|
|
Zasadnicze sprawy w naszym czasie Numer 10 Młody człowiek i prorok Młody człowiek:
Dzień dobry...
Cześć...
Przepraszam, ale kiedy myślę o tym, że nasza rozmowa ma być zarejestrowana jako
podkład do małego pisemka, to nie mogę znaleźć żadnego pasującego zwrotu. Kiedy my,
młodzi, rozmawiamy o tobie, albo z tobą, to nazywamy cię po prostu "Gabrielą" albo
"Gabi".
Powtarzasz nam ciągle, że jesteś naszą siostrą i w ten sposób
rozmawiasz też z nami, ale w końcu z racji wieku mogłabyś być naszą matką. Od
Chrystusa i od ciebie wiemy, że wszyscy - z punktu widzenia Ducha - jesteśmy braćmi i
siostrami. To już zrozumieliśmy. W naszych rodzinach, na różnych spotkaniach albo w
prachrześcijańskich zakładach mówimy do wszystkich po imieniu. Kiedy wspólnie nad
czymś pracujemy, albo rozmawiamy z kimś przez telefon, to ostatecznie jest całkiem
obojętne, w jakim jest on wieku. On, to po prostu René albo Walter, ona, to Uli albo
Gabi - on lub ona, który albo która jest tak samo po prostu dla nas, jak my dla niego
lub dla niej. Ale tak publicznie? Jak mam się teraz do ciebie zwracać -
"szanowna prorokini", "droga prorokini", "Gabrielo" czy "Gabi"?
Prorok:
Po
co te komplikacje? Z wielu naszych rozmów wiesz, że prorok to nie tytuł, ale
określenie głosu przestrogi wśród ludzi. Prorok, który jest instrumentem Boga, musi
wypowiedzieć to, co chce powiedzieć Bóg, a to nie zawsze jest dla ludzi przyjemne.
Dotychczas nigdy nie miałam wrażenia, że wy, młodzi, odbieracie
mnie jako osobę upominającą i z mojego punktu widzenia spotykaliśmy się zawsze jako
rodzeństwo, nawet jeśli, jak to już zauważyłeś, istnieje znaczna różnica wieku -
między osiemnastym a sześćdziesiątym czwartym rokiem życia. Jeśli serce pozostaje
młode, bo dusza stała się świetlista, a więc jest przenikana przez światło Boga, to
wiek nie gra prawie żadnej roli. Duchowa świadomość pozostaje aktywna i przekazuje nam
wciąż na nowo, że duchowe ciało, świetlista dusza nie może się zestarzeć, gdyż
Duch Boży jest wiecznym życiem, a więc też wieczną młodością. Ponieważ Bóg,
niebiański Ojciec, jest Ojcem wszystkich ludzi, jesteśmy wszyscy w Jego Duchu braćmi i
siostrami. Zachowajmy się więc nieskomplikowanie, tak, jaki jest też Duch Boga: ty i
pozostała młodzież, wszyscy mówcie do mnie po prostu "Gabrielo" albo "Gabi".
Młody człowiek:
To
mi się podoba. Dziękuję.
Mam zamiar zadać ci trochę specjalne, a może nawet drażliwe pytania. Czy mogę to
zrobić?
Prorok:
Jasne.
O to właśnie chodzi. Tylko śmiało, bez zahamowań. Jestem przygotowana na wszystko.
Młody człowiek:
Żyjemy
w świecie, z którym właśnie my, młodzież, często nie możemy dojść do ładu.
Każdy z nas, kto szuka etycznych i moralnych wartości, musi zauważyć, że prawie nie
daje się ich znaleźć. Gdzie jest jeszcze coś uczciwego i prawdziwego? Wszystko,
naprawdę wszystko, jest schematyczne i zanim się człowiek obejrzy, już staje się albo
stał się naśladowcą, który pozwala się unifikować i ujednolica się w wielu
zakresach życia.
Jeśli młody człowiek próbuje żyć indywidualnie, według własnej
skali wartości i wyobrażenia o wartościach, to piętnuje się go jako odszczepieńca, a
przyjaciele odsuwają się od niego. Przyjaciele są przecież potrzebni i chciałoby się
też mieć jakiś wzór. Dobrze, ja mam przyjaciół, ale znam wielu, którzy mówią, że
trudno jest znaleźć prawdziwych przyjaciół.
Gabi, powiedziałaś nam: "Spróbujcie nie orientować się na ludzi,
ale wciąż na nowo pozwalajcie, żeby w waszym wnętrzu ukazywał się obraz Jezusa z
Nazaretu, tego, czego On uczył i jak żył. Rzutujcie Jego naukę i Jego życie w
teraźniejszość, gdyż to jest miara wartości dla wszystkich czasów i na całą
wieczność".
Gabrielo, jesteś przecież człowiekiem i wiesz, że często nie jest
łatwo przyjmować Jezusa z Nazaretu za miarę dla naszego dzisiejszego życia. Wyobrażam
sobie czasem jak mogłoby wyglądać życie i zachowanie Jezusa z Nazaretu, gdyby żył
dzisiaj między nami, np. jako młody człowiek. Gabrielo, chciałbym ci teraz
zadać następujące pytanie. Gdybyś była w naszym wieku, miała około dwudziestu lat,
to jak wyglądałoby twoje życie?
Prorok:
Tu
muszę się trochę cofnąć w czasie. Gdy byłam między szesnastym a dwudziestym rokiem
życia nasz kraj odczuwał jeszcze w wielu dziedzinach skutki drugiej wojny światowej.
Wiele miejscowości było zbombardowanych. W miastach panował jeszcze chaos, a jednak tu
i ówdzie zaczynało się odbudowywanie. Większość ludzi miała mało pieniędzy, a to,
co posiadały poszczególne rodziny, potrzebne było im samym. Wtedy również były
kłopoty z miejscami do nauki. Nie wszyscy, którzy dobrze zdali maturę, mogli
studiować, gdyż jednemu brakowało np. możliwości dojazdu do szkoły a innemu
pieniędzy. W radiu było tylko kilka programów; nie każda rodzina posiadała odbiornik
radiowy. Nie było telewizji ani komputerów. Nie było dyskotek i koncertów na otwartym
powietrzu ani wszystkiego tego, z czego korzysta dzisiejsza młodzież. Nikt nie pytał o
trendy mody; wkładało się to, co się miało albo dostało. Ale także my, młodzi,
mieliśmy ideały i wyobrażenia, które jednak nie mierzyły tak wysoko i nie stawiały
takich wymagań, jak to ma najczęściej miejsce dzisiaj.
Jak wyglądało moje życie, gdy miałam osiemnaście, dwadzieścia
lat?
Byłam bardzo spontaniczną, wesołą, radosną i wysportowaną osobą.
Gdy miałam dziesięć, dwanaście lat, żadne drzewo nie było dla mnie za wysokie -
musiałam się na nie wdrapać, żadna woda za głęboka - tak żebym do niej nie
wskoczyła. Wszystkie rodzaje sportów, które wtedy istniały włączałam w swoje
życie: czy to piłka ręczna, biegi długodystansowe, wyścigi czy gimnastyka na drążku
lub na kółkach - wszystkie powszechne wtedy dyscypliny sportu były częścią mojego
życia. Moja żywiołowość i radość życia podobnie jak siła ciała i dynamika
znajdowały w tym odpowiednią formę wyrazu. Zawsze miałam wielu przyjaciół, ale
także wiele życzeń, np. życzyłam sobie, żeby, kiedy będę dorosła, mieć własny
dom i własną rodzinę. Czy w to wierzysz czy nie, młodzież nie śmiała wtedy marzyć
o samochodach czy motorach, jakie dzisiaj macie, ale moim największym życzeniem był
nowy rower, gdyż zajeżdżałam dobrze utrzymany rower mojego ojca. Ten, jak wszystkie
męskie rowery, miał ramę, która dla mnie była za wysoka i przez którą nie mogłam
tak szybko przełożyć prawej nogi. Szalałam więc na rowerze leżąc na nim niemal
skośnie z prawą nogą przełożoną pod ramą, żeby dosięgnąć stopą pedału. Zanim
złapałam równowagę, często lądowałam z rowerem na ziemi. Moje kolana były często
bardziej pozdzierane niż rower, na którym rzecz jasna, te wypadki też pozostawiały
ślady. Mój ojciec nie był z tego zbyt zadowolony i twierdził, że powinnam brać rower
mojej mamy, ale to był stary grat, tak wysoki, że nie mogłam dosięgnąć siodełka. Za
pieniądze otrzymane w czasie nauki zawodu kupiłam później własny rower, z którego
byłam bardzo dumna.
Siedemnaście, osiemnaście lat to był wiek, w którym odwiedzało
się lokale taneczne. Wtedy nie istniały u nas jeszcze kursy tańca; podglądało się
kroki taneczne u starszych. Także karnawał był dla nas, młodych, wspaniałą okazją
do poznania przyjaciół, z którymi chodziło się tańczyć, co oczywiście znaczyło,
że trzeba było dać do uszycia "sukienkę koktajlową" - czyli sukienkę do tańca.
Jak wiesz wzrastałam w małym miasteczku, w którym wszystko musiało
być grzeczne i przyzwoite. Przyjaźnie z chłopcami pozostawały najczęściej
przyjaźniami. Nie przeradzały się w seks - przynajmniej w moim przypadku, gdyż byłam
dzikuską, która mniej zwracała się ku romantycznym marzeniom lub szła za
jakimikolwiek uczuciami, a dużo bardziej oddawała się sportom, a szczególnie
pływaniu. Lubiłam jednak także towarzystwo. Kiedy spoglądam na dzisiejsze życie i
przekładam je na tamten czas, kiedy miałam szesnaście, dwadzieścia lat i ważę
dzisiaj moje ówczesne życie uczuciowe, to jest bardziej niż prawdopodobne, że i ja
chodziłabym teraz do dyskotek, na koncerty na otwartym powietrzu i inne proponowane
imprezy.
Jeżeli natomiast przenoszę swoją dzisiejszą duchową wiedzę w
tamten czas, między osiemnastym a dwudziestym rokiem życia, to wyłania się typ młodej
Gabrieli, która by wszystko ważyła i mierzyła, a nie orientowała się na tłum. Mój
wrodzony pociąg do wolności i umiłowanie prawdy przyczyniłoby się do wewnętrznej
niezależności i szczerej samoświadomości i prawdopodobnie pomogłoby mi wcześnie
uzyskać pewnego rodzaju suwerenność. Także w moim późniejszym małżeństwie i w
rodzinie żyłabym zupełnie inaczej niż katoliczka Gabi, która nie miała pojęcia o
najsubtelniejszych prawidłowościach Bożych, które właśnie małżeństwo i rodzinę
czynią wartościowymi.
Ponieważ nie wiedziałam zbyt wiele o Wewnętrznym Życiu, a więc o
duchowych wartościach i prawach, wiele zrobiłam źle - także z moimi przyjaciółmi, a
później w małżeństwie i rodzinie. Gdybym wtedy wiedziała to, co wiem dzisiaj o
boskich prawidłowościach, to w żadnym przypadku nie stałabym się naśladowcą, jakim
była w różnych dziedzinach Gabriela, młoda dziewczyna, ponieważ inaczej nie
potrafiła. To właśnie naśladownictwo doprowadzało mnie często do zawirowań i
wywoływało sprzeczki, niezadowolenia i niezgodę. Jako młody człowiek z duchową
wiedzą nigdy bym się nie związała, szczególnie z ludźmi i z własnym partnerem. Nie
wykorzystywałabym go do swoich własnych celów. Dążyłabym i starałabym się być w
związku równorzędnym partnerem, który z towarzyszem swego życia może o wszystkim
porozmawiać. Moim dzieciom także pozostawiłabym wolność i nie wiązałabym ich do
siebie; starałabym się prowadzić je a nie wychowywać, jak to wtedy było w zwyczaju.
Jestem Wagą, a więc typem bardzo towarzyskim. Tak więc gdybym dziś była młoda
miałabym na pewno przyjaciół, ale nie nawiązywałabym "przyjaźni", tego
powierzchownego, często dla własnych celów, zewnętrznego "bycia razem".
We wszystkich sytuacjach już wtedy była dla mnie ważna wierność.
Wierność jest przeciwieństwem związania. Dochować wierności oznacza być wolnym.
Dochowanie wierności to także dzisiaj wolność, która daje mi możliwość mówienia o
wszystkim, jeżeli nie bezpośrednio to pośrednio - zależnie od partnera w rozmowie, od
tego, co jest on gotowy przyjąć, ile może znieść i przepracować.
Młody człowiek:
Gabrielo,
kiedy opowiadałaś o swojej młodości bardzo spoważniałem. Trudno mi wczuć się w
czas twojej młodości po drugiej wojnie światowej, bo nie przeżyłem takiego czasu. Tu
mogę stwierdzić, że ten, kto nie brał w tym udziału, nie może też wczuć się w
przeżycia drugiego człowieka, który np. przetrwał czas wojny lub czas po wojnie.
Rozumiem w tym miejscu naukę Chrystusa Bożego mówiącą, że ten, kto nie ma
doświadczenia albo świata programów wobec danej sytuacji lub innych rzeczy, nie może w
tych punktach zrozumieć innych.
Musiałem się śmiać, kiedy tak żywo opowiadałaś o swojej
młodości, o eskapadach na rowerze, wspinaniu się na drzewa i jak opisywałaś swoje
sportowe życie włącznie z uczciwym stwierdzeniem, że przez ukształtowaną po
katolicku niewiedzę odnośnie duchowo-bożych prawidłowości wiele zrobiłaś źle.
Teraz jest dla mnie jasne, jak to się dzieje, że potrafisz tak dobrze wczuć się w nas,
młodzież dzisiejszych czasów. Naświetliłaś swoją młodość z punktu dzisiejszej
boskiej wiedzy, boskiej mądrości, żeby lepiej móc zrozumieć nas, dzisiejszą
młodzież. I tak możesz być w wielu sytuacjach pomocna nam, młodym, z twojej wiedzy -
mam na myśli z mądrości. Za twoje rady i twoją pomoc jesteśmy bardzo wdzięczni.
Prorok:
Chętnie
pomagam mojemu młodemu rodzeństwu. Wprawdzie mogę wam dać pewne rady, pewną pomoc,
zaproponować je - ale to, czy je przyjmiecie pozostaje w rękach każdego z was. Przede
wszystkim czynić, urzeczywistniać, a więc wnieść w prawdziwą realność - to każdy
musi zrobić sam. Obowiązuje to każdego, czy to młodego, czy starszego, na bazie prawa
wolnej woli.
Młody człowiek:
Czy
mogę ci postawić następne pytania z długiej listy, którą ze sobą przyniosłem?
Jeżeli z rozwiniętą boską mądrością w tobie wczuwasz się w
swoją młodość, to powiedz co robiłabyś po pracy, jakie miałabyś zainteresowania?
Jak, jako młody człowiek, próbowałabyś zmienić świat?
Prorok:
Odnośnie
pierwszego pytania:
"Co robiłabym jako młody człowiek po pracy?"
Za moich czasów po pracy nie zostawało tak dużo wolnego czasu jak
dziś. W zasadzie codziennie pracowało się do osiemnastej lub osiemnastej trzydzieści,
w soboty do czternastej albo piętnastej. Ale pytasz jak bym się zachowała, gdybym dziś
była tak młoda jak ty i miała duchową wiedzę.
Ważne byłoby dla mnie zrobienie po dniu pracy bilansu dnia i
zważenie siebie samej na wadze uczuć: co było dziś w miarę dobre, co mniej dobre, a
co może nawet podłe. Tym trzem aspektom - dobremu, mniej dobremu i podłemu -
pozwoliłabym przede mną przedefilować. Cieszyłabym się z dobrego i umacniałabym to w
mojej świadomości przez potwierdzanie. To niedobre dokładniej bym obejrzała za pomocą
pytania: Co leży w mojej podświadomości? Co wciąż na nowo robi kawały mojej
świadomości, a więc mi? Musisz bowiem wiedzieć, że podświadomość można porównać
do zabójcy, który czai się, żeby "zabić", a więc usunąć dobre zalążki w
świadomości i w związku z tym pociągnąć w to, co niedobre. Podłości
przeciwstawiłabym się wszystkimi dostępnymi mi siłami, przede wszystkim siłą
Chrystusa Bożego, a więc obejrzałabym ślad aż do korzenia, żeby z pomocą Ducha
Chrystusowego to wyrwać. To właśnie to podłe może nas doprowadzić do czynów,
których świadomie wcale nie chcemy. Podłość jest więc wielkim mordercą, który bez
przerwy czyha, żeby zabić nasze dobre postanowienia i poprowadzić nasz rozwój w
stronę negatywną.
