach wobec rozmówcy i ostatecznie w swoim całym zachowaniu, nie będzie oportunistą ani naśladowcą. On będzie brał udział w rozrywkach tego świata, ale nie będzie się z nim identyfikował, gdyż zna swoją drogę i utrzymuje kurs.
Ten, kto bierze siebie na poważnie, żeby się rozpoznać, nauczył się słuchać innych. Nauczył się też rozważać i kontrolować rozmowy i czyny. Stał się dobrym obserwatorem, który wszystko rozważa w swoim sercu i bierze udział tylko w tym, co nie odwraca go od jego drogi, od jego kursu.
Poważny człowiek nauczył się zgłębiać wszystko i wszystko kwestionować. Dzięki temu stał się nadzwyczaj wrażliwy na odruchy i skłonności innych lub też na subtelne wpływy ze strony przyjaciół, kolegów w pracy lub nawet członków rodziny. Czujna duchowa świadomość poważnego człowieka stara się bezustannie przysłuchiwać rozmowie, szukać w niej prawidłowego rozwiązania, kwestionować wszystko, co zostało mu powiedziane, aby móc dać prawidłową, a więc sprawiedliwą odpowiedź lub też działać naprawdę dla dobra ogółu.
Poważny człowiek, który wszystko zgłębia, a więc kwestionuje, może przez czujnego ducha w sobie robić swoje własne odkrycia, gdyż jego serce nauczyło się wczuwania. Ludzie w tym duchu mają bardzo delikatny zmysł wyczucia, gdyż całość - dusza i człowiek - jest świadoma swojego istnienia w Bogu.
Każdy z nas może wyczuć, jeżeli tego chce, czy jego dusza i jego ciało są wrażliwe na najsubtelniejsze odruchy i odcienie ukazujące się w rozmowach, czynach i sposobach postępowania jego współbraci. Człowiek, który umie się wczuwać, może wyczytać z każdego gestu bliźniego oraz z jego nawyków, co ten ukrywa.
Aby nauczyć się tej wrażliwości, tej możności wczuwania się, trzeba najpierw poważnie i sumiennie obserwować siebie samego, a swoje zbyt ludzkie odruchy i skłonności, swoje myśli, słowa i wzory postępowania oczyścić duchem Prawdy i więcej nie czynić tego, co grzeszne. Z tego wynika inny sposób postępowania. To, co zbyt ludzkie, zanika. Człowiek nauczył się słuchać, wczuwać, aby znaleźć rozwiązanie i odkryć korzeń tego, co spotyka na swojej drodze.
Do tej samoedukacji należy też zachowywanie miary we wszystkim, również w jedzeniu i piciu.
Taki człowiek ma komunikację z wieloma sprawami i z wieloma ludźmi. On nie jest samotny. Jego życie nie jest nudne, lecz urozmaicone i wypełnione. Jest on bogaty w wartości i umie je zastosować. On może swoim współbraciom dać wiele radą i czynem. Jego dni i dzieła są wypełnione, gdyż on jest wypełniony. To prowadzi do wewnętrznej radości, która jest owocem powagi.
Sceptyk:
Może chcesz jeszcze powiedzieć, że trzeba pościć, aby we wszystkim znaleźć właściwą miarę?
Nie jest tak łatwo wychowywać samego siebie. Większość ludzi według mojego doświadczenia jest opieszała lub niedbała, gdy chodzi o nich samych. Kiedy idę ulicami wielkich miast, to rzadko widzę rozjaśnioną twarz. Przeważnie ludzie mają ponury wyraz twarzy i widać, że coś ich gna. U mnie czasami jest tak samo wtedy, kiedy jest mi wszystko jedno. W takich okresach zaniedbuję też moją odzież. Czuję się włączony w masę ludzi, z których większość postępuje tak jak ja w czasie mojej opieszałości.
Prorok:
To, co opisujesz, dokładnie przedstawia obraz naszego dzisiejszego społeczeństwa, które bez wątpienia wywodzi się z zewnętrznej religii, w której trzeba zważać tylko na dogmaty, ceremonie i rytuały. Rzadko jednak uczy się człowieka religijnego przynależnego do zewnętrznej religii, że Jezus, Chrystus, był człowiekiem o wysokiej etyce, który dał nam w Kazaniu na Górze niezrównaną naukę moralności i obyczajów, nie prowadzącą nas bynajmniej w biedę, w beznadziejność, w wojny i zniszczenie, lecz wiodącą nas do wewnętrznego bogactwa, które ukazałoby się też na zewnątrz, gdybyśmy wprowadzali w czyn to, czego nauczał nas Jezus.
Czym bowiem zajmuje się skierowany na zewnątrz człowiek - również ten, który przez chrzest został po prostu włączony w zewnętrzną religię i jako dorosły tym się zadowolił? Zajmuje się zarabianiem pieniędzy, tym, co inny powiedział lub czego nie powiedział, co było dla niego przyjemne lub nieprzyjemne. Spędza wiele czasu, wyobrażając sobie, jakie przygody czekają go w czasie urlopu i kto zzielenieje z zazdrości, kiedy on będzie mu o tym potem opowiadał. Rozmyśla całymi godzinami i dniami o troskach dnia powszedniego, o tym, co mógłby sobie kupić, a czego nie; czy ma sobie kupić mieszkanie czy dom, czy też coś sprzedać; czy ma się ożenić lub wyjść za mąż, czy też nie; rozmyśla o tym, co inni posiadają, a czego on nie ma itp. Ponieważ prawie każdy jest niezadowolony z siebie samego, zwalcza też swoich współbraci i ostatecznie walczy o pozostanie przy życiu. Kiedy przyjrzysz się temu dokładnie, to musisz przyznać, że tak wygląda nasze dzisiejsze społeczeństwo.
Przez to całe rozmyślanie o sobie samych ludzie nie widzą już swoich współbraci. Zaniedbują swoją odzież, a ich ciało staje się ociężałe, bo za dużo jedzą i piją. Każdy wpycha w siebie pokarm i pije to, co ma pod ręką, nie pytając, czy jego ciało tego potrzebuje, czy tego w ogóle wymaga. Najgorszym przykładem są i tutaj kościelni zwierzchnicy, którzy sami są w takiej sytuacji, walczą o swój byt i nie wiedzą jak mogą dalej utrzymać swoje beneficja, gdyż coraz więcej tych, których ochrzcili wodą, opuszcza ich. Kościelni chrześcijańscy zwierzchnicy, którzy zawsze tylko czerpali bez miary i trzymali się swoich majątków nie nauczyli się dzielić z innymi. Jak wówczas człowiek związany z Kościołem może dzielić się i żyć z bliźnim w pokoju, skoro wysoko postawieni dostojnicy otrzymują pobory, o których bezrobotny na zasiłku może tylko marzyć? Dzielić się z innymi znaczy zachowywać umiar we wszystkim, w sposobie mieszkania, w jedzeniu, w piciu, ale też w posiadaniu.
Przez samo wychowanie do wyższych etycznych wartości, którego nauczał nas Jezus, człowiek nie będzie nigdy za dużo jadł i pił; nie będzie też jednak głodował i pościł, aby tym coś osiągnąć. On nauczy się wypośrodkowania we wszystkim i nauczy się zważać na swoją duszę i na swoje ciało. Dopiero wtedy Duch Boży będzie mógł przeniknąć materię i prowadzić człowieka.
Dusza w człowieku przyszła na świat, aby się uwolnić od wszystkich obciążeń i tych wyrafinowanych, zbyt ludzkich przyjemności włącznie z wynaturzonym seksem.
Sceptyk:
Z twoich odpowiedzi widzę, że nie jesteś zwolenniczką kościelnych zwierzchników ani zewnętrznej religii, ani chrztu wodą. Każdy mówi, że ma prawdziwą wiarę. A w co ty wierzysz?
Prorok:
Twoje stwierdzenie jest słuszne. Chętnie dam ci odpowiedź.