Z pomocą Chrystusa Bożego robiłabym więc podsumowanie dnia i
szłabym drogą, którą pokazał nam Jezus z Nazaretu: Rozpoznaj swoje grzechy,
pożałuj, oczyść je i nie czyń ich więcej. Decydujące jest nie czynienie więcej. Do
tego potrzebujemy pewnej porcji siły, żeby utrzymać boskie prawidłowości w
świadomości, bo zabójca, podświadomość, w którym jeszcze są zakorzenione i żywe
zło i podłość, próbuje zawsze schwycić świadomość, a więc doprowadzić do
powtórzenia starych obciążeń, tego co niedobre, co obciąża naszą duszę, naszą
prawdziwą istotę. Tak, jak postępowałabym z dzisiejszego punktu widzenia w swojej
młodości, tak postępuję również teraz, w tym wieku: codziennie robię podsumowanie
dnia.
Młody człowiek:
Czy można by
nazwać tego zabójcę, podświadomość, "kusicielem"?
Prorok:
Masz
całkowitą rację. Dokładnie wygląda to tak:
Nasze nie przezwyciężone, niezgodne z Prawem programy, a także
pozytywne programy są zakodowane w podświadomości. Najpierw podświadomość wciąż na
nowo daje impulsy świadomości z zakodowań, żeby myśleć tak samo lub podobnie, gdyż
to, co negatywne, co najczęściej przeciąża podświadomość pragnie dalszej negatywnej
energii. "Kusiciel", to co negatywne w podświadomości, wciąż na nowo nakłania
więc podświadomość do takiego samego, niezgodnego z Prawem myślenia. Jeżeli
człowiek, świadomość, odpowiednio do tego postępuje, to dodaje dalsze potencjały
negatywnej energii do podświadomości, do tego, co już jest tam zakotwiczone. Jeśli
"kusicielowi" udaje się za każdym razem doprowadzić świadomość do sprzecznego z
Prawem czynu, to podświadomość coraz bardziej wypełnia się tymi energiami. O ile nie
zostaną one zburzone, pewnego dnia podświadomość zostanie zapełniona danymi w tym
zakresie.
Jeżeli człowiek stale podlega "pokuszeniu" - sprzecznym z Prawem
impulsom z podświadomości - a więc jest im posłuszny, to żywi ten grzeszny kompleks
energii, ożywia go i buduje go tak, że ten staje się coraz mocniejszy. Jeśli w końcu
podświadomość zapełniła się w tym zakresie danymi, staje się władcą, a więc
także sprawcą, to znaczy podświadomość ma władzę nad świadomością i decyduje
teraz za człowieka, żeby zrobił to czy owo - panuje nad człowiekiem. On jest wtedy
napędzany i - odnośnie tych grzesznych mechanizmów - nie jest już panem samego siebie.
Moglibyśmy też powiedzieć, że podświadomość jest teraz
autonomiczna. Człowiek robi to, co przez długi czas wkładał w podświadomość.
Jeżeli teraz człowiek odnośnie tej specjalnej słabości, tej
grzesznej skłonności, zrobi jakieś dobre postanowienie, to znajduje się ono najpierw w
świadomości. Ponieważ jest ona jednak równocześnie pozbawiona władzy, nie może już
prawie nic przedsięwziąć przeciw przerośniętemu zakodowaniu w podświadomości.
Obiekcje i skrupuły ze świadomości nie mają już siły - człowiek nie może utrzymać
swojego pozytywnego postanowienia czynienia tego, co dobre. "Zabójca",
podświadomość udaremnia więc krok w pozytywnym kierunku. "Zabija" to, co dobre, co
człowiek sobie postanowił - człowiek nie może więcej spełnić swoich dobrych
postanowień.
Świadome zakończenie dnia służy między innymi temu, żeby
rozpoznane negatywy, także te aktywne w podświadomości, przeanalizować, a więc
znaleźć korzeń tego, wyrwać go i nie czynić tego już więcej zanim zapełni się
podświadomość. To dobre, pozytywne, musimy sobie wciąż na nowo kodować, aż
"zaskoczy" nasz pozytywny program, np. jakieś przykazanie Boga.
Wracając do twoich pytań.
Co robiłabym dzisiaj jako młody człowiek?
Urzeczywistniałabym wszystko to, co grałoby mi w duszy, jak np.
malowanie, pływanie, uprawianie sportu, np. grę w tenisa, lub inne dyscypliny sportowe,
które teraz istnieją, ale przy których nie byłabym zależna od innych. Nie
uprawiałabym np. sportu wyczynowo, żeby zarabiać w ten sposób pieniądze. Po pierwsze
sport wyczynowy przeciążyłby moje życie uczuciowe, a po drugie byłabym zależna od
trenera, a także od ludzi, którzy płaciliby za moje treningi i również w dużym
stopniu od publiczności, która miałaby mnie dopingować, żebym osiągała coraz
większe sukcesy.
Dbałabym o krąg moich przyjaciół spotykając się z nimi, żeby
razem coś zrobić albo porozmawiać. Gdybym weszła w bliższy związek, dążyłabym do
tego, żeby wszystko rozpatrywać z punktu widzenia mojej wysoko cenionej wolności, a
więc nie wiązałabym się nigdy życzeniami - także gdyby były to życzenia seksualne
- obojętnie czy byłyby to życzenia moje czy drugiej osoby. Moja wolność byłaby dla
mnie najważniejsza z czego wynika, że dawałbym także wolność moim bliźnim. Nie
zmuszałabym ich do niczego, nie namawiałabym, również wtedy, gdyby napierały na mnie
moje seksualne życzenia. To byłaby dla mnie okazja, żeby wyjaśnić skąd bierze się
ten popęd, a więc do zbadania, co leży u podstawy moich naciskających życzeń.
Poza tym byłam i jestem osobą muzykalną. Uczyłabym się grać na
instrumencie, który odpowiada moim zdolnościom. W czasie wojny, gdy byłam jeszcze
dzieckiem, uczyłam się grać na diatonicznym instrumencie. Ponieważ był używany,
musiał być wciąż na nowo reperowany i strojony. Z czasem nie można już było dostać
części zamiennych i musiałam przerwać naukę. Później, jako młoda kobieta,
zaczęłam ćwiczyć grę na fortepianie, a potem przyszło prorocze orędzie. Znów
odłożyłam ćwiczenie. Nie zrezygnowałam jednak z muzyki i w wieku około
pięćdziesięciu lat znów zaczęłam sama się uczyć i sama ćwiczyć. Tak że jeszcze
dzisiaj gram co jakiś czas na fortepianie, oczywiście tylko w domu. Chętnie bywam też
na harmonijnych koncertach. Sam widzisz, że wiek nie stawia muzyce żadnych granic.
Pytasz czy jako młody człowiek z dzisiejszą duchową wiedzą
próbowałabym zmienić świat?
Dlaczego nie? Nie wychodziłabym jednak na ulicę, żeby protestować,
nie zbroiłabym się specjalnie, żeby wywołać u innych ludzi lęk i przerażenie. Moim
założeniem byłoby zmienić najpierw siebie samą. Osiągnąć jasność czego naprawdę
chcę i czy cel mojego życia mógłby się przyczynić do stworzenia lepszej, duchowo
suwerennej i szczerej społeczności. Nie oddawałabym się utopijnym wyobrażeniom, ale
stawiałabym sobie jasne i bliskie życiu etyczno-moralne cele, do których osiągnięcia
potem także bym dążyła.
Wiesz drogi Marcinie, ten, kto w drobiazgach zaczyna sam
urzeczywistniać wyższe etyczne wartości, a więc sam siebie zmienia, a nie tylko
pragnie zmienić innych, staje się dobrym przykładem i z czasem przyciąga tych ludzi,
którzy chcą tego samego. Nie możesz wpłynąć na to czy oni dotrzymają potem swoich
postanowień, ale wciąż na nowo będą między nimi ludzie, którzy będą postępować
podobnie jak ty i w ten sposób znajdować wartości, które obyczajne społeczeństwo
uczynią zdolnym do życia i ustabilizowanym.
Młody człowiek:
Gabi, co byś
zrobiła, gdyby cię ktoś zaczepiał albo gdyby często przychodziła do ciebie
klientka, która zapraszałaby cię na kawę, a ty widziałabyś, że ma na myśli coś
innego. Nie mogę jej przecież ciągle odrzucać. Jak ty byś się zachowała i co
radzi tu boska mądrość?
Prorok:
Mówiąc
o zaczepianiu masz z pewnością na myśli chwile, kiedy ktoś robi głupie uwagi, a
zarazem naciska. Człowiek, który posiada odrobinę rozsądku i mądrości, puściłby
takie "próby" mimo uszu, albo jasno by powiedział, co o tym myśli. Musimy się
nauczyć rozpoznawać, że każdy człowiek ma inny stan świadomości i zaprogramował i
programuje swoją świadomość i podświadomość, swoje ciało oraz duszę odpowiednio
do swoich uczuć, odczuć, myśli, słów i czynów. Programy każdego człowieka są
stanem jego świadomości. Odpowiednio do tego czuje on, odczuwa, myśli, mówi i czyni.
To oznacza, że nikt nie jest w stanie zrozumieć do końca drugiej osoby, bo każdy z nas
ma inny stan świadomości. Jeśli będziemy tego pewni i to rozpoznanie stanie się nam
bliskie w życiu, to będziemy się o wiele mniej denerwować, kiedy ktoś inny, jak
mówisz, "stawia nas w głupiej sytuacji". Znasz przecież także prawo
odpowiedników: To, co denerwuje mnie w innym, lub coś podobnego noszę sam w sobie.
Mówisz, że klientka często zaprasza cię na kawę, a ty czujesz, że
ma przy tym coś innego na myśli. Masz rację twierdząc, że nie możesz jej ciągle
"oblewać zimną wodą". Nie można odrzucać zaproszenia bez istotnej przyczyny. Jak
byłoby gdybyś ty zaprosił klientkę na kawę, ale jednocześnie poinformował ją, że
zabierzesz ze sobą kilku przyjaciół. To, jak ta klientka się zdecyduje, musisz
pozostawić jemu. Z tego potem możesz wyciągnąć własne wnioski.
Młody człowiek:
W
swoich notatkach mam jeszcze bardzo dużo pytań. Przeczytam następne:
Dla nas, młodych ludzi, istnieją bardzo silne trendy mody:
kolorowe włosy, kolczyki, ciuchy z lat siedemdziesiątych i markowe ubrania, które
każdy "musi" mieć. Co ty byś zrobiła? Czy też biegałabyś z zielonymi włosami,
w dzwonach i na koturnach, czy nosiłabyś białą zwiewną szatę?
Prorok:
Mogę
dobrze wczuć się w moje uczucia jako młodego człowieka. Także wasz świat odczuć nie
jest mi obcy. Ponieważ w każdej sytuacji powinna być zachowana wolna wola chcę tylko
globalnie poruszyć to, co dominuje u dzisiejszej młodzieży. Nie chcę więc was
zmieniać. To musi wypłynąć z każdego z osobna.
Jak zachowywałabym się w młodości, gdybym wtedy miała dzisiejsze
możliwości i znała aktualne trendy mody, a brakowałoby mi wiedzy o prawidłowościach
Bożych? Z pewnością także stałabym się naśladowcą, który zachowywałby się
podobnie jak wiele dzisiejszej młodzieży, żeby ostatecznie nie zostać z boku, bez
przyjaciół. Modzie na kolczyki na pewno bym się nie poddała, bo kłucie i uderzanie,
nawet jeżeli są to tylko rozmaite nakłucia nosa czy policzków, nigdy mi się nie
podobało. Takie naznaczanie swojego ciała na dłuższą metę nigdy mnie nie
pociągało. Nie nosiłabym białej "zwiewnej" szaty i nie noszę jej także dzisiaj,
gdyż ten, kto chce wyróżnić się z grupy przez przebranie, ma coś do ukrycia. Chce
wyglądać inaczej, niż naprawdę jest i to, jaki jest, chce zakryć wszystkimi
możliwymi trikami. Dlatego ubiera się w sposób wyróżniający go z ogółu.
W żadnym wypadku nie chciałabym pouczać was, młodych, gdyż każdy
człowiek powinien sam dotrzeć do korzeni swoich uczuć, myśli i życzeń, które
wpływają na niego, żeby zmienił się na zewnątrz. Co chce on tym osiągnąć? Gdybym
w mojej młodości miała wiedzę o boskich prawidłowościach, to z pewnością nie
stałabym się naśladowcą, gdyż duchowo-boska wiedza daje zarówno młodym jak i
starszym możliwość analizowania podłoża własnego zachowania, opracowania tego,
przezwyciężenia, a przez to stania się niezależnym i wolnym. Zbadajmy teraz wspólnie
podłoże noszenia kolorowych włosów, kolczyków, rzeczy z lat siedemdziesiątych i
markowych ubrań, które każdy "musi" mieć. Zacznijmy od natury.
Człowiek jest ciałem natury, które składa się z wody i ziemi.
Kiedy patrzymy na naturalne ciało ziemi rozpoznajemy, że zmienia się ono tylko
zależnie od pór roku. Wiosną przyroda się budzi; kwitnie. W lecie przeżywamy
stopniowe dojrzewanie owoców, a jesienią wycofywanie się soków. Zima przynosi okres
spokoju i tu i ówdzie białą suknię - śnieg. Zmiany w przyrodzie dokonują się bez
udziału człowieka, a więc w cyklach. Kiedy człowiek wkracza w naturalne procesy przez
krzyżowanie, manipulację genami i jak to ostatnio się dzieje także przez klonowanie,
to może zmienić zewnętrzne formy przyrody, ale podstawowe cechy charakterystyczne,
duchowo-boskie struktury pozostają.
Co jest motywem człowieka, który zmienia swoją naturę, co leży u
podstaw tego kroku? Dlaczego człowiek wyrzeka się swojej istoty, dopasowuje się, ugina,
przejmuje obce programy, zamiary innych i wkłada mnóstwo energii w to, żeby wyglądać
inaczej niż w rzeczywistości. Ponieważ człowiek rzadko analizuje swoje wzory i sposoby
postępowania, żeby rozpoznać siebie samego, staje się naśladowcą albo opozycjonistą
wobec jednostek albo społeczeństwa.
Wielu młodych ludzi można zaliczyć do tej kategorii. Niektórym
młodym nie podoba się to, jak zachowują się np. ich rodzice, co myślą i co mówią.
Także społeczeństwo, w którym dana osoba żyje, w pewnych aspektach "zachodzi mu za
skórę". Ponieważ młody człowiek ze swoimi wyobrażeniami, zamiarami i mniemaniami
nie jest przyjmowany przez rodziców i inne osoby, z którymi się spotyka, oraz przez
społeczeństwo, ponieważ doświadcza odrzucenia jako niekompetentny, niedoświadczony i
niezrozumiany, oponuje na początku słowami, gestami i sposobem zachowania. Później,
kiedy musi rozpoznać, że mimo to nie może przeforsować swoich wyobrażeń i mniemań,
zaczyna się buntować i ubiera się często jak buntownik. Niejeden myśli: skoro nie
jestem wysłuchiwany i nie mogę postawić na swoim, a więc skoro nie jestem poważany
jako ten, kim jestem, to oni muszą zobaczyć po prostu "jaki jestem" i w ten sposób
okazać mi szacunek. Dlatego często farbuje się włosy na kolorowo i włącza się w
grupę - przez naśladownictwo, opierając się na zasadzie, że jedność daje siłę -
razem z wieloma innymi rówieśnikami, za pomocą wspomnianych rzeczy z lat
siedemdziesiątych: butów na koturnach, przez odbiegające od normy sposoby zachowania
itp. itd.
Młody człowiek:
Czy
mogę coś do tego powiedzieć? My, to znaczy młodzi, których znam bliżej, mamy wszyscy
wrażenie, że to nie jest dobre, Gabi. Ale co powinno się robić? Jak to powinno
i w ogóle może przebiegać inaczej? To jest pytanie, na które nie znajdujemy
odpowiedzi.
Prorok:
Przyroda
ukazuje nam niewynaturzony i prostolinijny bieg naszego życia. My, ludzie, chcemy często
decydować o przebiegu naszego ziemskiego życia i zachowujemy się pod wieloma względami
jak klowni, którzy w kolorowych strojach pokazują się publiczności. To dotyczy nie
tylko młodzieży, ale przede wszystkim tych, którzy chcą być dorośli i którzy
twierdzą, że są wyrobieni towarzysko.
Przyjrzyjmy się porom roku. Wiosna nie chce być latem, a lato nie
chce być wiosną. I jesień nie chce być latem, a zima nie chce być jesienią. Wielu
ludzi sądzi jednak, że muszą być wiosną, kiedy są na półmetku swego życia, a
więc w lecie lub późnym lecie. Odpowiednio do tego się stroją. Wybierają dla siebie
fryzurę lub strój, który odpowiada młodości, wiośnie, a nie człowiekowi w kwiecie
wieku, w lecie. Ten, kto stoi w jesieni życia, chce często przywołać wiek średni,
lato; dlatego farbuje włosy i wkłada taką odzież, która jest stworzona dla młodych
ludzi, zamierzając w ten sposób się odmłodzić. Dla takiego człowieka nie gra roli
fakt, że przez to ukazuje ewentualnie swoją niedojrzałość. Dla niego ważne jest,
żeby wyglądać na to, czym nie jest. Ten, kto przeżywa zimę życia, kogo włosy są
już białe jak śnieg, często nie chce tego przyjąć. Ma nadzieję, że uda mu się
ukryć ślady jego wieku, żeby przywołać jeszcze przynajmniej jesień. Przykrywką są
wtedy ufarbowane na brązowo lub czerwono włosy, gruby makijaż i ubrania, które choć
trochę mają pokazać to, czego ostatecznie już nie ma: zgrabną nogę w ładnym bucie.
To, co widać, to stara noga, często pokryta żylakami, wciśnięta w buty, które
ozdabiałyby tylko nogi człowieka młodszego.
Droga młodzieży, nie jesteście więc sami ze swoim dążeniem
odbijania się od społeczeństwa. Istnieje przysłowie, które brzmi: "Niedaleko pada
jabłko od jabłoni". Czy chcecie podporządkować się temu zdaniu? Czy też chcecie
zmienić je ruszając w drogę z innym hasłem, np.: "Nie spadniemy blisko naszych
jabłoni".
Dla was, młodych, mogłoby być warte zastanowienia np. coś takiego:
Jeżeli człowiek szanuje siebie samego, to dba także o swoje ciało i
odpowiednio się ubiera. Nie ma nic złego w dżinsach i swetrach, ale noszonych zawsze we
właściwym czasie. Schludne ubranie może być preferowane tylko przez człowieka
zwracającego uwagę na estetykę, którego ciało jest zadbane. Taki człowiek będzie
się też porządnie, a więc schludnie ubierał. Jeżeli szanujesz siebie żyjąc
świadomie, to zwracasz uwagę na to, co myślisz, kontrolujesz swoją mowę i jesteś
zawsze świadomy tego, że swoim czuciem, myśleniem, mówieniem i postępowaniem, a
także wszystkimi swoimi życzeniami i pragnieniami stwarzasz swój własny, ludzki obraz,
którym oddziałujesz na bliźnich.
Dlaczego właściwie ludzie w każdym wieku się przebierają? Dlatego,
że rzadko człowiek żyje w teraźniejszości i wykorzystuje swoje dni i godziny. Ten,
kto w wiośnie swojego życia nie wykorzystuje dni wiosny, tworząc wewnętrzne wartości,
a więc dążąc do wyższej etyki i moralności i podejmując się nauki obyczajów, ten
traci siebie samego i wpada w samozatracenie.
W ten sposób taki człowiek marnotrawi zawartości swojego życia,
które przyniósł na ten świat w ciągłym zastanawianiu się czego chce, a czego nie ma
i być może także nigdy nie uzyska. Wtedy czepia się np. telewizji, żeby w myślach
zamienić się na role z jakimś aktorem, gdyż chce być taki, jakiego tamten również
tylko gra. Albo szuka swojego "zbawienia" w komputerze przetrząsając Internet w
poszukiwaniu tego, co świat może zaoferować, i gdzie mógłby się podłączyć, aby
dostać namiastkę tego, co leży w świecie jego potrzeb i życzeń. Dodatkowo zmienia
się jego wygląd zewnętrzny, ewentualnie przez przebranie i przesadę w zachowaniu.
Ponieważ więc bardzo niewielu ludzi świadomie przeżywa po kolei
etapy swojego życia, ponieważ niewielu przezwycięża i wypełnia to, co przynosi im
energia dnia, większość ciągle dąży do przywołania czegoś, co już od dawna jest
przeszłością. Ponieważ nie chcą się temu przyjrzeć, sądzą, że kiedy się
przebiorą, może jeszcze coś powróci.
Droga młodzieży, czy chcecie wyrosnąć na takie same jabłonie,
jakimi starzy byli przez całe pokolenia i nadal są? Czy chcecie wziąć swoje życie w
rękę podejmując się nauki obyczajów i przyswajając sobie wyższe etyczno-moralne
wartości? Wtedy potoczycie się daleko od jabłoni. Przez was i ostatecznie z pomocą
Ducha Bożego powstanie wtedy wartościowe chrześcijańskie społeczeństwo, które jest
dla życia, ukazujące się każdego dnia na nowo, a także dla życia królestw przyrody.
Z tego wynika jedność ze wszystkimi pozytywnymi siłami nieskończoności i równość
między ludźmi. Wtedy znikają nadmierne bogactwo i opłakana bieda.
Jeżeli obserwujemy nasze dzisiejsze społeczeństwo, do którego
należą także rodzice, patrząc z punktu boskich prawidłowości i zgodnego z Prawem
przebiegu procesów w naturze, to znajdujemy zamkniętą społeczność urabiaczy opinii i
tych, którzy urabiać się dają, tak zwanych dorosłych, którzy jednak nigdy nie
dorośli, gdyż także oni stali się naśladowcami i klownami, żeby móc "zaistnieć w
towarzystwie". Jeśli młodzież zaczyna "brykać", wyrywa się ze skostniałych
układów, to społeczeństwo kręci tylko głową, a niejeden patrzy potępiająco na
tych, którzy np. mają niezwykłą fryzurę albo kolorowe włosy, noszą "ciuchy" z
lat siedemdziesiątych, dzwony, koturny i inne rzeczy. O to jednak, co się za tym kryje,
nie pyta prawie żaden z tych nałogowo szukających akceptacji, gdyż oni, jak to
przedstawia obraz przyrody, nie znajdują się na właściwym etapie swojego życia, w
swojej rzeczywistości, ale w przebraniu.
Z ręką na sercu mój drogi: Jeszcze nie wszystko się w was
wypaliło, podobnie jak w szukających akceptacji towarzystwa dorosłych. Dlatego często
młodość i starość ścierają się z powodu różnych poglądów i wyobrażeń. I tak
niejeden młody człowiek, który wcześniej buntował się przeciw stosunkom towarzyskim
i ludziom nałogowo szukającym akceptacji i towarzystwa, stał się w wieku około
trzydziestu lat konformistą i oportunistą. Włączył się w towarzystwo, w jego reguły
gry i jego pozorną moralność i stał się jednym z tych, którzy polowali i polują na
uznanie, na sukces, władzę i pieniądze. Właściwie dlaczego?
Jeżeli przeanalizujemy życzenia młodzieży, które najczęściej z
racji braku doświadczenia nie są wyważone, ale raczej są mrzonkami, to rozpoznamy, że
młodzi chcą rzeczywiście coś zmienić, ale nie mają doświadczenia, jak można by to
przeprowadzić. Również większość rodziców i wielu faworytów społeczeństwa z ich
trendem pięcia się w górę nie może prowadzić dzisiaj młodych ludzi, gdyż sami nie
znają jakości życia, które czynią społeczeństwo stabilnym i kształtują jego
jakość, i których ogół społeczeństwa potrzebuje we wszystkich zakresach życia.
Każdy z żądnych pozycji w towarzystwie chce dobrze tylko dla siebie, zgodnie z zasadą:
"Wszystko dla mnie - inni są mi obojętni".
Mimo że w naszym społeczeństwie wiele mówi się o miejscach pracy i
pomocy dla młodzieży i w związku z tym także trochę zrobiono, to jednak brakuje bazy,
na której młody człowiek mógłby budować. Należałoby np. nauczyć się rozumieć
młodego człowieka i jego cech charakteru. Należałoby znaleźć przyczyny jego
gorącego protestu, przez który oponuje on zewnętrznym zachowaniem. Należałoby pojąć
dlaczego jako młody włącza się między młodych, a dlaczego później, w wieku około
trzydziestu lat, pozwala się włączyć w pozornie wszechwładne, egoistyczne
społeczeństwo. Dlaczego rezygnuje ze swoich istniejących przynajmniej w zaczątku
ideałów i wartości, jak równość i wolność i włącza się w trwający od
tysiącleci "trend mody": "Ja! Ja! Ja! Wszystko tylko dla mnie!"
Wielu młodych ludzi wierzy w reinkarnację i uświadamia sobie, że
najróżniejsze cechy charakteru człowieka są odziedziczonymi lub przyniesionymi z
wcześniejszych inkarnacji zakodowaniami. Każdy przynosi inne nazbyt ludzkie atrybuty w
to ziemskie życie. To, co w człowieku jest aktywne z jego zbyt ludzkich cech charakteru,
kształtuje zarówno dorosłych jak i młodzież.
Zarówno młodzi, jak i dorośli poddają się - w większym lub
mniejszym stopniu - zewnętrznej unifikacji. Każdy jest zdania, że jego wartości będą
służyć celom społeczeństwa. Jeżeli spojrzymy poza ten mechanizm unifikacji, to
poczujemy w jakim to idzie kierunku. Albo pragnie się, jeśli to możliwe, większego
kawałka tortu - społeczeństwa, albo chce się kimś zostać, albo utrzymać swoją
pozycję i w miarę możliwości ją jeszcze rozbudować. Człowiek żądny pozycji w
towarzystwie rzadko stawia sobie pytanie czy to, do czego dąży, jest moralne czy nie.
Niejeden myśli: Obojętnie jak jest, czy to unifikacja czy nie, "ważne żeby mnie
przypadł największy kawałek społecznego tortu".
Gdybym dzisiaj była młoda i miała ten wgląd, a zarazem wiedzę o
duchowych, wyższych etyczno-moralnych wartościach, to na pewno starałabym się
rozumieć bliźniego, przyjmować go, zamiast go poniżać. Nie stawiałabym się ponad
nim, ale stałabym u jego boku, to znaczy starałabym się być wobec niego życzliwa i
tolerancyjna, a więc stosować to, co jest już powiedziane w Kazaniu na Górze: "Co
chcesz, aby ci inni czynili, uczyń im pierwszy". Z pewnością odcięłabym się wtedy
od trendu naśladownictwa i zachowywałabym się i ubierała tak, jak podpowiadałyby mi
szlachetne i moralno-etyczne wartości. Odpowiednio do mojej dzisiejszej duchowej wiedzy -
"podobne przyciąga zawsze podobne" - byłabym także świadoma, że znajdę
przyjaciół, którzy dążą do czegoś takiego lub podobnego jak ja.
Jedynie w świadomości i w wypełnieniu boskich prawidłowości
młodzież może zbudować etyczno-moralne wartościowe społeczeństwo, które nie tylko
pielęgnuje wzniosłe myśli o wspólnym dobru i pięknie o tym mówi, ale także aktywnie
tworzy wspólne dobro dla wszystkich, co oznacza, że nie może być poważnych różnic
między bogatym i najbiedniejszym. Młody człowiek, który wypracowuje swoje wewnętrzne
wartości leżące w każdym człowieku, nie włączy się wtedy, mając ponad
trzydzieści lat, w egoistyczne społeczeństwo z jego pretensjami do władzy i myśleniem
o własnych korzyściach.
Rzućmy jeszcze raz krótkie spojrzenie na przyrodę. Wiosna to
młodość. Żaden liść i żaden kwiat nie będą z własnej chęci zmieniać koloru.
Są piękne takie, jakie są. Żadne zwierzę nie daje sobie farbować sierści albo w
inny sposób zmieniać swojego gatunku. Jest takie, jakie jest, i takie jest piękne.
Jeśli młody człowiek ubiera się tak, jak to odpowiada jego typowi i jego rozwijającym
się wewnętrznym wartościom, to daje tym wyraz swoim młodzieńczym cnotom i wartościom
charakteru. Lato, dojrzałość, a także rozpoczynający się czas zbiorów, symbolizuje
wtedy człowieka, który dysponuje umiejętnościami i zdolnościami, a więc
ukształtowanymi wartościami zawodowymi, które przyswoił sobie przez pilność i
wytrwałość, oraz przez ukierunkowanie na wspólnotę i przez uznanie i przestrzeganie
etycznych i moralnych zasad. Tacy ludzie są aktywni w życiu zawodowym i przyniosą owoce
- nie myślą oni tylko o sobie, ale o dobru wszystkich. Są bogaci w wewnętrzne
doświadczenia i mają dobre cechy charakteru. Przedkładają prawdziwe dobro ogółu nad
przesadne garnięcie dóbr dla siebie. Tacy ludzie nie tylko mówią o dobru ogółu, ale
także włączają się w to, żeby wszystkim ludziom wiodło się na tyle dobrze, na ile
oni sami dążą do służenia wspólnemu dobru i do przyczyniania się do niego.
Każdy z nas wie, że ten, kto szkodzi wspólnemu dobru, szkodzi sam
sobie; wyłącza się stopniowo z rozwoju wspólnoty i buduje tylko dla własnego dobra.
Tak działa dzisiejsze społeczeństwo. Jak obecnie widać, nie może się ono utrzymać.
Jeśli pragniemy społeczeństwa stojącego wysoko etycznie i moralnie, to powinno się
ono rozwinąć z młodzieży, która nie tylko się buntuje, nie tylko kłuje w oczy
kolorowymi włosami, kolczykami, modą lat siedemdziesiątych i markowymi ubraniami,
które każdy "musi" mieć, dzwonami i butami na koturnach, ale rozwija wewnętrzne, a
więc wysoko postawione wartości, które gwarantują moralnie ukształtowane
społeczeństwo.
Ono przyczyni się do dobrobytu wszystkich ludzi, którzy rzeczywiście
chcą myśleć i działać dla wspólnego dobra i rozwijać zdolności w rodzinie i w
zawodzie.
Młody człowiek:
Teraz
rozumiem. Ani przez demonstrację "chcemy inaczej", ani przez bunt nie stworzy się
lepszego świata i ostatecznie w rękach każdego z osobna leży to, co zrobi ze swojego
życia. Nikt nie może się zmienić za drugiego, nikt nie może wmusić innym ludziom
dobrych przekonań, ani wyższych etycznych i moralnych wartości.
Gabi, mówisz o konfrontacji buntowniczej młodzieży ze
społeczeństwem, ale to przecież często nasi rodzice są tymi, z którymi się zderzamy
- w całkiem osobistych sprawach. Uważamy, że reagują często po prostu
"kołtuńsko" i stają przeciw nam.
Prorok:
Tutaj
chciałabym jednak zaapelować do was, młodych, żebyście postarali się zrozumieć
waszych rodziców, a ewentualnie także dziadków. Często słyszy się od młodych ludzi
coś takiego: "Moi rodzice wciąż stają przeciwko mnie. Są dziwaczni. Są
niekompetentni w sprawach dzisiejszej młodzieży". W słowniku sprawdziłam co znaczy
"dziwaczny". Tam jest napisane, że "dziwaczny" oznacza: "mający wyobcowane,
budzące śmieszność przyzwyczajenia lub zasady i uparcie się ich trzymający; odmienny
cudaczny, trochę osobliwy, zwariowany".
Gdybyście mogli porównać dzisiejszą generację dobrobytu z
wcześniejszymi generacjami, to mielibyście więcej zrozumienia dla waszych rodziców i
ewentualnie dziadków. Nie wszystkich rodziców i dziadków możecie wrzucać do jednego
garnka "dziwaczni", ponieważ w minionych pokoleniach, w których wasi dziadkowie i
rodzice przeżywali okres dojrzewania istniały całkiem inne warunki życiowe. Właśnie
w czasach waszych dziadków istniała obowiązkowa surowa etykieta; to trzeba było
zostawić, to należało zrobić. Wtedy dla młodego człowieka nie istniało
"przecież" ani "ale", było "tak się robi" i " tego się nie robi".