Uważam, że niepotrzebni są kościelni zwierzchnicy, którzy twierdzą, że studiowali słowo Boże i chcą wmówić ludziom, że są wyświęceni przez Boga. Jezus nigdy nie mówił o kościelnych dostojnikach. Jest napisane: "Nie pozwalajcie nazywać się rabbi. Jeden jest waszym mistrzem, Chrystus, a wy wszyscy jesteście braćmi." - kościelni "wielebni" dostojnicy wywyższają się ponad lud i przypisują sobie tytuły ekscelencji, eminencji, ojców. Ale jest też napisane: Jesteście wszyscy braćmi. On, Syn Boży ukazał się jako nasz brat. On dzielił skromne życie swoich współbraci. On postępował jak brat. Odziewał się jak wszyscy bracia. Chwalił swojego Ojca w niebie, a nie siebie samego.
Ja nie jestem przeciwko moim bliźnim, którzy zakładają ornaty lub przyznają sobie prawo bycia funkcjonariuszami wiary. Ja jestem przeciwko temu, co oni sobie nałożyli i nakładają, przeciwko kościelnym ornatom i kościelnej biurokracji wiary.
O zewnętrznej religii mam taką samą opinię, nawet jeżeli kościelni zwierzchnicy twierdzą, że ich instytucja posiada prawdziwą wiarę. Niejeden z zaślepionych przez instytucję stał się widzącym i wie, że ta "prawdziwa wiara" jest fałszywą wiarą, gdyż przez instytucjonalną wiarę nie zmienił się świat ani nie poprawili się ludzie. Wręcz przeciwnie; stali się oni o wiele bardziej wojowniczy, żądni władzy, popędliwi, skłonni do gwałtu i zniszczenia. Jestem więc przeciwko każdej wyznaniowej religii, gdyż ona nie tylko sprowadziła wiele nieszczęścia na ludzi, lecz jeszcze ciągle nie wie, co robi. Myślę przy tym o obecnie panującej wojnie religijnej w Irlandii. Pomyślmy o dawnych okropnych religijnych wojnach, w których każde wyznanie twierdziło, że posiada prawdziwą wiarę i z tego wywodzi swoje prawo pozostania przy życiu. To jest rozdział pomiędzy religiami, co dowodzi, że zewnętrzne religie nie łączą. Tam, gdzie jest rozdział, tam nie ma też dzielenia się pomiędzy wiernymi, lecz tylko związanie, a więc znowu rozdział.
Skoro Jezus, Chrystus, czegoś takiego nie nauczał, ja też nie należę do żadnej zewnętrznej religii. Jestem wolną religijną chrześcijanką idącą w ślady Jezusa z Nazaretu, który uczył wewnętrznej religii, w której dzielenie się, równość, jest istotnym czynnikiem życia.
Jestem nie tylko przeciwna chrzczeniu niemowląt, lecz twierdzę, że jest to świadome znieważanie nauki Jezusa. Jest to podstęp, gdyż Jezus dobitnie nauczał: Najpierw nauczajcie, a potem chrzcijcie. Niemowlę, które ma dopiero kilka tygodni z pewnością nie otrzymało jeszcze żadnych pouczeń i nie może wiedzieć w jakie przymusy myślenia i postępowania jest wtłaczane. Tutaj nie chodzi przecież o naukę Jezusa, lecz o rekrutowanie dla kościoła owieczek, które od dzieciństwa są indoktrynowane, aby później w wieku dorosłym bez zastanowienia - gdyż podświadomość jest już napełniona dogmatami, ceremoniami i rytuałami - płaciły swoje kościelne składki, aby kościelne beneficja nie tylko się utrzymały, ale jeszcze powiększały.
Sceptyk:
Jasne słowa i żadne nie jest zbędne. Nie znajduję też niczego, czemu by można zaprzeczyć. Dla mnie jednak jest to zaskakujący punkt widzenia. Ty spoglądasz na tę problematykę z zupełnie innej perspektywy. Moja perspektywa była widocznie perspektywą żaby.
Proszę, czy możesz jeszcze coś powiedzieć o wewnętrznej religii, w którą wierzysz i nazywasz celem.
Prorok:
Wewnętrzna religia nie ma zewnętrznych przywódców. Prawdziwie religijni chrześcijanie starają się żyć według nauk Jezusa. Oni dążą do tego, aby stopniowo zbliżyć się do królestwa wnętrza, gdyż Jezus powiedział: Królestwo Boże jest wewnątrz was. Kroki, które tam prowadzą ukazał nam Bóg przez Mojżesza w Dziesięciu Przykazaniach i przez Jezusa w Jego Kazaniu na Górze. Wewnętrzna religia jest więc wewnętrznym chrześcijaństwem, którego celem jest zjednoczenie się z Jedynym, z Bogiem. Dąży więc ona do samorozpoznania i zastanowienia się nad sobą, do miłości do Boga i do bliźniego i do tego, żeby jeden był gotów wspierać drugiego, pomagać mu i być przy nim. To jest "dzielenie się", o którym mówiłam.
Wewnętrzne chrześcijaństwo stawia życie, Boga, który jest miłością i jednością, ponad wszystko. Popiera sprawiedliwe myślenie i czyn, o którym Jezus mówił na końcu swojego Kazania na Górze: Ten zaś, kto słyszy Moje słowa i je wypełnia, jest mądrym człowiekiem.
Zewnętrzne chrześcijaństwo mówi o grzesznym charakterze i słabościach człowieka, mówi o tym, że jesteśmy wszyscy grzesznikami i grzesznikami pozostaniemy. Stawia więc grzech na pierwszym planie i napełnia przez to serce człowieka poczuciem winy i bezwartościowości, zemstą Boga, bojaźnią i obawą i jeszcze mówi o sądzie ostatecznym łącząc go z wiecznym potępieniem.
Wewnętrzne chrześcijaństwo stara się przybliżyć ludziom to, co dobre w człowieku, światło i zbawienie duszy, gdyż w każdej duszy, a zatem w każdym człowieku jest iskra Chrystusa Bożego, a my jako czyste istoty jesteśmy w Bogu, który jest w nas. Wewnętrzne chrześcijaństwo wskazuje też na wewnętrzną drogę do wyższego rozwoju i do słowa serca, które jest objawieniem Bożym przemawiającym do nas z niezliczonych ust, ze szlachetnego serca człowieka, z królestw przyrody, z całej nieskończoności.
Zewnętrzne chrześcijaństwo prowadzi człowieka na zewnątrz w stan duchowego zamroczenia, podczas, gdy wewnętrzne chrześcijaństwo wskazuje drogę do wnętrza, do miłości Bożej i do bliźniego i wskazuje nam drogę, na której krok po kroku człowiek może wydobyć się z zamroczenia ego, a więc może rozbudzić się w duchu wolności.
Zewnętrzne chrześcijaństwo wciąż na nowo przeprowadza zewnętrzne reformy i mówi o działaniu dla społeczeństwa, ale nie mówi o tym, że człowiek powinien się zmienić, ukierunkować jedynie na Boga i nie wskazuje, jak to zrobić. Gdyby bowiem zewnętrzne chrześcijaństwo wyjaśniało "jak" - jak człowiek może wejść do królestwa wnętrza - bardzo szybko stałyby się zbędne zewnętrzne kościoły ze swoimi rytuałami, ceremoniami i wyodrębniającymi się szatami, księżmi i proboszczami, swoimi dostojnikami, ekscelencjami i eminencjami. Wtedy wszyscy byliby braćmi i siostrami w Duchu Pana i tworzyliby wewnętrzną wspólnotę, w której chrześcijańskie zasady równości, wolności, jedności, braterstwa i sprawiedliwości byłyby krokami do wyższych wartości, do wyższej etyki i moralności.
Wewnętrzne chrześcijaństwo jest wewnętrzną reformą, samoodnowieniem przez Ducha Chrystusa Bożego. Dzięki temu ziemskie życie pojedynczego człowieka zmienia się na pozytywne. Zmienia to też człowieka, który staje się dobrym i szlachetnym i łączy się w ten sposób z Duchem wnętrza w świadomości, że on, a zatem i każdy człowiek, jest świątynią Boga.