Również w sprawach często zbyt wymyślnych obyczajów przy stole lub zachowania się w
towarzystwie, które przyzwyczaiło się do szczególnych sposobów postępowania. Dzieci
obowiązywało wiele przepisów. Chłopiec musiał kłaniać się, a dziewczynka dygać
przy powitaniu dorosłych, a w niektórych przypadkach również wobec rówieśników. Na
niedzielę były szczególne stroje i buty, których nie wolno było nosić w dni
powszednie. Ówcześni rodzice surowo czuwali nad dziećmi, nad tym, z kim one się
zadawały, i nad zachowaniem przedmałżeńskiej czystości.
Dzieci, a także młodzież, miały najczęściej mało osobistej
wolności. Musiały być generalnie posłuszne i grzeczne, a więc dopasowane. Życie od
dzieciństwa do dorosłości było często przeniknięte surowością, sztywnymi
przepisami i zakazami, tak żeby dzieci błyszczały przed krewnymi i przyjaciółmi jak
na paradzie.
Rodzice tamtej generacji nie zawsze sami byli tak nienaganni, jak
żądali tego od swoich dzieci. Tego, na co sobie potajemnie pozwalali, zabraniali często
swoim dzieciom, które oczywiście musiały być posłuszne i bardzo często takie były.
Z własnego zachowania czerpali najczęściej wzory do wychowania swoich dzieci.
Dla waszych rodziców nie było już najczęściej tak sztywnych i
formalnych reguł, jakie znali dziadkowie. Ale także oni doświadczyli - jakbyście to
określili - nieco stęchlizny dawnych generacji. Zachowania swoich dziadków czy
rodziców nie możecie więc określać globalnie jako "dziwaczne". Ono ukazuje
naleciałości ówczesnego wychowania, któremu z pewnością sprzeciwiał się również
niejeden z tamtych młodych ludzi - budząc zgrozę krewnych, dla których nieprzyjemna
była obecność "czarnej owcy" w rodzinie. Z pewnością także dziadkowie i rodzice
mogą opowiedzieć jak wciąż na nowo z przekory robili to, czego nie powinni byli
robić, jak płatali figle i wiele innych rzeczy. To był jednak wyjątek w mieszczańskim
społeczeństwie tamtych czasów.
Wy, dzisiejsza młodzież, urodziliście się w rozkwicie tak zwanego
cudu gospodarczego, w społeczeństwie, które w znacznym stopniu zapomniało o istotnych,
etyczno-moralnych zasadach - nie chcę tu mówić o etykiecie ani szczególnych
zachowaniach. Wasi rodzice wzrastali wprawdzie w tym cudzie gospodarczym, ale od rodziców
otrzymali wychowanie, którego normy decydująco ich ukształtowały. Programy zachowania,
które kształtują się w dzieciństwie i młodości, powstają w większym lub mniejszym
stopniu aktywne przez całe życie. Wielu przedstawicieli starszej generacji nie może
zrozumieć zachowania dzisiejszej młodzieży, które z powodu cudu gospodarczego
dokonało wielkiego skoku, ponieważ żywy jest w nich jeszcze ciągle obraz wychowania z
ich dzieciństwa i młodości. Z punktu tego ukształtowania wychowują teraz często
swoje dzieci i wpływają na was, młodych, miarami i normami z tamtych czasów.
Skoro wielu z was uważa rodziców za niekompetentnych w sprawach
dzisiejszej młodzieży, to chciałabym wam dać do przemyślenia to, że mogłoby po
prostu chodzić o brak doświadczenia. Wasi rodzice nie znają się na stylu waszego
życia, ponieważ "dawniej wszystko było inne". W większości przypadków nie mogą
was zrozumieć, bo nie mają doświadczenia w tym, co dla was, w tej kwitnącej generacji,
jest oczywiste. Ponieważ przez skok pokoleń są niepewni w wychowywaniu dzieci, reagują
czasami zbyt ostro, a nawet po staroświecku, po prostu z potencjału wspomnień i
doświadczeń swojego dzieciństwa i swojej młodości.
Jak by było, gdybyście porozmawiali pomiędzy sobą i uświadomili
sobie, że wasi rodzice nie wzrastali w społeczeństwie dobrobytu, tak jak wy.
Rozmawiajcie, jeśli chcecie, również o tym, że wasi dziadkowie i rodzice w latach
dzieciństwa i młodości musieli doświadczyć nadmiernie ostrego i pełnego zakazów
wychowania, że oni też niewątpliwie co i rusz potajemnie się z tego wyłamywali. Wtedy
robili rzeczy, które nie zawsze były nieszkodliwe i bezpieczne, co z pewnością
przeraziłoby ich rodziców, gdyby się o tym dowiedzieli. Także te wspomnienia i
doświadczenia wyłamywania się z ciasnoty autorytatywnego wychowywania w ich młodości
wpływają na wychowywanie was. W tajemnej trosce, że moglibyście zachować się tak,
jak oni wtedy. Strach i troska rodziców często wyraża się w chęci uchronienia was od
szkód. Także wasza jazda samochodem czy na motorze, która często graniczy z
szaleństwem, daje waszym rodzicom powód do niepokoju. Oni martwią się o wasze zdrowie
i życie.
Niektórzy rodzice odczuwają żal, że ich młodość była zacieniona
przez nadopiekuńczość, przymus posłuszeństwa, przez ograniczenia, zakazy, a więc
nacisk autorytetu. Cieszą się, że nie muszą czegoś takiego serwować swoim
wzrastającym synom i córkom. Inni znowu zazdroszczą młodzieży ich wolności.
Tymi słowami chciałabym wzbudzić w was zrozumienie dla waszych
rodziców. Być może nauczycie się w rozmowach między sobą i z waszymi rodzicami
rozumieć także swoich rodziców. Wtedy będziecie mogli ewentualnie pojąć i doznać,
dlaczego są oni tacy, jak to czasem wynika z ich reakcji. Szczere obustronne staranie,
szczególnie ze strony was, młodzieży, z waszym światem wyobrażeń, usunie niejeden
zarzut, jak np. "dziwaczny" i "niekompetentny" i pomoże wam zobaczyć siebie i
swoich rodziców jako takich, jakimi jesteście: młodsze i starsze rodzeństwo wspólnie
idące przez to ziemskie życie i połączone ze sobą przez pewne pozytywne aspekty.
Kiedy potem wasi rodzice będą stać w jesieni życia, a wy będziecie
dorośli, czynni zawodowo i będziecie mieć już może własne rodziny, niejeden z
waszych rodziców powie: "Gdybym tylko nie reagował tak gwałtownie wtedy, gdy moi
synowie lub moje córki byli w okresie dojrzewania; gdybym tylko nie powiedział tego lub
owego lub zgoła nie wymusił". Patrząc wstecz niejeden dorosły rozpozna też jednak,
że to nie mogło właściwie przebiec inaczej niż przebiegło. On był wtedy po prostu
taki, a dzieci były takie. Być może niejeden z rodziców pomyśli sobie cicho: "Oni w
końcu byli podobni do mnie".
Młody człowiek:
Pozwolimy,
żeby to w nas popracowało i porozmawiamy na ten temat.
Następne pytanie: Jeśli wierzyć mass mediom, to dzień powszedni
nas, młodzieży, krąży wokół "seksu, narkotyków i rocka". W wielu rzeczach
bierzemy wprawdzie udział nie zastanawiając się nad tym. Czasami sprawia nam to
rzeczywiście przyjemność tak "zaszaleć". Jak ocenić, co jest dla nas dobre?
Prorok:
Mówiliśmy
już o naszym społeczeństwie, które jak krótko opisałam oddaliło się od etycznych i
moralnych norm. Dlaczego tak jest? Ten, kto dłużej zastanawia się nad naszym
dzisiejszym społeczeństwem, nad całym za i przeciw ludzkości, nad ekstremalnym
rozwojem badań i technologii, nad rozmaitą działalnością mass mediów, nad ekscesami
takimi, jak seks, narkotyki i rock, nad robieniem pieniędzy, morderstwami i
przestępstwami na tle seksualnym itd. i spojrzy na to z punktu widzenia nauki Jezusa,
Chrystusa, i zobaczy jak młodzi ludzie są w to wszystko wciągnięci, ten dojdzie do
wniosku, że młodzież tego pokolenia nie miała żadnych przykładów. Przez całe
pokolenia jednostki orientowały się według większości, a większość według
bogatych. Wielu bogaczy żyło i żyje życiem rozpustnym, kształtowanym przez pieniądze
i władzę. Podobnie jak działo się to przed upadkiem wielu tak zwanych wysoko
rozwiniętych cywilizacji.
Ten, kto mówi "jestem chrześcijaninem" albo nawet "jestem
chrześcijańskim dostojnikiem, kardynałem, biskupem, proboszczem, pastorem", powinien
być także wzorem albo przynajmniej dobrym przykładem wypełniania chrześcijańskiej
nauki, nauki Jezusa z Nazaretu. Skoro jednak większość kościelnych zwierzchników nie
przestrzega duchowo-etycznych zasad, których nauczał nas Jezus z Nazaretu, a za to robi
ze swoich tak zwanych chrześcijańskich kościołów strukturę władzy i ceremonie,
które ukrywają wiele kościelnych bogactw, wielu tak zwanych duszpasterzy utraciło
wgląd w chrześcijańskie normy, których uczył nas Jezus z Nazaretu, a przez to
utraciła z nimi połączenie także ich trzoda - ich naśladowcy, którzy nazywają się
protestantami bądź katolikami. Nasze obecne społeczeństwo osiągnęło w czasie swego
upadku niski poziom wcześniejszych wysoko rozwiniętych cywilizacji, aby ulec zniszczeniu
jak niegdyś Rzym i Babilon.
Jeśli człowiek nie ma już żadnych etyczno-moralnych wartości, to
jego podstawowymi potrzebami są władza, uznanie, bogactwo, zaspokojenie ciała przez
seks, obżarstwo, pijaństwo, aż do narkomanii. Wtedy traci on w znacznym stopniu
wyczucie tego, co jest dobre, a co złe.
A propos uczuć: Jeśli spytasz ludzi żądnych uznania, czym jest
uczucie, to odpowiedzą ci być może, że uczucia są niemodne. Muszą być wyłączone,
żeby bez przeszkód móc korzystać z życia. Jednak to właśnie uczucie - nie mylić z
sentymentalizmem - jest cennym darem; jest wagą naszego sumienia, na której możemy
odważyć, co jest prawidłowe, a co nie.
Dla tego, kto wyłączył uczucia, wszystko jest prawidłowe.
Obojętnie czy ma w ciągu tygodnia dwóch lub trzech różnych partnerów, czy popełnił
jakąś zdradę czy nie, czy inni muszą z jego powodu głodować, cierpieć albo nawet
umierać - ważne jest, żeby zadziałał narkotyk, jakim jest seks, obżarstwo,
pijaństwo, władza, przemoc, żądza pieniędzy, kłamstwo i oszustwo albo silna dawka
środka odurzającego. Jeśli obserwuje się mass media, filmy lub telewizję z pewnego
dystansu, rozpoznaje się, że większość krąży wokół morderstw, oszustw, miłości
i seksu. Dlaczego nasze społeczeństwo etycznie i moralnie znalazło się na tak niskim
poziomie? Dlatego, że każdy w tym społeczeństwie myśli tylko o sobie albo tylko o
swoim ugrupowaniu religijnym, o swojej partii, o swoim majątku, o swoich korzyściach i
swoich dobrach, a więc wszystko tylko dla własnego dobra.
To, jak czuje się bliźni i jak mu się wiedzie, jest takiemu
człowiekowi najczęściej obojętne - to, czy bliźni daje sobie radę mając mało
pieniędzy albo zaledwie z czego żyć; jak powodzi się kobiecie lub mężczyźnie,
którzy zostają sami z dziećmi, bo partner wszedł w innym związek miłosny; jak czują
się młodzi ludzie cierpiący pod wpływem narkotyków; jak powodzi się rodzinie, która
musiała opuścić swój dom, bo nie mogła zapłacić czynszu; jak powodzi się
bezrobotnym i ludziom na zasiłkach... Każdy każdemu jest obojętny. Ważne, że samemu
jest się "po właściwej" stronie, a więc po stronie sprawców, a nie ofiar. Nawet,
gdy politycy składają socjalne obietnice, ludzie żyjący z zasiłku cierpią coraz
bardziej z powodu działania osób "życzliwych potrzebującym".
Jezus Chrystus nauczał nas - i tego powinny nauczać i według tego
żyć także rzekome wzorce, jak kardynałowie, biskupi, pastorzy i księża - rozpoznaj
swoje błędne postępowanie, swój grzech i proś o przebaczenie, przebacz także swojemu
bliźniemu, który zbłądził wobec ciebie, napraw błędne postępowanie, jak dalece
jest to jeszcze możliwe i nie popełniał więcej tego grzechu. Ten, kto wierzy w Jezusa
będzie się stopniowo tego trzymał i jako chrześcijanin uświadamiał sobie, że ma do
oczyszczenia swoje błędne postępowanie, do którego należą także wszystkie żądze
włącznie z żądzą seksualną.
Rozpustny seks, wykorzystywanie seksualne dzieci, gwałty, kradzieże,
narkomania wskazują zawsze na to, że człowiek już sobie nie daje rady ze swoimi
problemami. Każda dusza we wcześniejszych inkarnacjach, a więc jako człowiek w innym
ziemskim życiu, w mniejszym lub większym stopniu oddawała się tym lub podobnym
ekscesom - w myślach, w życzeniach lub w czynach i jeśli nie oczyściła ich w
zaświatach, to przyniosła je z powrotem w to ziemskie życie. Zamiast teraz zgodnie z
nauką Jezusa rozpoznać korzenie tych fantazji, tych egoistycznych żądz, oczyścić je,
a więc już ich nie czynić, nie tylko się je dalej pielęgnuje, ale często wyżywa w
skrajnej formie. A jeśli te dewiacje są pielęgnowane w formie obrazów myślowych czy
na inne sposoby - także w czynach - to powstają programy żądz, które doprowadzą
człowieka do stanu braku uczuć, a więc braku sumienia, do stanu człowieka sterowanego
żądzą, który w różny sposób zaspokaja swoje popędy, czy to będzie żądza
pieniędzy, głód władzy, pociąg do pornografii, ekstremalne potrzeby seksualne,
skłonność do pedofilii czy jakakolwiek dewiacja, która prowadzi społeczeństwo do
ruiny.
Młody człowiek:
Przychodzi
mi do głowy pytanie: Co jest normalne, a co jest żądzą? Gdzie przebiega
granica? Jak można rozpoznać, co leży w konkretnym człowieku? Czy możesz opisać to
dokładniej?
Prorok:
Czym są programy
żądz? Zaczynamy np. od normalnego seksu, całkiem normalnej szklaneczki wina, jednego,
dwóch, trzech, czterech, pięciu papierosów dziennie. W zakładzie, wśród przyjaciół
lub w rodzinie zdarzają nam się mniejsze lub większe trudności i nie rozwiązujemy
ich. Wtedy poruszamy je wciąż na nowo w myślach. Przez to wzrasta objętość energii
"trudność". Staje się to problemem, który nie tylko nas porusza, ale przez cały
dzień trzyma w myślowej niewoli. Ponieważ o tym nie mówimy, żeby to rozwiązać,
wypływa to równocześnie z naszej podświadomości, tak że następuje ogromny nacisk na
świadomość.
Myślimy i myślimy. Nasze myśli krążą wciąż na nowo wokół tej
problematyki. Nacisk jest coraz większy. Uderza w normalne nawyki naszego życia. I nagle
zamiast trzech papierosów dziennie palimy dziesięć. Normalne potrzeby cielesne
zaczynają napierać i szukają obiektu seksualnego spełnienia. Człowiek, który jest
pod takim naciskiem, chce się teraz odprężyć, a zarazem rozładować. Do tej pory pił
dwie szklaneczki wina, albo jeden czy dwa kufle piwa dziennie. Teraz sięga po butelkę
wina albo po mocniejsze napoje alkoholowe, lub musi pić więcej butelek piwa dziennie.
Problem powiększa się i robi się z niego więcej problemów, które
wywodząc się np. z pracy przenoszą się na rodzinę, albo wywodząc się z życia
rodzinnego obejmują pracę, albo powstając w kręgu przyjaciół ogarniają pracę i
rodzinę, a wtedy nacisk coraz bardziej się wzmaga. Człowiek pod naciskiem chce się od
tego uwolnić. Zamiast dojść do korzenia zła, który leży w zakresie pracy, rodziny
lub kręgu przyjaciół, uwalnia się na krótki czas od tego pola napięcia przez
wzmożoną konsumpcję nikotyny, przez coraz częstsze zbliżenia seksualne lub przez
alkohol, odprężając się, a zarazem otępiając. W ten sposób powstają wtedy programy
zachcianek i żądz, które przez dłuższą aktywność zakorzeniły się w
podświadomości, ale także w duszy tego człowieka.
Jeśli podświadomość jest wypełniona tak dalece, że opanowuje
świadomość; a więc staje się autonomiczna, to programy zachcianek i żądz stają
się popędami. Człowiek jest wtedy napędzany do potęgowania swoich nałogów. To
posuwa się często tak daleko, że nie może już położyć kresu tym obciążeniom.
Dalszymi ekscesami mogą stać się złodziejstwo, głód narkotyków, brutalność,
skłonność do przemocy wobec dzieci albo w seksie i wiele więcej.
To, co zaczęło się od drobiazgu, od jednej trudności, którą być
może łatwo dałoby się rozwiązać, gdyby człowiek o tym porozmawiał i uzyskał
jasność co do swojego udziału winy, gdyby znalazł korzeń i oczyścił go, stało się
teraz jakby lawiną, która go ze sobą porwała i wpędza w przymusowe działania.
Jak często słyszy się: "Jeden raz to tak jakby nic". Ale jeden
raz, to może być już zbyt wiele. Wtedy, kiedy pielęgnowało się w myślach i obrazach
myślowych namiętności tak długo, aż one wreszcie masywnie wybuchły, pokonały
człowieka, tak że stracił on kontrolę nad swoimi czynami. Boski świat dał nam pomoc,
abyśmy nie pozwolili naszym pragnieniom zmienić się w żądze i nałogi. Nauczał nas,
żeby nie pielęgnować pragnień nawet w myślach i obrazach myślowych, ale zanalizować
je: skąd przychodzi nacisk i przynaglenie. Jakie rodzinne, towarzyskie, zawodowe lub
szkolne problemy, albo osobiste słabości konkretnego człowieka leżą częściowo u
podstaw problemów. Powinniśmy pytać siebie, co uzyskamy przez to, że pozwolimy
namiętnościom stać się żądzami przez ciągłe ich pielęgnowanie.
Boski świat nie uczy nas zwalczania obrazowych lub rzeczywistych
realizacji życzeń, pragnień i pożądania, ale zgłębienia przyczyn, korzeni tego,
niejednokrotnie nienormalnego zachowania, i usunięcia ich. Wskazuje nam, że nie
powinniśmy przyjmować wynaturzonej seksualności, obżarstwa, pijaństwa, narkomanii i
innych nałogów jako danych przez los i żyć z nimi. Wskazuje nam raczej, żebyśmy
przed dążeniem do realizacji, a więc zanim pragnienie stanie się żądzą, rozważyli
to w głowie - gdyż zło siedzi najpierw w głowie, a więc w świadomości. Powinniśmy
więc uświadomić sobie dokąd jesteśmy napędzani i co nam to przyniesie.
Nie powinniśmy więc ulegać tym napierającym życzeniom i
namiętnościom i przez to pozwalać im się realizować, ale zgłębić korzenie, żeby
je usunąć. To powinno przebiec w naszych myślach, a więc w obrazach w nas.
Jeżeli naświetliliśmy i rozważyliśmy naszą sytuację,
rozpoznaliśmy które ze słabości i błędnych postaw leżą u podstawy naszych
specjalnych skłonności, jeżeli zauważyliśmy też ewentualnie gdzie nałożyliśmy na
siebie winę albo z naszej strony nie wybaczyliśmy i jeżeli oczyściliśmy to, to
wyłania się z tego także rozpoznanie jak chcemy teraz postępować. Z decyzji na nie
czynienie tego więcej albo nie pozwolenie na realizację ekstremalnych życzeń
wyłaniają się przesłanki do etycznego i moralnego postępowania, które coraz bardziej
wchodzą w naszą podświadomość, kiedy rozbudowujemy je i wzmacniamy przez powtórne
myślenie i potwierdzanie ich. To sprawia później, że ciało nabiera coraz więcej
pozytywnych, budujących sił; znika wtedy istniejące już może nacechowanie przez
grzech. W ten sposób człowiek może być uwolniony od swojej namiętności.
Ten, kto poddaje się swoim programom pragnień i żądz i wciąż na
nowo je realizuje, wkłada te mechanizmy w swoją podświadomość. Z czasem staną się
one w podświadomości automatycznym, autonomicznym sterowaniem ciała. Człowiek już
prawie wtedy nie myśli i pozwala się wszystkiemu dziać, gdyż uczucie, które waży i
mierzy - sumienie - jest wyłączone. Taki człowiek działa wtedy pod przymusem.
Powinniśmy się więc starać, a więc być czujni, o to, żeby zbyt
długo nie obracać w rozumie, a więc w świadomości takich lub podobnych myśli -
życzeń i żądz - przez ciągłe myślenie o nich, życzenie sobie tego i wyobrażanie.
Wiemy, że przebieg zdarzeń aż do wykonania czegoś zaczyna się w
głowie, a więc w świadomości. Człowiek jest np. poruszony przez odpowiednie programy
telewizyjne lub filmy wideo, bądź przez inne wrażenia zmysłowe do tego, żeby myślał
o konkretnych rzeczach, co oznacza, że musiały istnieć przyniesione już takie same lub
podobne zakodowania. Jeżeli teraz człowiek porusza w sobie te niebezpieczne, sprzeczne z
Prawem uczucia i myśli i pozwala im zadomowić się w sobie, to energie te przyjmuje
podświadomość, która wtedy odpowiednio steruje funkcjami ciała. Jeżeli ten sprzeczny
z Prawem, a więc grzeszny kompleks energii wzmacnia się przez to, że człowiek wciąż
na nowo zajmuje się tymi uczuciami, myślami, obrazami, swoimi życzeniami, to zdobywa on
powoli coraz większą władzę nad człowiekiem i wreszcie dochodzi do autonomicznego
sterowania przez podświadomość. Człowiek czuje nacisk do realizowania, nie mogąc już
tego kontrolować świadomością.
Wciąż na nowo słyszymy, że jakiś sprawca został osądzony i
zamknięty do więzienia na wiele lat. Drogi Marcinie, czy sądzisz, że przez to
opróżni się jego podświadomość? Czy sądzisz, że sprawca zostanie w ten sposób
uzdrowiony, to znaczy rozwinie efektywny, pozytywny sposób życia, a więc osiągnie
etyczne i moralne wartości? Skoro w więzieniu nadal będzie się natykał w telewizji na
swoje programy pragnień i popędów, które dalej będą go stymulować, to czy po
latach, kiedy opuści więzienie, będzie uzdrowiony, czy też należy się obawiać, że
znowu będzie robił to samo lub podobne? Więzienie może być koniecznym wyjściem, ale
bez celowego oddziaływania na świadomość i podświadomość, tak żeby rozwiązane
zostały te autonomiczne programy, sprawca rzadko zyska uzdrowienie.
Młody człowiek:
To
fajnie, że tak jasno to powiedziałaś, Gabi. Ja przynajmniej będę teraz na siebie
uważał, żeby od razu zobaczyć, kiedy coś się we mnie ruszy w niewłaściwym
kierunku. Nie chciałbym wpaść w jakieś nałogi albo przymusowe działania. Inaczej
wyobrażam sobie swoje życie i postanowiłem sobie coś całkiem innego.
Prorok:
Powiedziałeś:
"Inaczej wyobrażam sobie swoje życie i postanowiłem sobie coś całkiem innego". W
ten sposób poruszasz wyższy cel życia, który sobie wyznaczyłeś. Jasny cel z
odpowiednią zawartością jest ważny, kiedy dążymy do rozwoju w kierunku tego celu, do
rozwinięcia człowieka z charakterem, z wewnętrznymi wartościami. Tylko wtedy, gdy
stawiamy przed sobą jasny cel, według którego się orientujemy będzie możliwa
świadoma ewolucja, rozwój ku wyższym wartościom.
Ale wróćmy do naszego tematu. Mówiłeś o "narkotykach i
rock´n´rollu". Mam tu do ciebie pytanie: Dlaczego nie sam rock´n´roll? Dlaczego tak
wielu młodych zażywa narkotyki? Dlatego, że wielu z nich nie jest już panami swoich
życzeń, myśli i swoich namiętności albo dlatego, że zostali mocno rozczarowani
naszym społeczeństwem nie mogąc "pozbyć się" swoich wyobrażeń i życzeń. Jedni
oszołamiają się narkotykami aż wpadną w nałóg, inni znowu sprawiają sobie pałki i
nieprzytomnie biją wokół siebie. Wszystko jednak ma przyczynę.
Młodzi ludzie musieliby być we właściwy sposób przyjęci w naszym
społeczeństwie. Ono jednak jest tak zajęte sobą, że tylko rozkazuje młodym ludziom i
nie zadaje sobie trudu, żeby nauczyć się ich rozumieć. Wyobrażenia i poglądy
młodych ludzi - i z tym na pewno się zgodzisz - są często nierealne. To nie znaczy
jednak, że społeczeństwo powinno te nie przerobione życzenia po prostu odrzucić. We
wszystkim jest ziarenko prawdy albo ziarenko sensu. Należałoby więc rozpoznać
wyobrażenia i poglądy młodych ludzi w ich podstawowych wartościach, a więc
wypracować ich sens, żeby zrozumieć młodzież i wspierać ją we wzmacnianiu jej
pozytywnych aspektów i wartości i na tym budować. W ten sposób z życzeń młodzieży
rozwinęłoby się to, co dobre, konstruktywne i owocne, a oni zgodnie z sensem swoich
wyobrażeń i poglądów stopniowo włączyliby się w dobre społeczeństwo z etycznymi i
moralnymi wartościami.
Pytasz mnie, jak można rozpoznać, czego wymagają etyczno-moralne
wartości.
Ja bym zapytała: Co jest istotne, żeby móc prowadzić wartościowe,
etyczne, moralne życie? Na początek byłoby ważne zapytanie siebie: Czego właściwie
chcę? Czy chcę być inny niż tłum, czy też chcę być cząstką tłumu dającą się
wlec przez masy bez świadomości do jakiego stada należę?
Jeżeli chcesz dążyć do wyższych, etyczno-moralnych wartości, to
powinieneś opracować w głowie, a więc rozumem to, co cię w tej chwili porusza, a
zarazem odegrać to w myślach przed sobą pytając: Co mi to da? Czy chcę utonąć w
napędzającej i napędzanej bez opamiętania masie, w "społeczeństwie"? Czy chcę
zatem płynąć w strumieniu czasu, strumieniu "świata" i tego, co światowe, żeby
ewentualnie mieć swój udział w żyznych gruntach osadzonych na jego brzegu, czy też
chcę by niezależnym człowiekiem o mocnym charakterze, który przez rozwijanie swoich
wewnętrznych, korzystnych nie tylko dla siebie - czyli bezinteresownych - wartości
mógłby stać się skałą w kipiących falach tłumu? Czy chcę więc już dzisiaj
postawić sobie wyższe normy społeczne i przez to stać się i być człowiekiem, który
świadomie może powiedzieć: To, co jest przyjęte w dzisiejszym społeczeństwie nie
odpowiada moim wartościom.
To nie znaczy, że powinieneś uciskać to, co na ciebie napiera - czy
to będzie seks, narkotyki czy rock´n´roll albo włączone w to "maskarady",
"trendy", o których mówiłeś. To byłby fałszywy krok. To, co uciskamy, nie jest
przecież usunięte, a tylko odsunięte. W chwili słabości wraca i pokonuje nas, tak jak
w przypadku epidemii. Stajemy się wtedy chorobliwie namiętni, a cugle ziemskiego życia
wymykają nam się z rąk. Mogę ci tylko poradzić, żeby stopniowo usunąć to, co na
ciebie napiera - nauka chrześcijańska mówi: grzech; my możemy także powiedzieć: to,
co nazbyt ludzkie, słabości, błędy, błędne postępowanie - a więc znaleźć korzeń
nacisku i naporu życzeń, żeby potem ten korzeń usunąć.
Nie należy więc mówić po prostu "nie" wszystkiemu, co jest
namiętnością, ale postanowić sobie zdecydowane "tak" dla etycznych wartości, dla
prawdziwego chrześcijańskiego życia, które odpowiada nauce Jezusa, Chrystusa. W tym
pomoże ci Duch Chrystusa Bożego, który jest w każdym człowieku - wtedy, kiedy ty tego
zechcesz, gdyż jest napisane: proś, a będzie ci dane; szukaj, a znajdziesz; pukaj, a
otworzą ci. Otrzymasz wtedy pomoc, żeby stopniowo zburzyć to, co ludzkie, i zbudować
chrześcijańskie życie z wyższymi, etyczno-moralnymi normami. Wtedy nie będziesz
napędzany, ale będziesz człowiekiem chrześcijańskiego społeczeństwa, które z
pewnością się narodzi, gdyż upadek egoistycznej kultury już jest zapowiedziany.
Trudno jest orientować się na ludzi, także na kościelnych
"dostojników", którzy właściwie powinni być chrześcijańskimi przykładami.
Jeśli chcesz orientuj się według życia Jezusa, które nie było proste. Także Jezus
miał swoje walki. O tym, jak wciąż na nowo je wygrywał, możesz na pewno przeczytać w
niektórych dobrych duchowych książkach.
Młody człowiek:
Gabrielo,
to są odpowiedzi na nasze pytania, z którymi możemy coś zacząć.
Interesują mnie te duchowe wartości. Chciałbym dowiedzieć się
o nich więcej. Jak wyglądają konkretnie? Jak możemy rozwijać je w szczegółach, jak
wzmocnić itp.?
I jak, jako młody człowiek, mogę sobie wypracować swoje, a
zarazem nowe, wartości bez brania przykładu z dorosłych.
Prorok:
Pytasz
o wyższe, moralno-etyczne wartości. Zacznijmy od małej dawki, aby potem ją
zwiększyć.
Postaraj się słuchać swoich bliźnich i spróbuj dawać im szczerą
odpowiedź. Nie bądź najważniejszy w rozmowie. Nie bądź mędrkiem, ale zastanów
się, czy rzeczywiście dorosłeś do pytania i możesz pomóc i służyć odpowiedzią.
Utrzymuj swoje ciało w czystości. Staraj się nosić czyste i
porządne ubranie.
Pozdrawiaj swoich bliźnich otwartymi myślami i słowami i
uświadamiaj sobie, że także ty chciałbyś być witany z jasną, otwartą twarzą.
Jeśli jesteś w szkole lub w pracy, nie dowcipkuj na temat nauczycieli
i nauczycielek albo przełożonych, ani na temat kolegów ze szkoły czy z pracy. Czy
chciałbyś, by inni śmiali się z ciebie?
Jedz i pij obyczajnie i uświadom sobie, że jedzenie i picie, które
przyjmujesz są darem Stwórcy dla Jego ludzkich dzieci przez matkę Ziemię. Także
zwierzęta, rośliny, całą przyrodę traktuj tak, jak chciałbyś, aby ciebie
traktowano, gdyż wszystkie formy królestw przyrody czują i odczuwają, bo niosą w
sobie życie, a więc uczucia i odczucia. Bądź świadomy, że matka Ziemia jest
dawczynią dla twojego fizycznego ciała. Ten, kto szanuje siebie samego i utrzymuje w
czystości swoje ciało, szanuje i ceni także matkę Ziemię. On nie sprawi świadomie
cierpienia ani zwierzętom, ani roślinom. Będzie też cenił minerały nie
wykorzystując ich.
Jeśli spotykasz człowieka - obojętnie, czy to znajomy czy obcy - nie
poniżaj go, gdyż jego obecna świadomość jest taka, jaki on jest on w tej chwili; to
jego indywidualność. Tak, jak człowiek wygląda, tak myśli i żyje; taki jest jego
osobisty obraz, który narysował swoimi myślami i życzeniami. Tak przedstawia się on
tobie i innym ludziom; tak się też ubiera i tak kształtuje swoje mieszkanie; tak żyje
i zachowuje się w nim. Każdy człowiek jest inny niż pozostali. To bycie innym nazywamy
stanem świadomości pojedynczego człowieka. Także ty jesteś inny niż ten inny, drugi
człowiek. Ty masz swój stan świadomości, a on swój. Który z nich jest
"właściwy"? Według boskiego Prawa żaden, gdyż każdy wykazuje w mniejszym lub
większym stopniu swoje grzeszne zakodowania, a więc to, co w nim "zalega". Dlatego
każdy mówi, oskarża i sądzi tylko ze swoich własnych błędnych zachowań i staje
się przez to własnym sędzią. Jezus powiedział na ten temat: "Nie sądźcie,
abyście nie byli sądzeni. Albowiem jakim sądem sądzicie, takim was osądzą; i jaką
miarą mierzycie, taką i wam odmierzą".