Ludzie wewnętrznej religii, wewnętrznego chrześcijaństwa starają się skierować do wnętrza, aby żyć i czerpać z królestwa Bożego, które jest w nas, w naszej duszy. Dokonuje tego tak, że żałują za rozpoznane grzechy, oczyszczają je i więcej ich nie czynią, spełniają natomiast krok za krokiem wolę Boga. To są ludzie, którzy wędrują z zewnątrz do wnętrza, do centralnego światła, o którym Jezus mówił: Królestwo Boże jest wewnątrz was. Wewnętrzne chrześcijaństwo naucza nas, że człowiek żyje w szkole ziemskiej, aby rozpoznać się znowu jako dziecko Boże, jako dziedzic królestwa Bożego. Wewnętrzne chrześcijaństwo naucza, że rozbudzenia się do królestwa Bożego nie można traktować kolektywnie i że nie można odnieść go do danego punktu w czasie dziejów ludzkości, lecz, że królestwo Boże każdy człowiek powinien rozwinąć sam w sobie, a więc wejść w nie przez czyny miłości, których uczył nas Jezus. Do czynów miłości należy też dzielenie się.
Wewnętrzne chrześcijaństwo naucza nas też, żebyśmy nie zatrzymywali się na drodze do Boga myśląc, że w tym miejscu, w którym stoimy, jest już jakoby nasza odwieczna ojczyzna.
Sceptyk:
Czy dobrze rozumiem? Jesteś więc przeciw wszelkim autorytetom, które dyktują coś ludziom i wodzą ich na postronku, a więc przeciw wszystkim, którzy wywyższają się nad lud. Jesteś wobec tego, jak już nadmieniłaś, człowiekiem, który popiera równość, który nie może popierać olbrzymich różnic pomiędzy wyżej i niżej postawionymi, pomiędzy bogatymi i biednymi.
Prorok:
Tak, jestem przeciwko wszystkiemu, co autorytatywnie stawia się ponad ludem i z tego powodu rości sobie pretensje do prowadzenia go, jak np. "elitarne" autorytety, które innym chcą narzucić swoje mniemania i wyobrażenia, które wykorzystują ludzi, a dla siebie zagarniają to, co najlepsze, które żyją w luksusie i przepychu, podczas gdy wielu ludzi zna tylko biedę. To jest przeciwne woli Bożej.
"Elitarne" autorytety są zawsze autorytatywne. Dyktują innym i zmuszają ich do czynienia tego, co oni chcą.
Sceptyk:
Jesteś wobec tego duchowym rewolucjonistą.
Prorok:
Ty to tak określasz.
Jestem duchowym człowiekiem. Człowiek duchowy dąży do wewnętrznego odnowienia. Najpierw w samym sobie, aby stać się człowiekiem o wyższych wartościach. Dąży on więc do wewnętrznej mądrości, do wewnętrznej Inteligencji, którą jest Bóg. Jeżeli spojrzymy wstecz, to możemy stwierdzić, że od wieków "elitarne" autorytety wmanewrowywały narody w ciasnotę i w rozpacz. Z tego wyrastały nienawiść, zazdrość, wrogość, gwałt, wojownicze konfrontacje i w końcu rozdział pod każdym względem.
Dzisiejsze społeczeństwo, które spogląda na "elitarne" autorytety, zadowala się tym zbyt ludzkim ograniczeniem, które odnosi się wciąż na nowo do intelektu, który zna tylko siebie samego, gdyż z założenia jest po to, żeby siebie samego potwierdzać i siebie dowartościowywać. Nasze narody potrzebują natomiast inteligentnych ludzi, tzn. ludzi z mądrością i wielkością, którzy są dla narodu, którzy z poczucia własnej wewnętrznej wielkości mogą poprowadzić naród do samoodpowiedzialności i wolności, która bazuje na najwyższej Inteligencji, na Bogu. Każdy człowiek otrzymał od Stworzyciela rozum, żeby nauczyć się rozumieć - najpierw naturalnie siebie samego, zanim odważy się chcieć rozumieć innych. Ale jeżeli rozum zostaje wypaczony, jeżeli więc sugeruje mu się mnóstwo wiedzy, a tym samym się go tą wiedzą oprogramuje, to elastyczny rozum staje się intelektualny, zostaje przebiegunowany do nierozumienia, a zatem do odgraniczania. Wtedy człowiek intelektualny myśli, że wie wszystko lepiej i w końcu staje się autorytatywny i żądny władzy. To nie ma jednak nic wspólnego z mądrością, która jest inteligencją Bożą.
Rozróżniam też intelektualistów i szkolonych myślicieli. Intelektualista jest zaprogramowany, to znaczy, on sobie przez częste powtarzanie zasugerował wiedzę, która potem - gdy program uaktywnia się przez impuls myślowy - jest odtwarzana jak gdyby z taśmy magnetofonowej. To samo przebiega też z pięcioma zmysłami. Jedynie to, co jest intelektualnie zaprogramowane pobudza pięć zmysłów, aby orientowały się według tego, co jest na zewnątrz. One z kolei kodują potem to, co rejestrują albo wzmacniają to, co już jest zakodowane w mózgu. Myśliciel natomiast, który uczy się sam siebie rozumieć, staje się człowiekiem pełnym wyrozumiałości o wielkiej zdolności wczuwania i staje się wartościowym członkiem lepszego społeczeństwa.
Ten więc, kto posługuje się rozumem, aby siebie samego rozpoznać, a potem znów rozumieć innych, zaczyna stopniowo pracować sercem, boską świadomością i czuje jak prowadzi go jedyny autorytet, jedyna Inteligencja. Taki człowiek staje się z głębi serca wolny. To jest prawdziwa wolność, za którą w końcu każdy tęskni. Ten, kto nauczył się rozumieć siebie, pozostawi też innym wolność i tym samym przyczyni się do lepszego świata, do lepszego społeczeństwa. I tutaj trzeba się uczyć, żeby przejrzeć na wskroś "elitarne" autorytety.
Sceptyk:
To zaprawdę nie duch czasu tak przemawia, lecz duchowy rewolucjonista, który pobudza chętnych do osiągnięcia odpowiedzialności za siebie samego i do duchowego postępowania przez życie w duchowo wyższych moralnych wartościach i który pragnie popierać to, co dobre w każdym człowieku.
Wydaje mi się, że w tym wszystkim, co tutaj przedstawiłaś, jesteś przedstawicielką wielkiej wizji wolności. Jesteś zdania, że każdy człowiek może rozwinąć w sobie Inteligencję, Boga. O tym chciałbym usłyszeć trochę więcej.
Odpowiedź proroka:
Wolność wypływa jedynie z wewnętrznego życia - z Boga.
Bóg jest Inteligencją, Prawdą i Mądrością. Dającą miłością i prawem wszechświata, które włada we wszystkim, które jest wiecznym bytem i nigdy nie przemija.
Gdyby chrześcijanie kierowali się na Dziesięć Przykazań i na Kazanie na Górze Jezusa i przez urzeczywistnianie zbliżali się krok za krokiem do spełnienia tych wzniosłych boskich wskazówek, to to, co dobre w człowieku, Inteligencja, BÓG, mogłoby zadziałać i człowiek uwolniłby się od swoich wyobrażeń, mniemań, lęków oraz od nauczanego przez kościoły wiecznego potępienia, które nie jest niczym innym jak kościelną bronią psychologiczną wymierzoną w wierzących, aby trzymać ich w karbach i aby każda niedobrowolna, a więc wbrew swojej woli ochrzczona, "owieczka" złożyła swoją składkę, tak żeby kościelne posiadłości i władza Kościoła mogły się dalej rozrastać. Jedyny i wolny autorytet, Inteligencja, Bóg nie zna takiego pojęcia jak wieczne potępienie. To musi być chyba wynalazek władz kościelnych. Ten, kto wierzy w wieczne potępienie, wierzy w Kościół, a nie w Boga.