Nie wysyłaj do swojego bliźniego myśli pełnych nienawiści i
zazdrości, bo sam też nie chcesz, żeby inni ci to robili.
Pozostaw swoim bliźnim wolność. Nie zmuszaj ich, aby robili to,
czego ty chcesz, albo co mógłbyś zrobić sam.
Pomóż swojemu bliźniemu, gdy rozpoznajesz, że potrzebuje on pomocy
i o nią cię prosi, ale nie rób z tego widowiska. Zrób to w pełnej skromności i nie
żądaj od niego nawet podziękowania. Nie wciskaj się do świątyni, do królestwa
swojego bliźniego chcąc go zmienić w takiego, jakim powinien twoim zdaniem być. Zmień
siebie i zyskaj szacunek dla swojego własnego życia, a uzyskasz też szacunek dla swoich
bliźnich.
Kiedy poznajesz chłopca lub dziewczynę zapytaj siebie w jakim celu.
Czy celem jest seks, zaspokojenie twoich napierających życzeń? Wtedy zapytaj siebie jak
by było, gdybyś to ty był w takim celu wykorzystany.
Drogi Marcinie, nowe wartości, duchowe wartości - jak je nazywasz -
są wciąż tymi samymi starymi wartościami, które wskazują wszystkie boskie pisma i
których nauczał nas w pełni Jezus, Chrystus, i którym dał wyraz w swoim życiu. To
są wieczne boskie prawidłowości dla tej ziemi. Już w Kazaniu na Górze Jezus z
Nazaretu dał nam tak wiele! Jeśli postępujemy według Jego prostej nauki, to jesteśmy
już na drodze do wyższego życia.
Jezus nauczał nas np.: "Nie sądźcie, abyście nie byli
sądzeni". Sądzić oznacza oskarżać lub poniżać innego w myślach albo słowami,
bez rozpoznania swojego własnego udziału. Jak często mówi się: "Nie jestem winny
tej czy innej sytuacji" albo "Jestem niewinny". Jezus jednak nauczył nas czegoś
innego odnośnie belki i źdźbła. On powiedział: "A czemu widzisz źdźbło w oku
brata swego, a belki w oku swoim nie dostrzegasz". Albo jak śmiesz mówić do
brata swego: Pozwól, że wyjmę ź dźbło z oka twego, a oto w oku twoim jest
belka. Obłudniku, wyjmij najpierw belkę z oka twego, a wtedy przejrzysz, aby
wyjąć źdźbło z oka brata twego". Miał przez to na myśli, że w
przypadku konfliktu winy nie ponosi jeden. Jeśli wierzy się w prawo siewu i
zbioru, przyczyny i skutku, to w kłótni między dwoma lub wieloma osobami musi
leżeć wspólna przyczyna, w której każdy ma swój udział. Jeśli próbuje
się przypisać winę tylko jednemu, a więc znaleźć jednego winnego, gdzie
jest wtedy ten, który tę winę wywołało
Zgodnie z nauką Jezusa - patrz: belka i źdźbło - udział w
kompleksie winy musi mieć więcej niż jedna osoba; nie może być tylko jednego winnego.
Jeżeli chcemy uniknąć współwiny albo przed sądem dochodzić sprawiedliwości, to
Jezus pokazuje nam rozwiązanie, drogę dla naszego postępowania: "A więc wszystko, co
byście chcieli, aby wam ludzie czynili, to i wy im czyńcie!" albo innymi słowami:
Jeśli nie chcesz, żeby ci coś robiono, nie rób tego innym. Z pewnością nie chcesz,
żeby inni cię sądzili, ciebie oskarżali, obwiniali, wyłączali cię, odrzucali itp.
Skoro tego nie chcesz, nie rób tego innym. Z tego wynikają szlachetne wartości, a więc
prastare wartości dla chrześcijańskiego społeczeństwa.
Mimo że prawo siewu i zbioru - "prawo przyczyny i skutku" - jest
zapisane w Biblii, wielu chrześcijan to odrzuca. Któż chciałby być współwinnym
jakiejś winy? Szuka się tego, co najlepsze dla siebie i na chwilę odsuwa się na bok
prawo siewu i zbioru. Także instytucje kościelne omijają szerokim łukiem
prawidłowość "co człowiek sieje, to zbierze". Właściwie dlaczego? Gdyby uznały
tę prawdę, to kościelni dostojnicy byliby stale w podróży, żeby przepraszać swoich
bliźnich za to, co było, i co jest. Rozpoznajesz więc z tego, w jakiej fazie kulturowej
stoi nasze społeczeństwo. Zamyka oczy na kosmiczne prawo przyczyny i skutku szczególnie
wtedy, gdy chodzi o to, co osobiste. Prawa nauki jednak uznają je i twierdzą: Nie ma
skutku bez przyczyny. Widać więc, że dorośli rodu ludzkiego muszą najpierw dojrzeć
do wartościowego społeczeństwa.
Człowiek nie powinien się orientować na żadnego człowieka, ale
zawsze na naukę Jezusa. Żeby usprawiedliwić rzekomą bezsilność wobec własnych
niskich stron często dowodzi się, że Jezus był doskonałym człowiekiem, a my
jesteśmy ludźmi niedoskonałymi. Ta wypowiedź jest wprawdzie prawidłowa, ale Jezus
przykazał nam: Bądźcie doskonali, jak doskonały jest wasz Ojciec w niebie. To oznacza,
że mamy prowadzić naszą duszę do udoskonalenia z pomocą naszego Zbawiciela,
Chrystusa. Jezus przykazał nam także, żebyśmy szli w Jego ślady, co oznaczy, że nie
mamy naśladować żadnego człowieka, ale czynić kroki, których On nas nauczał. Kroki
do wartościowego życia, które wyższymi etycznymi i moralnymi normami kształtowałoby
także stabilne społeczeństwo, są stopniowym wypełnieniem przykazań, które Bóg dał
nam przez Mojżesza, i Kazania na Górze Jezusa. Z tego wyłania się stopniowo to, czego
nauczał nas Jezus: Bądźcie doskonali, jak doskonały jest wasz Ojciec w niebie.
Tę Jego wypowiedź odnoszę przede wszystkim do naszej duszy, która
także w człowieku może stać się doskonała. Człowiek zawsze ma swoje ziemskie
programy życiowe, których ostatecznie potrzebuje, żeby dojść do ładu w ziemskim
bycie, np. programy poruszania się w trzech wymiarach, decydowania w zawodzie,
prawidłowego ważenia i mierzenia, geografii i historii, a także programy liczenia,
programy muzyki i te potrzebne do zastosowania innych talentów; a w dzisiejszych czasach
nawet, jeżeli chcesz, programy pracy z komputerem.
Te nasze życiowe programy dla ziemskiego bytu mogłyby być też
miarami wartości dla chrześcijańskiego społeczeństwa, np. jak kształtuję tym swoje
życie. Jeżeli stawiam te programy życiowe w światło przykazań Bożych i
prawidłowości Kazania na Górze Jezusa, to stopniowo uświadamiam sobie, co mogę
zrobić ze swojego życia i jak zdołam je wprowadzić na coraz bardziej szlachetne i subtelne tory.
Młody człowiek:
Gabi, czy to
nie jest wysoka poprzeczka dla naszego życia? Nie zawsze jest łatwo konsekwentnie
wprowadzać w czyn nauki Kazania na Górze i mimo starań nie posuwa się to zbyt szybko
naprzód. Doskonałość jeszcze długo nie pojawi się niestety w polu widzenia. Masz na
to radę?
Prorok:
Drogi
Marcinie, doskonałość jest celem. Do niej prowadzi droga. Droga - to znaczy stawanie
się, rozwój. Idziemy tą drogą krok za krokiem. Także wyższa etyka, o której
mówiłam, nie może być urzeczywistniona z dnia na dzień, ale w ogóle osiągniemy ją
tylko wtedy, gdy naprawdę tego chcemy. To też niezbędna jest jasna i szczera podstawowa
decyzja.
Niezbędne jest więc najpierw pytanie: Czy w ogóle chcę potwierdzać
tę etykę? Następne pytanie brzmi wtedy: Czy w ogóle chcę dążyć do tej etyki?
jeżeli możesz twierdząco odpowiedzieć na te pytania i jesteś zdecydowany do
osiągnięcia tej etyki, to potrzebujesz celu. I jeżeli ustawiłeś sobie ten cel, to
możesz też postanowić sobie codzienne kroki. Na drodze do wyższego życia nazywają
się one tak: To, co dziś odczuwalnie mnie porusza, chce mi coś powiedzieć. Jest mową
mojego sumienia, które mówi mi, co dzisiaj jest we mnie zbyt ludzkiego. Co i gdzie jest
korzeniem tych zawirowań w umyśle? O tym, gdzie można znaleźć korzeń, mówi nam
najczęściej subtelne uczucie i jeśli prosimy Ducha Bożego w nas, to uczucie staje się
silniejsze. Pokazuje nam wtedy, jak nazywa się korzeń.
Poruszenie w naszym umyśle opiera się ewentualnie na
nieporozumieniach z rodzicami, z przyjaciółmi, z kolegami. Nie znaczy to teraz, że
należy usunąć nieporozumienie, kłótnie, poklepując się nawzajem po ramieniu i
sądząc, że wszystko jest znów w porządku, ale usuwając korzeń tego, co leżało u
podstaw sytuacji.
Znalezienie korzeni i usunięcie ich jest ważne, żeby móc czynić
kroki do wyższego celu. To zachodzi stopniowo. Zawsze oznacza to, że przed zwycięstwem
jest walka. Ostatecznie także walka z naszą nazbyt ludzką naturą. Wiedz, że ten, kto
czyni kroki do wyższego celu, ma u boku jedynego w swoim rodzaju towarzysza. Jest to Duch
Chrystusa Bożego, który jako Jezus powiedział do ciebie i do nas wszystkich i jako
Chrystus wciąż na nowo mówi: Pójdźcie za Mną!
Tego, że konieczne jest znalezienie korzeni w celu wyrwania ich z
gleby naszej duszy, żeby nie wyrastały z nich znów te same pędy uczy nas natura.
Jeśli tylko zetniemy kwiaty lub trawę, z korzeni odrasta wciąż na nowo ten sam
gatunek. To samo obowiązuje w naszym życiu: ten, kto tylko odsuwa na bok swoje
zatwardziałe myśli i swój kipiący egoizmem umysł, a także swoje namiętności i
programy życzeń, jeszcze długo nie wyciągnie korzeni z gleby swojej duszy i swojej
podświadomości. Powoli, często niezauważalnie, pęd odrośnie przez grzeszne myśli,
kipiący egoizmem umysł, namiętności i przemożne życzenia. Porównując z przyrodą
można powiedzieć, że to, co na nowo wyrasta z korzenia, jest o wiele bujniejsze i
silniejsze, bo przez długi czas było żywione. W pewnych warunkach pokonuje nas to -
wtedy trudno jest nad tym zapanować.
Młody człowiek:
Czy to nie
zajmuje zbyt wiele czasu? Taki człowiek nie ma już prawie wolnego czasu; jest bez
przerwy zajęty sobą.
Prorok:
Droga
samodoskonalenia nie przynosi zawężenia życia. Tak wydaje się tylko na początku.
Możesz mi wierzyć, bo mam w tym doświadczenie. Pierwsze kroki przezwyciężania tego,
co nazbyt ludzkie, są z pewnością ciężkie, gdyż niejedno stare przyzwyczajenie nie
chce się dać wykorzenić. Musisz pracować nad sobą, mocować się i walczyć ze sobą.
Kiedy jednak pierwsze kroki do wyższego celu zostały uczynione, stajesz się jaśniejszy
i bardziej rozbudzony, masz rozszerzoną świadomość i osiągasz szybsze i łatwiejsze
pojmowanie. Ono pomaga ci w podwyższonej czujności wobec siebie samego, tak że bardzo
szybko uczysz się rozpoznawać co na ciebie napiera, gdzie leży korzeń i jak możesz go
oczyścić. To szybkie oczyszczanie umożliwia ci świadome życie, a także sensowne
wypełnienie czasu wolnego. I jeśli masz wolny czas wiesz także jak mógłbyś go
wykorzystać. Właśnie nasze dzisiejsze życie proponuje młodzieży wiele możliwości,
także robienie czegoś potrzebnego, albo twórczego zgłębiania swoich zdolności,
także w zakresie hobby, jakim jest np. uprawianie sportu, muzykowanie, tańczenie - czemu
by nie rock´n´rolla - spędzania czasu wspólnie z przyjaciółmi, wybrania się czasem
do dyskoteki, pojeżdżenia na rolkach lub na rowerze górskim i wielu innych.
Wiedz, to wszystko w odpowiedniej mierze i z celem nie szkodzi młodemu
człowiekowi, wręcz przeciwnie, może on z tego uzyskać doświadczenie i dojrzałość
dla dalszego życia wtedy, gdy nie posuwa się za daleko, ale kiedy wszystko rozważa i
mierzy. Na starość nie będzie wtedy mówił o swoich niedostatkach, ale o młodości, z
której czerpał doświadczenie i osiągnął dojrzałość, która przyniosła mu w
następnych okresach życia suwerenność.
Młody człowiek:
Gabrielo,
jeden z moich przyjaciół stawia następne pytanie: Zauważyłem, że jestem
niepewny w pracy. Jak mogę sobie z tym poradzić?
Prorok:
Odpowiedź
dla twojego przyjaciela brzmi: "Zapytaj siebie samego: Czy to tylko niepewność, czy
może raczej pewna niechęć do wykonywania tego zawodu? A może całkowicie go odrzucasz.
Niepewność w życiu zawodowym mówi nam zawsze, że musimy się jeszcze czegoś douczyć
albo, jeśli nie nadajemy się do tego zawodu, żebyśmy wyprowadzili z niego inny,
bardziej odpowiadający naszym talentom i zdolnościom, a więc taki, który daje nam
większą pewność i który możemy wykonywać z radością. Jeżeli odrzucamy jakiś
zawód, czy jest to przed wyborem zawodu czy też w czasie nauki, to możemy z pewnością
powiedzieć, że w przyszłości nie będzie nam sprawiał radości, także wtedy, gdy np.
będziemy zarabiać nim dużo pieniędzy. Zawód powinien przynosić nam radość. Praca
powinna być przeniknięta naszymi możliwościami. Z tego uzyskujemy pewność, a
ostatecznie też niezależność, która znowu przynosi nam prawdziwą wolność.
Młody człowiek:
Następny
przyjaciel stawia takie pytanie: Mam wybrać zawód. Każdy radzi mi coś innego.
Co mam robić? Sam też jestem jeszcze niepewny. Jak właściwie się zachować?
Odpowiedź proroka:
Jest
w zwyczaju, że inni nam radzą, jaki zawód powinniśmy wybrać. Nie zawsze dobra rada
jest bezinteresowna co oznaczałoby że zawsze jest dobrą radą, pomocą. Często doradca
chce widzieć jak jego niespełniony wybór zawodu, zawód idealny, urzeczywistnia się w
kimś innym, np. w synu, córce, dobrym przyjacielu czy przyjaciółce.
Szczególnie kiedy chodzi o wybór zawodu młodzi ludzie sami powinni
stopniowo rozwinąć w sobie świadomość, jakie talenty i zdolności w nich leżą. W
wieku, kiedy młody człowiek ma wybrać zawód, aktywne są też pewne talenty,
skłonności i zdolności. To przynosi ze sobą rytm życia danego człowieka. Nikomu i
niczemu nie powinniśmy pozwolić zmusić się do czegoś. Możemy z pewnością przyjąć
dobre rady, ale jednocześnie powinniśmy rozważyć jakie posiadamy skłonności albo
zdolności i talenty. Żeby uzyskać pewność, jakie zdolności leżą w konkretnym
młodym człowieku, młodzi prachrześcijanie idą np. do różnych warsztatów i
zakładów przyjaciół Chrystusa, żeby tu i tam popracować, a więc w praktyce zdobyć
informację jaki zawód im odpowiada. Z tego wyłania się pewność, że wybierze się
właściwy fach. Może niektórzy z was czytający tę broszurkę znają właścicieli
zakładów, którzy mogliby pomóc im w tym zakresie i pozwoliliby dokładnie poznać
swój zakład.
Młody człowiek:
To
dobra rada. Ten, kto chce wziąć swoje życie we własne ręce z pewnością rozejrzy
się za takimi możliwościami. Mam jeszcze w zapasie następne pytania, dużo pytań. Czy
mogę przeczytać kolejne?