Wielu ludzi z wygodnictwa przyjmuje bez sprawdzania wszystko, co im się podaje. Jeżeli znajdują np. w jakiejś kościelnej instytucji kilka aspektów wiary, które im się podobają, naśladują ją. Imitują więc, zamiast wypróbować te aspekty na sobie i doznać, czy to jest dla nich właściwe. W ten sposób powstały wyznania, a więc zewnętrzne religie.
Wielu z tych ochrzczonych i zobowiązanych przez to do pójścia w pewnym kierunku, pozwalało i pozwala się potem związać z innym wyznaniem - to znaczy z innym kierunkiem wiary - gdyż podoba im się kilka aspektów tej nauki; nie pytają jednak, czy to, co jest im przedstawiane jako nauka, jest Prawdą. Ten, kto nie szkolił swojego rozumu, aby rozważać, idzie ślepo w ślady instytucji, nawet kiedy się od niego bardzo wiele wymaga, np. wyjaśnia mu się, że wiara nie ma nic wspólnego z wiedzą, że Boża Prawda nie jest dostępna dla logicznego rozumu; są to bowiem "tajemnice" Boga. Bóg jednak jest wieczną Inteligencją, a zatem jasnością. On zatem jest Logosem. To, czego kościoły niejednokrotnie uczą ludzi jako "prawdziwej wiary", często nie jest niczym innym jak wymyślonymi przez ludzi wyobrażeniami i konstrukcjami myślowymi.
Przynależność do jakiegoś wyznania oślepia i zniewala. Nie pozwala działać wolnemu Duchowi i blokuje każdą inicjatywę człowieka, który dąży do prawdziwości i żywego wewnętrznego rozwijania się. Ten, kto pragnie się uwolnić, musi skonfrontować się z nauką Jezusa, ale też z tym, w co wierzy jego kościelna instytucja. Ten, kto przyjmuje nauki Jezusa czyniąc to, czego Jezus nauczał, znajdzie wewnętrzną wolność i nie będzie naśladowcą ludzi. Nauka Jezusa nie nakazuje jednak bezkrytycznego przyjmowania zasad wiary, lecz zawiera dla każdego człowieka aktywną analizę własnego myślenia i życia i doznanie siły Chrystusowej w przezwyciężaniu tego, co grzeszne i w rozwijaniu i stosowaniu tego, co boskie.
Ja naukę Jezusa i Dziesięć Przykazań Mojżesza wypróbowałam na sobie samej. Dzięki temu zdobyłam wewnętrzną pewność, że nie potrzeba nam żadnych kościelnych autorytetów i instytucji. Nie potrzebuję więc teologów, którzy tylko o Bogu mówią i nie wiedzą, kim lub czym jest i gdzie się znajduje Bóg.
Ten, kto oddaje się wielkiemu Duchowi, BOGU, jedynej Inteligencji, kto więc wypróbuje Dziesięć Przykazań Bożych danych nam przez Mojżesza i nauki Jezusa z Kazania na Górze, szybko dozna, że staje się z głębi serca wolny. Taki człowiek nauczył się sprawdzać swoje myśli i to, co z nich wynika, aby rozpoznać siebie samego. Ta rozbudzona świadomość, ten duchowo szkolony rozum, nie daje sobie potem już niczego wmawiać; on kontroluje i kwestionuje.
Ludzie przeważnie nie są wolnymi, dojrzałymi, samodzielnie myślącymi istotami, lecz zachowują się jak część wielkiej bezmyślnej masy. Oni myślą i myślą i nie sprawdzają siebie samych. Na skutek tego stają się naśladowcami. Przyjmują zewnętrzne wzorce, style życia i często polityczne sposoby postępowania nie pytając, czy przez to oswobadzają czy związują Ducha, wewnętrzny autorytet. Tacy naśladowcy gromadzą się w wielkie rzesze zawsze wtedy, gdy występuje światowy lub kościelny autorytet, aby w masowej euforii potwierdzenia i odurzenia wziąć intelektualną kąpiel dla wzniesienia swojego poziomu energii. Każdy człowiek, który uzależnia się od mniemań i wyobrażeń innego - nie mam tu na myśli przestrzegania naszego ziemskiego prawa - i po prostu imituje jakiegoś człowieka, wywyższa go i mu pochlebia, jest naśladowcą, który pozwala innym myśleć za siebie i nie jest przyzwyczajony do samodzielnego myślenia, a więc do kwestionowania tego, co mu się przedstawia. Niejeden z tych klakierów, którzy hołdują np. jakimś kościelnym lub światowym idolom, pracuje dla nich i dzięki temu prowadzi wygodne życie. Naśladowanie nie jest jednak życiem, lecz cudzym bytem, który ktoś inny na mnie nałożył.
Tak więc ten, kogo się naśladuje, pobiera energię od naśladowcy i odwrotnie - handel praktykowany przez tysiące lat. Oboje są ze sobą związani, a więc zniewoleni. Jeden jest podporą drugiego - jeżeli jeden upada, to upada również drugi i upadną oboje, gdyż energie wypożyczane na tej zbyt ludzkiej płaszczyźnie wciąż na nowo trzeba zwracać, gdyż daje się tylko po to, żeby więcej uzyskać.
Stanie na własnych nogach, wewnętrzna wolność i prawdziwe, wypełnione życie wywodzą się jedynie ze źródła, z Boga. Do tego, żebyśmy je w sobie rozwinęli pragnął nas poprowadzić Jezus z Nazaretu, a teraz Chrystus Boży na drodze Kazania na Górze, na Wewnętrznej Drodze.
Sceptyk:
Mówisz tu o sprawach, które mnie zaciekawiają. W twoich wywodach słyszę wciąż na nowo jakieś słowa, które mnie zaskakują. Teraz np. "wieczne potępienie". Ja jestem kościelnym chrześcijaninem i dotychczas "wieczne potępienie" uważałem za coś zupełnie naturalnego. Przecież kara musi być. Czyż nie?
Prorok:
Dopóki w naszym świecie istnieją rozmaite ruchy religijne, rozdział jest już z góry zaprogramowany przez różne odłamy, dogmaty, zasady wiary, rytuały, kulty i wiele innych rzeczy. Ale teraz nadszedł czas, kiedy wielu już nie wierzy w prestiż Kościoła. Ten, kto zaczyna przeczuwać, że cały ten gmach nauki nie ma nic wspólnego z miłością i dobrocią Boga, z Jego sprawiedliwością, mądrością i wiernością, musi już tylko użyć rozumu, aby spruć jedno oczko tej sieci, a cały intelektualny, sztucznie wymyślony gmach nauki rozpadnie się.
Jak już było powiedziane, kościelne instytucje wywierają nacisk na lud "wiecznym potępieniem". Budzą w ludziach strach i zatrzymują ich w ten sposób w swoich instytucjach jako dających na tacę chrześcijan. Czy wyobraziliśmy sobie już, co to znaczy być wiecznie potępionym? Może wejrzyjmy na krótko w świat takiego myślenia: Być wiecznie potępionym oznacza nie mieć już żadnej szansy ani przez rozpoznanie, ani przez prośbę o przebaczenie, ani przez przebaczanie. Nie pomaga już także żadna skrucha z powodu wykroczeń. Jeżeli znajdziesz się w miejscu tak zwanego wiecznego potępienia, to tam też wiecznie pozostaniesz z wiecznymi piekielnymi mękami. Jeżeli w tym rzekomo istniejącym miejscu pożałujesz nawet tysiące razy, to i tak na darmo, nawet kiedy będziesz błagał swojego Pana i Boga i będziesz prosił Go o wsparcie i pomoc, o to, żeby On darował ci swoją miłość, łaskę i miłosierdzie - na próżno, jesteś wiecznie potępiony!
To jest wiara oficjalnych kościelnych instytucji. To jest moim zdaniem, pomijając chrzest niemowląt, najgorsza indoktrynacja. Niejeden mógłby powiedzieć: "Cóż z tego? Na skutek mojego postępowania i tak już jestem potępiony. Wobec tego pozwalam sobie wziąć z tego świata jeszcze to, co i inni mają". Z tego wynikają: zanik sumienia, brak skrupułów, gwałt, wojny, nienawiść, brutalność, zniszczenie i wiele innych.
O tym, kto bierze na siebie to kościelne jarzmo i ten kościelny nacisk, można tylko powiedzieć, że sam jest sobie winien. Każdego człowieka, który zmusza swoich współbraci, żeby wierzyli w to, co on uważa za słuszne określam jako nieludzkiego, dlatego, że zabiera innym wolność, która jest najwyższym prawem życia we wszechprawie, w Bogu, w miłości i wolności. Uważam urzędników kościelnych instytucji "chrześcijańskich", którzy czegoś takiego nauczają za nieludzkich, gdyż robią z Boga bóstwo nieprzejednanej zemsty. To jest dla mnie najbardziej absurdalna i nielogiczna nauka.
Sceptyk:
Tu przypomina mi się wypowiedź Augustyna, który podobno powiedział: "Credo quia absurdum", co oznacza: "Wierzę, ponieważ to jest absurdalne".
Prorok:
Czy on to naprawdę powiedział? A może przypisuje mu to tylko nielogiczny kościół, aby swoją nielogiczną naukę podsunąć tym, którzy nie myślą, jako Bożą Prawdę? Ten, kto jak wielu z prachrześcijan prawie codziennie doświadcza, jak pewni kościelni urzędnicy rozpowszechniają kłamstwa, musi kwestionować wszystkie wypowiedzi kościelnych autorytetów, również słowa: "Wierzę, ponieważ to jest absurdalne".
Spoglądając na zewnętrzne chrześcijaństwo, na ten kościelno-elitarny gmach autorytetów, musieliśmy i musimy robić gorzkie doświadczenie, że z niego wywodzą się często faryzeusze i uczeni w Piśmie, którzy nie widzą drogi do wewnętrznego światła i dlatego nie mogą jej nauczać, którzy często dodatkowo odstręczają szukających Prawdy, wewnętrznego światła, od pójścia drogą do królestwa Bożego będącego we wnętrzu duszy każdego człowieka. Tylko ten, kto zada sobie trud, aby opracować różnicę pomiędzy zewnętrznym a wewnętrznym chrześcijaństwem i ją sobie uświadomić, zacznie stopniowo myśleć. On odłączy się od tego Kościoła, który utrzymuje, że jako jedyny może uszczęśliwić i że jako jedyny posiada Prawdę, i skieruje się na wewnętrzne chrześcijaństwo niezawikłane w kościelnych statutach, lecz dążące po prostu do urzeczywistniania Przykazań Bożych i Kazania na Górze, tak że spełniane są słowa Jezusa: Ten zaś, kto słyszy te Moje słowa i je wypełnia, jest człowiekiem mądrym.
Sceptyk:
My ludzie naprawdę za mało zastanawiamy się nad podstawowymi wypowiedziami. Wprawdzie czasami zaczynamy coś podejrzewać, ale utarte tory myślenia możemy opuścić chyba tylko wtedy, kiedy będziemy dalej zgłębiać i posługiwać się naszym zdrowym rozsądkiem.
Ile razy zastanawiałem się już nad tym, że np. w dalekowschodnich religiach nie istnieje wieczne potępienie, lecz nauka o uwolnieniu z koła ponownych wcieleń. Wtedy zawsze odsuwałem na bok moje własne pytania swoją własną odpowiedzią, która brzmiała: Oni mają przecież prawo karmy i to też nie jest dużo lepsze, bo ja nie bardzo w to wierzę. Mówisz, że powinniśmy takie wypowiedzi jak "wieczne potępienie" - a zatem chyba też "prawo karmy" - częściej kwestionować, aby wyczuć co to znaczy być wiecznie potępionym lub co znaczy ponowne wcielenie. Wiem już co myślisz o wiecznym potępieniu. Wierzysz jednak w ponowne wcielenie, a więc w reinkarnację. Jestem ciekaw, co możesz mi powiedzieć na ten temat...
Prorok:
Pozwól mi ująć to, o co chodzi w nauce o reinkarnacji, w jedno krótkie zdanie, które potem jeszcze bliżej wyjaśnię: Nauka o ponownych wcieleniach jest w prawie siewu i zbioru najbardziej pomocnym prawem łaski Boga dla Jego grzesznych ludzkich dzieci.
Ten, kto nie żałuje za swoje błędy, a więc grzechy, nie oczyszcza ich też i będzie je wciąż na nowo popełniał, tak że to, co grzeszne, wzmocni się i wzrośnie w cały kompleks lub więcej kompleksów, które pewnego dnia będą miały skutki albo w brutalności, albo w zabijaniu i morderstwach, albo w kradzieży, maltretowaniu dzieci lub w seksualnym molestowaniu ich, w handlu narkotykami lub zmuszaniu kobiet i dzieci do prostytucji. To są bardzo ciężkie przestępstwa, które są odpowiednio karane również przez prawa ziemskie. Ale żadna kara wymierzona przez sąd nie odpowiada wiecznemu potępieniu. Nawet kara śmierci, którą stosują niektóre państwa, a której ja nie popieram, gdyż żaden człowiek nie ma prawa odebrać drugiemu życia.
Prawo karmy mówi: Za grzech, za który człowiek zawczasu nie pożałuje i którego nie oczyści zanim nie wypłynie jako skutek, dusza będzie znosiła w zaświatach winę lub znów się inkarnuje, aby jako człowiek w świecie doczesnym znosić winę albo - o ile obciążenie wciąż jeszcze nie wypływa jako skutek - oczyścić ją przez skruchę, prośbę o przebaczenie i przebaczenie. Jeżeli grzesznik nie będzie już czynił tego samego lub podobnego, to grzech jest przeistoczony w światło dla światła. To znaczy, że jeżeli dusza w cyklach ponownych wcieleń zniosła ciężkie obciążenia lub zawczasu, zanim wypłynęły jako skutek, za nie pożałowała i oczyściła je, to może krok za krokiem powrócić do królestwa światła, do domu Ojca.
Każdy człowiek ma swój dzień. Każdego z nas codziennie spotykają inne sytuacje, wydarzenia, rozmowy, ale też ciosy losu. Jeżeli zapytamy o przyczynę tych wydarzeń dnia, to będziemy wiedzieli co my osobiście mamy oczyścić wtedy, kiedy przyłożymy do tego miernik Dziesięciu Przykazań Bożych i nauki Jezusa. Nie idziemy więc ślepo przez życie ani nie jesteśmy zdani na los, chyba że pozwalamy się oślepiać przez kościelnych urzędników. Wtedy wierzymy w to, co oni nam mówią, w co najczęściej sami nie wierzą. Wtedy wpadamy razem z nimi w przepaść. Reinkarnacja jest więc prawem łaski dla duszy i dla człowieka. My wszyscy, wszystkie dusze i wszyscy ludzie, przez koło ponownych wcieleń, które jest kołem oczyszczania, powrócimy znowu do domu Ojca. To obiecał nam też Jezus w następującej przypowieści: "Kiedy ktoś ma sto owiec i jedna z nich zabłądzi, czyż nie pozostawi dziewięćdziesięciu dziewięciu i nie poszuka tej zaginionej?" Chrystus nie prowadzi więc dziewięćdziesięciu dziewięciu do nieba pozostawiając z boku tego jednego, ewentualnie posyłając go na wieczne potępienie. On idzie za tym jednym, pozornie straconym, nawet jeśli to trwa wiele inkarnacji, aby go sprowadzić z powrotem, gdy zacznie wzywać swojego Zbawiciela.
Żaden zwierzchnik kościelny, który jest również grzesznikiem jak wszyscy ludzie, nie może, jak już było powiedziane, rozgrzeszyć drugiego nawet na łożu śmierci. Również modlitwa "Ojcze nasz" wskazuje nam drogę skruchy i przebaczenia, gdyż jako chrześcijanie modlimy się "Odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom". Jeżeli ten, wobec którego zgrzeszyliśmy nam nie przebaczy, to i żaden ksiądz nie może nas rozgrzeszyć.