Mówienie o Bogu nie jest obecnie "na topie" wśród
młodzieży. W kościele Bóg wydaje mi się staroświecki. Nie mogę sobie nawet
wyobrazić, że On żyje. Czy Bóg to tylko coś dla starszych ludzi?
Prorok:
Mówisz,
że młodzież nie ma zwyczaju rozmawiać o Bogu i w następnym zdaniu: "W kościele
Bóg wydaje mi się staroświecki".
Jako instrument Boga miałam dużo, bardzo dużo, doświadczeń Boga i
dlatego mogę cię zapewnić z własnego doświadczenia, że Bóg nie jest Bogiem
kościelnym, który został zinstytucjonalizowany, a więc zrobiony staroświeckim.
Ponieważ już dawno Życie, BÓG, usunął się z tego antyku - jakim stał się Bóg
kościelny - nie jest dziwne, iż nie odnosisz wrażenia, że ON rzeczywiście żyje. Ale
On, prawdziwy Bóg, Odwieczny, naprawdę żyje! Dlatego, że jest życiem!
Mimo że dużo mówi się o Bogu, mało kto ma właściwie jasne
doświadczenia Boga.
Na Zachodzie nazywamy życie, wieczny byt, wszechobecną siłę,
pra-strumień BOGIEM. Bóg jest Duchem, który przenika nieskończoność, który sam z
siebie nadał sobie formę, formę Boga; to jest wieczny Ojciec, którego nazywamy też
Bogiem Ojcem. Z wiecznego pra-strumienia, Boga, Bóg Ojciec stworzył nieskończone
duchowe słońca i światy. Siedem razy siedem obszarów niebiańskich i duchowe
królestwa przyrody. On stworzył boskie istoty, istoty duchowe, które żyją i
działają w wiecznym królestwie, w Bogu. Pra-strumień jest oddechem, życiem, które
wszystko utrzymuje i przenika.
Ponieważ Bóg jest życiem we wszystkim, jest On też życiem w
materii, w każdym człowieku, we wszystkich duszach, w czterech żywiołach: ogniu,
wodzie, ziemi, powietrzu i we wszystkich siłach materii. W każdym atomie, w każdej
cząsteczce jest zawarta esencja, zagęszczony prastrumień, a więc BÓG. Bóg jest
słowem we wszystkich stopniach świadomości, jak np. w promieniowaniu ciał niebieskich,
w królestwach przyrody, w duszach i w ludziach. Bóg jest więc życiem w tobie, we mnie,
w każdym z nas.
Kiedy obserwujesz przyrodę w jej różnorodności, nastrój rozkwitu
wiosną, kiedy doznajesz żywiołów, siłę w głosie ptaków, ewolucji form natury w
przebiegu pór roku, a ostatecznie też zmian tych ludzi, którzy wznoszą swe dusze ku
Bogu, tak że uzyskują one znowu wieczną młodość i mają swój byt w boskim
pra-strumieniu, wtedy czujesz i rozpoznajesz coś z duchowej prasubstancji, która jest we
wszystkim i przez wszystko działa. Wtedy odczuwasz młodzieńczość, subtelny duchowy
fluid we wszystkim. Spostrzegasz wtedy często, że niejeden stary człowiek nosi
wprawdzie ślady swoich lat, ale jednak przebija przez nie spontaniczność
pra-strumienia, Boga, wieczna młodość. Bóg, który jest twoim wiecznym Ojcem, moim
wiecznym Ojcem, Ojcem wszystkich boskich istot dusz i ludzi jest spontanicznością,
różnorodnością, dynamiką, dawcą form, siłą i źródłem siły - doświadczasz tego
w twojej młodzieńczej dynamice. To jest Bóg, pra-strumień w tobie.
Instytucjonalne kościoły rzeczywiście zniżyły Boga do wyobrażenia
z szorstkimi, a nawet okrutnymi cechami, do starocia. Nie dopuszczają do głosu
dynamicznego wszechobecnego Boga, który w każdym jest ogniem, światłem słowa.
Urzędnicy oficjalnych kościołów nie tylko przy okazji określonych dni świątecznych
mają swój co roku ten sam rytuał, ale każdy dzień jest ukształtowany przez
instytucję, kościół. Treść kazań często jest podobna lub taka sama rok po roku.
Ich służba Bogu nie zawsze jest codzienną służbą bliźniemu, ale najczęściej
służbą kościołowi. Kościelni urzędnicy mówią wprawdzie o Bogu, ale nie pozwalają
Mu przez siebie przemawiać ani działać. On nie może się przez nich wcale objawić,
gdyż mają oni tradycyjne wyobrażenie o Bogu, które nie jest zgodne z wiecznym Ojcem, a
więc z Bogiem Ojcem.
Bóg, nasz Ojciec, skłania się ku wszystkim swoim dzieciom, ku tobie,
ku mnie, ku każdemu. Chciałby mieć nas z powrotem w wiecznym królestwie, w wiecznym
niebie. Dlatego posłał do nas swojego Syna, współrządcę niebios, który stał się
naszym Zbawicielem. Jezus ucieleśniał odwiecznego Ojca, gdyż powiedział mniej więcej
tak: Ojciec i Ja jesteśmy jednym, co oznacza: Ja, Jezus z Nazaretu, żyję tak, jak jest
to wolą wiecznego Ojca w niebie.
Spójrz na życie Jezusa. Uświadom sobie spontanicznego, dynamicznego
młodego człowieka, który przemierzał ze swoimi apostołami zakurzone drogi i
rozgłaszał radosną nowinę miłości swojego Ojca, który miał dom pod namiotem z
gwiazd, który widział działanie Boga w każdym zwierzęciu, w każdej roślinie, który
pouczał swoich apostołów, uczniów i uczennice o najsubtelniejszych prawach
wszechświata, który siedział pod drzewem i nauczał ich, który stał pod gołym niebem
i ogłaszał tysiącom radosną nowinę życia: Kazanie na Górze, który z kilkoma
apostołami wsiadł do łodzi i wypłynął na jezioro Genezaret, który ówczesnym
faryzeuszom i uczonym w Piśmie, obłudnikom dobitnie mówił Prawdę. Jezus więc nie
był reprezentantem ceremonii - On uosabiał spontaniczność wewnętrznego życia.
Jeśli obserwuje się dzisiaj kościelnych urzędników z ich tytułami
i "dostojnościami", z ich sutannami, ornatami i kamiennymi kościołami, to każdy
musi zauważyć, że coś tu nie gra. Tam prosty Jezus z Nazaretu, Syn Boga, a tu
"urzędowi dostojnicy", którzy "dostojnością" reprezentują coś, czego Jezus
nie nauczał. Jezus nie był taki jak oni. Jezus nie chciał tego, czym oni są. To, jak
oni nauczają, mówią, postępują i wreszcie żyją, nie odpowiada nauce Jezusa z
Nazaretu. W pewien sposób również ja, niezależnie od wieku, mogę poczuć tę
spontaniczną wieczną siłą Boga, wewnętrzną wieczną młodość, świeżość Ducha,
życie, które jest niepowtarzalne. Każdy, kto coraz bardziej odkłada to, co w nim zbyt
ludzkie, a więc ofiarowuje to z pomocą Chrystusa i coraz bardziej robi to, czego chce
Bóg, otwiera w sobie bijące źródło żyjącej siły, które jest wieczne świeże i
czyste, i młode, gdyż Jezus powiedział nam: Pójdźcie za Mną. Jeśli pójdziemy za
Nim, to robimy to, czego chce Bóg i doznajemy w sobie, na sobie i przez siebie czegoś
podobnego, jak nasz przykład, Jezus, Chrystus. Nie potrzebujesz więc wiele mówić o
Bogu. Rób to, co przykazał nam Jezus i potwierdzaj spontanicznego młodego człowieka,
Jezusa z Nazaretu. Wtedy osiągniesz radość spełniania woli Boga. Wtedy nie będziesz
już naśladowcą zależnym od ceremonii, ale spontanicznym młodym człowiekiem, który w
swoich myślach i w swoim postępowaniu wciąż na nowo oddaje cześć Bogu pytając: Jak
zachowałby się Jezus w takiej czy innej sytuacji dnia? Co On chce mi powiedzieć przez
moje zachowanie, moje myśli, moje życzenia?
Drogi bracie, nie patrz na staroświeckiego Boga, o jakim uczą
kościelni urzędnicy, ale pozwól Chrystusowi zmartwychwstać w tobie! On, Jezus, młody
człowiek, chce być twoim towarzyszem.
Bóg nie jest więc jedynie dla starych ludzi. Bóg jest dla
młodzieży, Bóg jest dla tak zwanych dorosłych, Bóg jest dla osób starszych. Bóg
jest zawsze wszechobecny i daruje się zawsze całkowicie. Doznaj i przeżyj Go idąc w
ślady Jezusa, a świadomie będziesz miał u boku najlepszego przyjaciela.
Młody człowiek:
Jak
to tak mówisz, to przemawia to do mnie. Czuje się po prostu, że coś w tym jest. Jakby
jakaś przestrzeń, perspektywa!
Kiedy tak tego wszystkiego słucham i pozwalam, żeby we mnie
zadziałało, przychodzi mi do głowy myśl: Jak mogę włączyć w moje życie to,
czego chciałby ode mnie Jezus, a więc jak zgrać to z tym, co zewnętrznie jest moim
codziennym życiem? Czy nie są to dwa światy? Czy Jezus jest moim towarzyszem, gdy
zwracam się do spraw, które teraz należą do życia nas młodych?
Gram na gitarze i gramy tak w kilka osób. Tworzymy więc
orkiestrę taneczną. Gabi, czy po tym co powiedziałaś możemy jeszcze grać rocka? Czy
możemy jeszcze tańczyć w ogóle rock´n´rola?
Prorok:
Jak
już przedtem powiedziałam wszystko w miarę i z celem. Oczywiście możesz grać rocka,
oczywiście możesz tańczyć rock´n´rolla, o ile to wszystko nie staje się
obciążeniem, a więc nie wyraża się w rozpuście i w ekscesach. Dlaczego by nie?
Młody człowiek:
Cieszę
się, że tak mi wyjaśniasz pójście w ślady Jezusa. To nie jest więc życie w
totalnej ascezie. Rozumiem to teraz tak, że można co nieco przeżyć, o ile pozostaje to
na właściwych torach i jeśli nie zagubi się w tym siebie. Na mojej kartce jest
następne pytanie od innej młodej osoby:
Jestem młodym człowiekiem i uczę się zawodu. To obecnie trzeci rok
nauki. Jak mogę ustrzec się od zostania fachowcem, który wszystko rozwiązuje
tylko ze swojej wiedzy?
Prorok:
Być
fachowcem to przecież nic złego, to raczej dobrze, jeśli się ma zawodowe kwalifikacje.
Dobre społeczeństwo potrzebuje zdolnych pracowników, którzy opanowali wiedzę
fachową.
W naszym społeczeństwie wiele rozwiązuje się "wiedzą". Pytanie
brzmi: Czy wiedzący rzeczywiście to "wie", czy tylko chce przeforsować swoje
osobiste wyobrażenia i życzenia, które nie odpowiadają fachowym możliwościom?
Często rozmawialiśmy o spontanicznym wszechwiedzącym Duchu, który w
każdej sytuacji, we wszystkich pytaniach życia, również tych dotyczących pracy, może
nam odzwierciedlić zgodne z Prawem, a więc świadome Boga rozwiązanie. Przypominam to,
co przekazała nam wszystkim - a szczególnie wam, młodym - Liobani, nasza siostra z
duchowego królestwa, co np. jest zawarte w książce "Liobani. Ja prowadzę, idziesz z
nami?" Ona przybliża wam jak możecie otworzyć w sobie Wewnętrznego Pomocnika i
Doradcę i jak z Jego pomocą znaleźć rozwiązanie niejednego problemu i odpowiedź na
niejedno pytanie czy to w szkole, czy w pracy, czy w czasie wolnym.
W naszych czynnościach zawodowych dzieje się tak, jak we wszystkim,
co robimy. Jeśli robimy to siłą naszego ego, które zawsze chce wystawić się na
pokaz, nadąć i mieć rację, to wcześniej czy później trafiamy na nasze nazbyt
ludzkie granice. Swoim intelektem nie dostrzegamy tego, co jest za granicami, a więc za
murem naszego horyzontu wiedzy. Efektem jest to, że robimy coś, o czym myślimy, że
jest rozwiązaniem. Później musimy znowu rozpoznać, że nasze rozwiązanie
doprowadziło do katastrofy. Doznajemy tego obecnie w naszej gospodarce. Gdziekolwiek nie
spojrzymy, dostrzegamy, że wszystko się sypie. To jest refleks muru naszych wyobrażeń,
albo programów wiedzy, refleks naszego ego.
Jeśli Bóg nie jest dla nas Bogiem staroświeckim, a więc antykiem,
który stoi w kącie i nie ma nam nic do powiedzenia dla naszego życia, to uświadomimy
sobie, że intelekt zawsze ma swoje granice, gdyż jest wyuczony, wprowadzony przez
wychowanie. Inteligencja, BÓG, wie o wszystkich rzeczach, pomaga nam w każdej sytuacji
wtedy, gdy oddajemy się spontanicznemu, pomagającemu Duchowi krok za krokiem
wypełniając Jego wolę, którą rozpoznajemy w Dziesięciu Przykazaniach Bożych i
Kazaniu na Górze Jezusa. Przez to rozszerza się nasza świadomość i osiągamy dostęp
do Wewnętrznego Pomocnika i Doradcy, do Ducha Chrystusa Bożego w nas. Jeśli więc
uczynisz te kroki, będziesz w swoim zawodzie fachowcem, który pozwala działać przez
siebie Inteligencji, BOGU, który zatem stawia intelekt, zawodową wiedzę do dyspozycji
Inteligencji, BOGA. Stopniowo fachowiec sięga wtedy wzrokiem poza granice, poza mur
intelektu i doświadcza rozwiązań za rozwiązaniami kroków, których nie zna to, co
intelektualne, sama wiedza, gdyż buduje ona tylko na swojej wiedzy, na tym, co wyuczone.
Sensem życia jest więc szkolenie naszego rozumu, rozwijanie naszych
zdolności i kwalifikacji, ale też zjednoczenie ich z Inteligencją, BOGIEM, tak że
spontaniczny, wieczny, wszechwiedzący Bóg może użyć naszej wiedzy fachowej jako
instrumentu dla dobrego, wysoko stojącego etycznie społeczeństwa.
Młody człowiek:
Mam
tu teraz pytanie, które dla niektórych z nas jest palące:
Co myślisz o przyjaźni między chłopcem i dziewczyną?
Prorok:
Mieć
dobrych przyjaciół to naprawdę prezent, który nie tylko należy chronić, ale także
pielęgnować będąc dla przyjaciół i z przyjaciółmi. Dobrzy przyjaciele dzielą
dolę i niedolę. Pomagają sobie wzajemnie. Dobrzy przyjaciele są otwartą
przyjacielską wspólnotą, do której może wstąpić każdy, kto szczerze o tym myśli i
jest gotowy pielęgnować przyjazne połączenie. Z dobrej przyjaźni budują się
pozytywne siły. Z przyjaźni mogą wyjść przyjaciele, którzy sobie nawzajem pomagają,
a z tego może wyniknąć szybkie wewnętrzne wzrastanie.
Dobra przyjaźń istnieje też między chłopcem i dziewczyną wtedy,
gdy chłopiec lub dziewczyna nie zawiązują się od razu na bazie masywnych życzeń
seksualnych. Boski porządek stworzenia przewiduje, że mężczyzna i kobieta łączą
się cieleśnie, kiedy oboje życzą sobie dziecka. To jest c e l wyższej etyki i
moralności dla nas ludzi w dobrze funkcjonującym, etyczno-moralnym społeczeństwie.
Powoli coraz więcej ludzi pojmuje, że istnieje reinkarnacja, której
istnieniu niezgodnie z Prawem zaprzeczały kościoły urzędowe przez wiele setek lat;
wierzą więc w powtórne wcielanie się duszy, co naturalnie oznacza, że przynosimy ze
sobą w ten ziemski byt grzeszne programy z poprzednich egzystencji, między innymi
również życzenie cielesnego zbliżenia, a więc seksu. U jednego to życzenie wyraża
się silniej, u innego słabiej. Jeden ma w swoich obrazach myślowych życzenia
seksualnych ekscesów, inny ma życzenie odprężenia się przez seks albo wprost
przywiązania do siebie drugiej osoby przez życie płciowe. Istnieje wiele różnorodnych
związujących węzłów, ale każda związująca więź, także seks, chce czegoś dla
siebie, dla ego albo dla własnego ciała. Jeden chce wciąż na nowo przeżywać seks,
żeby odprężyć nerwy albo przeżywać pobudzenie nerwów jako rozkosz. Inny może
zaspokoić się tylko w cielesnych ekscesach, a więc ekstremalnych formach współżycia.