Być może mogłoby ci pomóc wyobrażenie sobie jak by to było, gdyby nie istniało ponowne wcielenie, a więc łaska ponownego życia na ziemi. Przecież wtedy znosilibyśmy przez nieskończenie długi czas naszą winę w krainach dusz wśród wielkich mąk. Teraz może zrozumiesz zdanie: Nauka o ponownych wcieleniach jest najbardziej pomocnym prawem łaski Boga dla Jego grzesznych ludzkich dzieci.
Sceptyk:
Twoje słowa zawsze mnie zastanawiają. To, co uważałem za niemożliwe, nabiera sensu, kiedy ty to naświetlasz. Otwierasz mi dosłownie oczy. Zaczynam pojmować, że zachodzi niebezpieczeństwo odrzucenia jako bezsensowne czegoś, czego się nie rozumie. Albo brak nam informacji, albo nie chcemy sami myśleć i przyjmujemy bezkrytycznie zdanie tych, o których mówimy: "oni wiedzą lepiej".
We mnie przez twoje wyjaśnienia, które są takie bezpośrednie, jasne i logiczne, wiele się poruszyło. To nie jest taka rozmowa, jaką często prowadzę z przyjaciółmi, gdzie dyskutuje się o sprawach, których właściwie nikt nie zna. Muszę przyznać, że teraz zastanawiam się nad tym, czy to jest proroczy Duch, który przez ciebie tak potężnie przemawia? Czy mogłabyś wyprowadzić ludzi z kościelnych tradycji w boską wolność? Przychodzi mi myśl, że jesteś nauczycielem boskiej mądrości, który po części mówi tak, jak prawdopodobnie mówił Jezus z Nazaretu.
Prorok:
Dawne tradycje zachowywane przez urzędników religii i wpajane już niemowlętom, powtarzane są rok po roku czy to na lekcjach religii, czy w kazaniach tradycjonalnych autorytetów, są jako programy mocno zakorzenione w głowach wiernych, na skutek czego całe pokolenia aż po dzisiejsze czasy tkwią w tych kościelnych tradycjach.
Każda niebiańska istota otrzymała od Boga jako wielką wieczną prawidłowość nieskończoności swoją wolność w dziedzictwie. Również w nas, ludziach, leży dziedzictwo wolności, co oznacza, że sami jesteśmy odpowiedzialni za nasze myślenie, mówienie i postępowanie. Ten, kto jest wolny, jest też sam odpowiedzialny za to, co czyni lub czego zaniecha. Każdy może się sam swobodnie decydować, np. na związanie z kościelnymi tradycjami lub też na zdyscyplinowane życie, aby nauczyć się, co oznacza wolność. Również w radości i w cierpieniu możemy się nauczyć znajdować Chrystusa, który jako nasz Zbawiciel wskazuje nam drogę do Ojca. Możemy też nadal grzeszyć, a to znaczy, że jesteśmy za to sami odpowiedzialni i stawiamy się pod nasze osobiste prawo jarzma, które mówi: to, co zasiałem negatywnego, to również negatywnego zbiorę, chyba że korzystam z dnia, nałożę na siebie dyscyplinę, aby zgłębić przyczyny mojego postępowania, oczyszczę to, co grzeszne i tego więcej nie będę czynić. Wtedy zasieję dobre nasiona i będę też zbierał dobre i świetliste plony: wolność, która jest moim boskim dziedzictwem.
Ze związania z religijnymi tradycjami można wyprowadzić ludzi tylko wtedy, kiedy tego zechcą. To jest możliwe tylko wtedy, kiedy są gotowi zastosować wobec siebie samych dyscyplinę, aby nauczyć się rozpoznawać, jakimi naprawdę są i nie zadowalać się pozostaniem takimi, jakimi wydają się być. Prawdziwa dyscyplina oznacza kwestionowanie swoich myśli, słów i czynów, znajdowanie korzenia, z którego wywodzą się nasze osobiste egoistyczne myśli, namiętności, samolubne życzenia, nasze tajemne ukryte myśli, nasze oczekiwania wobec bliźniego, nasza zazdrość, nasze zarzuty i wiele innych grzechów. Dopiero kiedy korzeń jest wyrwany, człowiek może stać się wolny wtedy, kiedy zakoduje sobie wyższe wartości, które może znaleźć w przykazaniach Boga i w Kazaniu na Górze Jezusa i kiedy będzie się starał urzeczywistnić je w swoim życiu.
Ten, kto nie nałoży na siebie takiej dyscypliny, nie może się też uczyć i nie może być wyprowadzony z więzów swojej przeszłości. On pozostanie naśladowcą, któremu można wszystko podyktować, a on to potem bez namysłu uczyni.
Nie chciałabym powiedzieć, że mogę wyprowadzić ludzi z ich dogmatycznych więzów. Wiem jednak to jedno, że jestem do tego przygotowana przez samodyscyplinę, uczenie się i urzeczywistnianie Przykazań Bożych i Kazania na Górze.
Kościelne tradycje, które narzucane są ludziom, nigdy nie uwalniają, gdyż są skierowane na zewnętrznych przywódców, którzy pragną przenieść na innych swoje wyobrażenia i swoje konstrukcje myślowe.
Tradycyjne wzorce postępowania polegające na zasadzie "ja ci nic złego nie zrobię, więc ty mi też nic złego nie rób" wywodzą się z tradycji kościoła i społeczeństwa, w którym człowiek stara się prześlizgnąć się przez swoje życie stawiając na drugi plan prawdziwość i prostolinijność, aby nie zrazić pewnych ludzi, czy są to kościelni zwierzchnicy, czy politycy, i aby ewentualnie zachować swoje dochody. Taki człowiek traci wolność na dobre i nie stwarza żadnych podstawowych etycznych wartości, które dają człowiekowi poczucie, że jest coś wart i z których znowu się uczy coraz bardziej stosować prawdziwą duchową dyscyplinę, aby osiągnąć w swoim życiu to, co nie daje mu w sensie tradycji społecznej akceptacji, lecz pozwala osiągnąć wysoki poziom rozwoju duchowego. Chodzi mi tutaj o boską inteligencję, a nie intelekt, który innych naśladuje, aby go akceptowało społeczeństwo.
Człowiek wyposażony w boską inteligencję czerpie z wewnętrznego źródła wolności, a nie z bagna naśladownictwa, z którego czerpie tak wielu. Ludzie o wartościach inteligencji - jako takie określam duchowo-boskie wartości - są ze wszystkim, co sobie przyswoili i czego się nauczyli, nieprzeciętni, a to znaczy, że nie szukają tego, co im inni oferują, aby w uzależnieniu od wymiany wzajemnych korzyści jako tako zarabiać na swoje utrzymanie. Ludzie czerpiący ze źródła inteligencji na tyle rozwinęli i nieprzeciętnie wzmocnili swoje wysokie wartości, że mogą je sami oferować innym. Oni są więc ofertą i nie muszą wcale czekać na ofertę innych. Oni działają i nie są zdani na reakcje innych.
Tacy ludzie uwolnili się od ogólnie przyjętych wzorców myślowych i od pędu naśladowania. Etyczne wartości podstawowe bazujące na Dziesięciu Przykazaniach i na Kazaniu na Górze uwalniają więc człowieka i sprawiają, że wewnętrzny autorytet, wewnętrzna Inteligencja, Duch, zaczyna działać.
Nasza świadomość nie może jasno myśleć, dopóki umysł jest zapełniony tym, co przez całe lata i dziesięciolecia powtarzamy, tym, co wywodzi się z tradycji i zakodowań naszego świata, z których potem robimy nasze mniemania i wyobrażenia. Nie ma miejsca na nic nowego, nic konstruktywnego tak długo, jak długo to, co minęło, to, co związuje, podtrzymuje nasze wyobrażenia i nasze mniemania i odbudowuje je wciąż na nowo. Tak długo nasze zakodowania odgrywane są w naszym mózgu jak taśma filmowa. Jako naśladowcy pozwalamy się potem prowadzić ludziom, których "prawa ręka nie wie, co czyni lewa" - tak określam dwulicowość ludzi - i sami zapominamy kim jesteśmy. W ten sposób nie możemy korzystać z dnia, z teraźniejszości, gdyż nasz rozum jest zamroczony przeszłością, tym, co przebiega w filmie naszego życia.
Sceptyk:
Wciąż na nowo mówisz o wolności i o tym, że wolność pochodzi od Boga. Do Boga, który jest wolnością, trzeba najpierw znaleźć drogę. Mówisz, że trzeba ją znaleźć samemu, że w tym celu potrzeba prawdziwej dyscypliny zakładającej uczenie się. Moim zdaniem jednak ludzie, którzy są już w średnim wieku, nie chcą się więcej uczyć, lecz korzystać z tego, czego się dotychczas nauczyli.
Prorok:
Ten, kto chce korzystać z tego, czego się dotychczas nauczył, jest właśnie naśladowcą, o którym mówiłam, naśladowcą, który szuka tego, co inni mu oferują, aby zobaczyć, czy to pasuje do tego, co on już umie. Jeżeli znalazł dla siebie coś odpowiedniego, musi się dopasować i z tym zaprzyjaźnić i w ten sposób pozostaje konformistą, gdyż nie rozwinął własnej inicjatywy, lecz tylko intelekt, który do pewnego stopnia wytresował. Poza tym nie ma niczego do zaoferowania, lecz szuka tego, co inni mu oferują i co jest dostosowane do jego ograniczonego horyzontu. On nie wyznacza swojej własnej "ceny", a więc wartości, lecz pozwala, żeby inni mu ją wyznaczali.
Ludzie natomiast, którzy nie chcą popaść w otępienie konformizmu, szukają wolności, gdyż poważają siebie samych. Kiedy znaleźli wolność i ostoję w sobie, stają się aktywnymi ludźmi czynu, którzy rozwinęli wewnętrzne wartości i osiągnęli wewnętrzną stanowczość. Oni są w stanie dawać, gdyż posiadają. Oni mają swobodę czynu, są wsparciem dla innych, gdyż posiadają moc. Ich wewnętrzna postawa jest suwerenna. Nie można ich zachwiać i zbić z tropu, gdyż oni są zakorzenieni w sobie samych, w swoim wnętrzu. Znają nie tylko swoją drogę, lecz mogą pomóc innym, aby i ci znaleźli swoją drogę.
Dla ludzi wolność często oznacza to, że nie muszą robić tego, czego chcą inni. To jednak nie ma nic wspólnego z wolnością, o której ja mówię, która wznosi się ponad przeciętność i nie szuka tego, co inni oferują, lecz sama coś oferuje, gdyż wartości inteligencji są wolnością. A to znaczy, że tacy ludzie są wolni od wszelkiego dostosowywania się, od wszelkiego obłudnego pochlebiania, od służalczości, od fałszu i lizusostwa oraz od natrętnych życzeń.
Prawdziwa wolność zawiera szacunek dla samego siebie jak i szacunek dla bliźniego. Wolność oznacza też bycie wolnym od myśli przeciwnych innym lub też od myśli, że inni mają uczynić coś, co sami moglibyśmy uczynić. Bycie wolnym to skierowanie się na jedyny autorytet, na Inteligencję Boga, aby rozpoznać, co jest wolą Bożą. Jeżeli chcemy spełnić wolę Bożą, aby zbliżyć się do jedynego autorytetu, do jedynej Inteligencji, z której potem możemy czerpać i dawać, która czyni nas naprawdę inteligentnymi, która daje nam wgląd i perspektywę i pozwala nam być dobrym obserwatorem; która nas naucza rozpoznawać, rozważać i mierzyć, która nie uwzględnia naszych własnych wyobrażeń i życzeń - to musimy się też nauczyć rozpoznawać, czego chce Bóg.
Jeżeli korzystamy z naszej wolności w obrębie woli Bożej, to naprawdę służymy Bogu i ludziom, to nazywa się też pokorą. Pokora jest wolnością działania zgodnie z wolą Bożą.
Stać się wolnym znaczy też nauczyć się nie przeceniać siebie i wtedy, kiedy dochodzimy do wieku średniego, nie popadać w samozadowolenie myśląc, że programy, które sobie przyswoiliśmy wystarczą i nie zadowalać się tym, że te istniejące już programy przynoszą nam korzyść. Prawdziwa korzyść nie polega na intelekcie i na pieniądzach, lecz na inteligencji, która przynosi dojrzałość i owoc dojrzałości - wolność.
Jeżeli w każdej fazie naszego życia chcemy się jeszcze czegoś nauczyć, to nie obejdzie się bez właściwej dyscypliny. W tym celu powinniśmy dobrze zaplanować nasz dzień. Trzymać w cuglach nasze myśli, słowa i czyny, aby móc się skoncentrować na naszej pracy, na rozmowach i na naszych bliźnich.
Bez dyscypliny nie osiągniemy prawdziwej wolności. Dyscyplina i uczenie się tworzą całość. Kto zastosuje tę całość - dyscyplinę i uczenie się - stanie się wolny. Jedynie człowiek zdolny do duchowego uczenia się rozwija wyższe wartości. Przez to będzie też wywierał pozytywny wpływ na swoich pięć zmysłów kontrolując, jakie myśli i życzenia one wywołują. Te myśli i życzenia będzie potem analizował, oczyszczał z pomocą Ducha Bożego to, co sprzeczne z Prawem i więcej tego nie będzie czynił, aby w ten sposób zbliżyć się do jedynego autorytetu, do Boga. Dzięki temu jego na zewnątrz skierowane zmysły, które dotychczas doznawały tylko powierzchni życia i były skierowane i zdane na wyobrażenia i mniemania innych skierują się do wnętrza, aby w końcu czerpać z jedynego źródła, którym jest Bóg. W ten sposób pięć zmysłów nauczy się doznawać głębiej, a człowiek osiągnie wgląd w to, czego zewnętrzny świat nie widzi i będzie słyszał to, czego sama łupina słowa nie wyraża. Również zmysł smaku i powonienia wysubtelnią się i nauczą się odbierać sygnały organizmu. Przez zdyscyplinowane zachowanie człowiek staje się zrównoważony, możemy powiedzieć, bardziej harmonijny. Nie będzie np. dotykał wszystkiego, co widzi. Nauczył się on pytać, co kryje się za tym wszystkim, co go spotyka.
Jedynie w ten sposób człowiek staje się niezależny od innych ludzi i może wydobyć się z naśladownictwa jako wolny człowiek, który zna miarę i wagę. Taki wolny człowiek nauczył się nie spoglądać na innych, lecz na siebie samego, na swoje własne jestestwo, które jest Inteligencją, Bogiem.
Sceptyk:
Czegoś takiego o wolności jeszcze nigdy nie słyszałem, ani nie czytałem. To są nauki, które stawiają wymagania. Cel stania się wolnym w takim sensie, wpisałaś swoimi słowami w moją świadomość. Wyłania się we mnie życzenie wypróbowania takiej wolności. Dla mnie i z pewnością dla niejednego czytelnika będzie ciekawe dowiedzieć się więcej o zniewoleniu i jego przyczynach, gdyż jak powiedziałaś, często mylnie uważamy wolność za możliwość nie robienia tego, czego chcą inni.
Prorok:
Korzeniem wszelkiego zniewolenia jest samolubna miłość. Wielu ludzi skierowanych jest tylko na siebie samych, to znaczy na swoje ciało, i nacechowanych intelektem. Każdy z nich jest mniej lub bardziej indywidualistą, a więc jest skierowany tylko na siebie. Dlatego taka jednostka jest przeważnie samotna. Nawet jeżeli się wydaje, że ma wielu przyjaciół, to jednak jest wciąż na nowo skierowana na swoje mniemanie, na swoje wyobrażenia, na swoją zazdrość, na swoją nienawiść, na swój lęk. Egoistyczna miłość dba zawsze o siebie i zawsze boi się, że nie dostanie tego, czego żąda.
Dlatego taki indywidualista często jest samotny. Nawet w najbardziej intymnych stosunkach, które przez krótki czas łudzą go, że kocha i jest kochany, pozostaje jednak sam, gdyż w tym intymnym stosunku każdy dąży w końcu do swojej przyjemności - każdy dąży do swojego indywidualnego celu, do spełniania swoich życzeń. To jest egoistyczna miłość, korzeń wszelkich lęków, sporów, frustracji, nienawiści i zazdrości.
Egoistyczna miłość jest więc zniewoleniem. Zniewolenie zawiera uzależnienie. Uzależnienie prowadzi zawsze do lęku, do troski i do cierpienia, do tego, co jeszcze bardziej zabiera jednostce wolność.
Ludzie są przeważnie bardzo dumni ze swoich mniemań. Jak często słyszymy: "ja uważam", "ja jestem zdania" lub "ja sądzę". Wszystkie te zwroty wywodzą się z braku wolności, gdyż mniemania, zdania i przypuszczenia polegają zawsze na niewiedzy.
Dopóki podporządkowujemy się niewiedzy, myślimy, że czyha na nas wiele niebezpieczeństw, gdyż niewiedza o zgodnych z Prawem procesach, które sterują naszym błędnym, niekontrolowanym postępowaniem sprawia, że jesteśmy ślepi i głusi wobec zagrożeń tego świata. Ponieważ nie widzimy i nie słyszymy tego, co mogłoby nas spotkać tracimy orientację. Ta dezorientacja, która rodzi się z lęku, z przymusu, z uzależnienia, z mniemań, przypuszczeń i wielu innych wskazuje na brak wolności. Dopóki nasz rozum jest uzależniony - czy to od ludzi, czy od instytucji kościelnych, czy innych - pozostajemy zdezorientowanymi konformistami.
Powiesz, że intelekt przecież nie przystosowuje się do innych. Z wielu doświadczeń w duchowych szkoleniach wiem, że intelekt przystosowuje się bardziej do innych niż duchowo szkolony rozum. Właśnie intelektualista prawuje się i kłóci o wiele więcej niż ten, kto szkolił swój rozum i skierował go na wyższe wartości. Każda próba przeforsowania własnego zdania jest to objawem braku wolności. W prawdziwej wolności zawarta jest miłość do Boga i do bliźniego, która daje wgląd i perspektywę, która rozumie i waży, która we wszystkim rozpoznaje wolność i uznaje brak wolności tylko wtedy, kiedy człowiek, który nie jest wolny, chce też takim pozostać.
Wszelkie konflikty, rozgoryczenie, niesnaski, wrogość, agresywność, zazdrość, nienawiść wobec bliźniego wskazują na brak wolności. Przyzwyczailiśmy się do walki z bliźnim, z którym nie jesteśmy w jedności - albo w myślach albo w słowach. W rzeczywistości każda walka z bliźnim jest walką ze sobą samym. W tej walce będziemy zawsze przegrani, gdyż rozbudowujemy dalej tamę naszego ego i pozostajemy zniewoleni.
Przyroda budzi w nas, ludziach, radość. Jednak mało kto nauczył się obserwować przyrodę w jej emanacji i jedności z wielkim Duchem. Rośliny i zwierzęta nie pytają czym jest życie - one żyją. Słońce wydobywa z ziemi piękno kolorów i woni. Kwiaty, krzewy i drzewa poruszają się w podmuchach wiatru. Pozostają na swoim miejscu, obojętnie czy jest wichura, czy pada deszcz, czy też świeci słońce. Gdybyśmy nie byli duchowo niemi i głusi, moglibyśmy usłyszeć mowę królestw przyrody - nie ma takiego kwiatu, takiego krzewu i takiego zwierzęcia, które by miało ludzkie życzenie brzmiące: "Przyjrzyj mi się, uciesz się, ujrzyj moje piękno i mój blask!" albo "Ja kwiat jestem piękniejszy od innych". Róża nie mówi do fiołka: "Ach, ty mały kwiatku, jaki jesteś nieznaczny w porównaniu ze mną". Potężne drzewo nie wywyższa się i nie napusza mówiąc do młodego drzewka: "Czy widzisz jakie jestem potężne i wielkie!"
Wszystkie kwiaty, trawy, krzewy, drzewa żyją, a ich życiem jest miłość. Właśnie przyroda uczy nas dzielenia się. Wczesnym latem, późnym latem i jesienią daruje nam ona to, co jest w stanie darować. Jest to darująca miłość, która nie pyta: "Co ja za to dostanę?" Ale my, ludzie, natychmiast pytamy głośno, albo potajemnie, a więc w podkomunikacji: "Co dostanę za to lub tamto? Ja ci daję to, a co dostanę w zamian?" Przyroda, która w bezgranicznej miłości wszechświata ma swoją ojczyznę, daje nie pytając, co za to otrzyma. To jest wolność, to jest też prawdziwe dzielenie się. To jest komunikacja i współpraca. Przyroda pokazuje nam, co to znaczy sprowadzić pozytywne siły do jedności i poprzez jedność do miłości, gdyż miłość daje i miłość jest jednością.
Dopóki nie nauczymy się ofiarnej miłości, miłości do Boga i bliźniego, pozostaniemy zniewoleni i od urodzenia do śmierci naszego ciała samotni, gdyż bezustannie o coś walczymy i bezustannie czegoś chcemy.
Każde zwierzę żyje w swoim rytmie i w swoim cyklu, który został mu przydzielony przez wielką wszechmiłość, przez Boga. Ono nie pyta, czy tak jest dobrze, czy to jest życie - każde zwierzę żyje i żyje zgodnie ze stanem swojego rozwoju. Jeżeli my, w naszym zniewoleniu, swoją egoistyczną miłością ingerujemy w świat zwierząt, to uzależniamy zwierzęta tak, jak i my staliśmy się uzależnieni.
Dopóki jesteśmy porażeni duchową ślepotą i głuchotą, będziemy też porażać innych, innych wyzywać i oskarżać o to, czym ostatecznie sami jesteśmy, i czego nie chcemy ani widzieć, ani słyszeć.
Sceptyk:
Przyszedłem z zamiarem skrytykowania ciebie. Teraz nie czuję się już zdolny do krytykowania, bo żeby to zrobić trzeba znać i pojmować to, co się krytykuje. Jestem pewny, że nie byłem w stanie pojąć nawet dziesiątej części z tego, co ty, Gabrielo, wypowiedziałaś w słowach. W tej duchowej lekcji uświadomiłem sobie, że muszę najpierw krytycznie przyjrzeć się sobie i zakwestionować wszystkie moje pytania. Nauczyłem się teraz, i mogę to przyjąć, że bliźniego może zrozumieć jedynie ten, kto najpierw zakwestionuje siebie, aby siebie zrozumieć i rozpoznać.
Stało się dla mnie jasne, że jeżeli siebie samego rozpoznam takim, jakim teraz jestem, to będę stronił od krytykowania innych. Kiedy do mnie mówiłaś, bardzo dokładnie się przysłuchiwałem i zacząłem siebie sprawdzać. Przy tym uświadomiło mi się, że brak mi wolności, to jest, że straciłem moją wolność, gdyż zawsze byłem zdania, że inni mi nie dorównują, bo posiadam szkolony intelekt. Czuję, że obnażyłem się przed tobą. Spostrzegam też, że ty mnie nie poniżasz, że przyjmujesz mnie takim, jaki jestem, że mnie kochasz; to mówią mi twoje oczy i twój uśmiech.
Przepraszam, że teraz wypowiem co myślę, w nadziei, że to cię nie przestraszy: Jesteś w naszym czasie niezrównaną nauczycielką odwiecznej mądrości, ale też olbrzymim zagrożeniem dla kościelnych instytucji. W minionych stuleciach widać było wciąż na nowo, że kościelne instytucje tępiły takich ludzi i ich zwolenników, po prostu ich niszczyły. Czuję, że jesteś wolnym człowiekiem, ale pozwól mi zapytać: Czy się nie boisz?
Prorok:
Strach jest słabością. Strach opiera się na ludziach. Siłą jest Bóg. Na tym buduję. Mogą zniszczyć mnie, człowieka, ale nie mogą uciszyć Ducha, który przeze mnie przemawia.
następna broszura "Prorok" / powrót do listy broszur "Prorok"
|
 |