Niejeden po współżyciu płciowym ma wyrzuty sumienia, gdy tylko wykorzystał partnera.
Obojętnie jakie to są stopnie płciowego popędu musimy wciąż siebie pytać: gdzie
jest korzeń tego naporu. Czy chcę rozwinąć się przez ćwiczenie i trenowanie
seksualnych praktyk w seksualnego bufona, czy też chcę rozwinąć moralno-etyczne
wartości dążąc do rozpoznania przyczyny swojego naporu, żeby stopniowo ją
przepracować.
W dzisiejszych czasach nie można mówić: możesz spotkać się
seksualnie z chłopcem lub dziewczyną tylko wtedy, gdy bierzecie ślub i życzycie sobie
dziecka. Gdyby to mogło wyjść samo z siebie, a więc z założenia byłoby to łatwe do
wypełnienia wśród nas, ludzi, to byłoby pięknie, gdyż wtedy oboje łączyliby
dającą i otrzymującą miłość i ich szczęście małżeńskie pozostałoby
niezakłócone. Ponieważ jednak pojedynczy człowiek przynosi z sobą w tę inkarnację
mniej lub więcej życzeń seksualnych, dla większości ludzi wypełnienie tej zasady, o
której była mowa jest wielkim przezwyciężeniem. Niektórym się to udaje. Zależy to
od przyniesionych predyspozycji oraz od celu, który dany człowiek przyjął dla swojego
życia. Innym to się nie udaje, bo przynieśli ze sobą odpowiednio działające
programy. To jednak nie powinno prowadzić do wymówki, która brzmiałaby tak:
"Przyniosłem ze sobą silne programy seksualne, a więc muszę praktykować seks. W
końcu nie mogę tego po prostu stłumić". Nie powinno się też tego uciskać, gdyż
to, co jest uciśnięte, nie jest usunięte. Wciąż na nowo trzeba tutaj mówić, że
wskazane jest również znalezienie korzenia nadmiernej seksualności, żeby usunąć tę
podstawową przyczynę, z której napiera odpowiednia energia.
Nie powinniśmy potępiać żadnego człowieka ani jego myślenia i
postępowania, ale każdy ma możliwość stopniowego wysubtelnienia się analizując i
przepracowując swój przyniesiony ze sobą świat programów, a nie rozbudowując go
przez tak długie powtarzanie, że traci uczucie ważenia i mierzenia - sumienia i
poświęca się życiu seksualnemu, bez oglądania się na to, jak czuje się wykorzystany
partner, który w pewnych warunkach jest odsuwany na bok, czy będzie to w małżeństwie
czy w związku seksualnym. Ten, kto ma sumienie, będzie się zawsze zastanawiał, co
szykuje przez nadmierną seksualność sobie samemu i swojemu bliźniemu i czy to, co on
robi, jest w zgodzie z jego szacunkiem dla siebie i szacunkiem wobec bliźniego.
Związujące więzi są często motane przez seks. Czy ta
"miłość" wystarcza, żeby założyć rodzinę i czy ta "miłość" ostoi się
przy wychowywaniu dzieci? Czy ta "miłość" dotrwa aż do późnej starości? To
wszystko możemy dziś wyczytać z liczby rozwodów.
Ten, kto chce założyć rodzinę, powinien siebie zapytać: Co jest
moim motywem? Żeby móc pielęgnować dobre małżeństwo i rodzinę potrzeba
wewnętrznych skłonności; pociąg, który bazuje tylko na wymuszonej seksualności -
nazwijmy ją krótko seksem - z pewnością nie jest dobrą bazą. Dobre małżeństwo
wymaga dużej dawki tolerancji, wzajemnego zrozumienia, życzliwości, która ostatecznie
jest dawaniem i otrzymywaniem, co ujawnia się później także w cielesnym połączeniu.
Jest więc wiele wariantów przyjaźni między chłopcem i dziewczyną.
Jeśli jest to prawdziwa przyjaźń, to połączenie między ludźmi nie jest
ukształtowane przez seks. Jeżeli jest to przyjaźń seksualna, to ma ona różne cechy,
o których już powiedziałam. Natomiast jeśli jest to rzetelna, głęboka, wewnętrzna
sympatia bez masywnego życzenia pławienia się w seksie albo rozbudowania tego samego,
to mogłoby się z tego narodzić dobre małżeństwo i rodzina, o ile się wie, jak
należy je pielęgnować.
Ten, kto wchodzi w związek partnerski albo małżeński i zakłada
rodzinę powinien sobie uświadomić jaką odpowiedzialność na siebie bierze. Jak wiele
bólu serca, wewnętrznej, a także zewnętrznej biedy idzie na konto lekkomyślnie
zawartych małżeństw!
Według konstytucji RFN małżeństwa i rodziny są pod specjalną
ochroną państwa. Jak jednak wygląda to w rzeczywistości? Czy małżeństwo i rodzina
są chronione przez państwo - i jakie małżeństwa? Dzisiaj jest tak, że niemal co
trzecie małżeństwo jest rozwiedzione i zawiera się drugi, trzeci albo czwarty
związek. Na krótki okres budują się rodziny, w których rodzą się dzieci. Wkrótce
potem to małżeństwo, ta rodzina, rozpada się.
Znam następujący przykład: młode małżeństwo bardzo długo
życzyło sobie dziecka. To wspólnie wytęsknione, wymarzone dziecko przyszło na świat
i ma teraz półtora roku. Obecnie mężczyzna niespodziewanie zostawił rodzinę i
wziął sobie przyjaciółkę, do której się wyprowadził. Matka półtorarocznego
dziecka jest teraz sama i zdana na pomoc socjalną, gdyż mężczyzna nie może w pełni
utrzymać swojej rodziny, ani siebie jako rozwodnika.
W konkretnym przypadku stawiam pytanie; Które małżeństwo, lub
która rodzina, jest chronione przez państwo - pierwsze, drugie czy trzecie? Jak państwo
wspiera np. osamotnioną teraz matkę z jej półtorarocznym dzieckiem. Czy wyjściem dla
obojga ludzi jest pomoc socjalna? Jeśli tak, to oznacza to dla mnie skrzywdzenie.
Przecież mężczyzna żyje z przyznaną mu prawnie częścią poborów razem z
przyjaciółką, która być może dzieli z nim swoje zarobki. Kto dzieli je z samotną
matką i dziećmi?
Co na to mówi państwo? Czy w ogóle może coś powiedzieć? Czy może
dochodzić praw dla opuszczonej kobiety i samotnej matki z dziećmi? Mężowie stanu,
politycy, nie mogą na to prawie nic powiedzieć, gdyż oni, reprezentujący państwo, a
zarazem naród, nie są o wiele lepsi. Jeśli rzucimy okiem na prywatne życie niektórych
polityków, to widzimy, że wielu z nich raz lub kilka razy się rozwiodło i dwa lub
kilka razy wzięło ślub lub żyje z kochanką. U niektórych małżeństwo i rodzina
istnieją na pokaz, a na boku utrzymują oni kochanki.
Mężowie stanu, politycy nie muszą martwić się o swoje pierwsze,
drugie lub trzecie małżeństwo po rozwodzie; ich dochody są w części tak wysokie, że
mogliby sobie pozwolić na czwarty lub piąty rozwód i ewentualnie na jeszcze jedno
małżeństwo.*
* Pytałam prawnika, jak można pogodzić takie
zachowanie polityków z konstytucją. Odpowiedział mi: Dla konstytucji małżeństwo i
rodzina są szczególnie wysokimi wartościami. Niemiecki trybunał konstytucyjny
ustanowił, że konstytucja traktuje małżeństwo jako "z zasady nierozwiązywalną
wspólnotę życiową". W kodeksie cywilnym jest to wręcz wyrażone: "małżeństwo
zawarte jest na okres życia". Federalny Trybunał Konstytucyjny stwierdza dalej:
"Jednakże partnerzy małżeńscy mogą być rozdzieleni w zadaniu utrzymania trwającej
całe życie osobistej wspólnoty przez losowe lub też spowodowane zawikłania i
przyczyny. Małżeństwa mogą się rozpaść, a prawo państwowe nie jest w stanie ich
utrzymać ani z powrotem połączyć. Konstytucyjne prawo osłony nie uznaje jednak
trwającego całe życie małżeństwa za abstrakcyjne, ale w takim kształcie jak
odpowiada to panującym poglądom. W związku z tym konstytucja bazuje na
pojedynczym uświatowionym cywilno-prawnym małżeństwie, do którego należy
też możliwość, że małżonkowie... się rozejdą..."
"Panujące poglądy" są w istotny sposób współkształtowane przez odpowiedzialnych polityków. Kiedy oni coraz mniej poważnie traktują podstawową zasadę małżeństwa, rozmywają ją w konstytucji, którą reprezentują. Coraz bardziej prezentują podstawowe wartości, których sami nie przestrzegają. Jeśli spada powszechna etyka i moralność, to oni w istotnym zakresie są współodpowiedzialni. Czy politycy są przykładami wypełnienia naszej konstytucji, którą
ostatecznie reprezentują? Jak naród ma stać się lepszy, skoro mężowie stanu,
politycy, są o wiele gorsi niż zwykli ludzie? Z pewnością instytucje kościelne
pobłogosławiły również te małżeństwa. Czy kościół katolicki, albo też
ewangelicki zdjął z niektórych małżonków przysięgę wierności? Zamiast przywołać
do etyki i moralności tych mężów stanu wyjaśniając im, że według
chrześcijańskich zasad sakrament, a zarazem obietnica są obowiązujące, urzędnicy
kościelni, którzy błogosławili te małżeństwa i przyjęli przysięgę wierności,
siedzą z tymi politykami w pierwszych rzędach, "poszerzają swoje rzemyki modlitewne i
wydłużają frędzle szat swoich" i dopuszczają do tego, że ci, którzy siedzą "na
pierwszych miejscach na ucztach i w synagogach" włącznie z kościelnymi zwierzchnikami
podobni są tym sprzed dwóch tysięcy lat, kiedy Jezus nazwał uczonych w Piśmie i
faryzeuszy obłudnikami "którzy podobni jesteście do grobów pobielanych, które na
zewnątrz wyglądają pięknie, ale wewnątrz pełne są kości trupów i wszelakich
nieczystości".
Jak to brzmi w danym przez kościół zobowiązaniu odnośnie
małżeństwa, że powinno się dochować sobie nawzajem wierności "dopóki śmierć
was nie rozłączy"? Jeśli nie przestrzegają już tego politycy, którzy kierują
narodem i konstytucją, to kto ma się tego trzymać? Jest lepiej nie brać żadnego z
nich za przykład. Ani kościelnych zwierzchników, ani mężów stanu, którzy w nazwy
swoich partii włączają "Ch" - chrześcijańska. Czy zawarte w kościele
małżeństwo staje się tu etykietalnym oszustwem? Czy kościelna nauka odnośnie
małżeństwa obowiązuje jedynie naród, a nie polityków? Bo przecież kościelni
zwierzchnicy siedzą w najwyższych rzędach ze wszystkimi, którzy dopuścili rozbicie
małżeństwa. Jak często mówi się o etyce, która sprzeciwia się moralnemu zachowaniu
ludzi, a więc o nauce obyczajów? Gdzie się ona podziała, jeśli nie trzymają się jej
ani politycy, ani kościelni urzędnicy?
Etyka oznacza wg słownika etymologicznego Dudena "zbiór
norm i maksym obyczajowych, które leżą u podstaw świadomie odpowiedzialnej
postawy". Etyka narodu, a także etyka zawodowa, etyka postępowania
pojedynczych osób - wszystko powinno wynikać z etyki chrześcijańskiej. Jeśli
przyjmiemy to według sensu, a nawet całkiem dosłownie, zobaczymy, że
obyczaje nie tylko upadają, ale już upadłownika
Droga młodzieży, każdy ma wolną wolę do przyjęcia wyższej etyki
i moralności, a więc zasad moralnego, obyczajnego zachowania. Ten, kto mówi o
chrześcijańskiej etyce, a nie postępuje według niej jest najgorszym przykładem dla
młodzieży. Jeśli chcecie przyczynić się do lepszego, etyczno-moralnego
społeczeństwa, społeczeństwa z wyższymi wartościami, to nie patrzcie ani na mężów
stanu, polityków, na ich zachowanie, ani na jakiegokolwiek innego człowieka, ale jak
już powiedziano, na Jezusa z Nazaretu.
Młody człowiek:
Gabi, czy
mogłabyś wskazać mi jeszcze raz kroki do rozwinięcia wyższych etyczno-moralnych
wartości. Sądzę, że są one dla nas ważne.
Prorok:
Chętnie,
Marcinie. Uprzytomnijmy to sobie jeszcze raz.
Jak więc wyższe etyczno-moralne wartości mogą zostać rozwinięte
przez małe kroki?
Powtarzam:
Staraj się słuchać twojego bliźniego i próbuj dać mu szczerą
odpowiedź. Nie bądź taki ważny w rozmowie. Nie bądź mędrkiem, ale zastanów się,
czy rzeczywiście dorosłeś do pytań i możesz pomóc i służyć odpowiedzią.
Utrzymuj swoje ciało w czystości. Staraj się nosić czyste i
porządne ubranie.
Witaj innych ludzi otwartymi myślami i słowami i uświadom sobie, że
także ty chcesz być tak witany: z jasną i otwartą twarzą.
Jeśli jesteś w szkole lub w pracy, nie dowcipkuj na temat nauczycieli
lub nauczycielek albo przełożonych ani na temat kolegów ze szkoły i z pracy. Czy
chciałbyś, żeby śmiano się z ciebie?
Jedz i pij obyczajnie i uświadom sobie, że to, co przyjmujesz z
jedzenia i picia jest darem Stwórcy dla Jego ludzkich dzieci przez matkę Ziemię. Dobrze
traktuj zwierzęta, rośliny, całą przyrodę, a więc podobnie jak ty chciałbyś być
traktowany, gdyż wszystkie formy królestw przyrody czują i odczuwają ponieważ niosą
w sobie życie, czucie i odczuwanie. Uświadom sobie, że matka Ziemia jest dawczynią dla
twojego fizycznego ciała. Ten, kto poważa sam siebie i utrzymuje swoje ciało w
czystości ceni i poważa także matkę Ziemię. Nie będzie świadomie sprawiał
cierpienia ani zwierzętom, ani roślinom. Będzie też cenił minerały i nie będzie ich
wykorzystywał.
Jeśli spotykasz człowieka - czy jest to znajomy, czy też obcy - nie
poniżaj go, gdyż jaki on jest w tej chwili, tak jest utworzona jego aktualna
świadomość; to jest jego indywidualność. Pojedynczy człowiek myśli i żyje tak,
jaki sam jest; taki jest jego osobisty obraz, który on rysuje swoimi myślami i
życzeniami, tak przedstawia on siebie tobie i pozostałym ludziom; tak się też ubiera,
tak kształtuje swoje mieszkanie; tak w nim żyje i zachowuje się. Każdy człowiek jest
inny niż pozostali. To bycie innym nazywamy stanem świadomości poszczególnego
człowieka. Także ty jesteś inny niż ten inny - drugi człowiek. Ty masz swój stan
świadomości, on swój. Który jest "prawidłowy"? Według boskiego Prawa żaden,
gdyż każdy wystawia na pokaz w mniejszym lub w większym stopniu swoje negatywne
grzeszne skłonności, a więc to, co w nim "leży", a zarazem się go trzyma. Dlatego
każdy mówi, oskarża i osądza tylko ze swojej błędnej postawy i staje się przez to
własnym sędzią. Jezus powiedział do tego: "Nie sądźcie, abyście nie byli
sądzeni, gdyż jakim sądem osądzacie, takim was osądzą; i jaką miarą mierzycie,
taką i was mierzyć będą".
Nie wysyłaj swoim bliźnim wypełnionych nienawiścią i zazdrością
myśli, gdyż sam też nie chcesz, żeby inni tak wobec ciebie postępowali.
Pozostaw swoim bliźnim wolność. Nie zmuszaj ich, żeby robili to,
czego ty chcesz, albo co sam mógłbyś zrobić.
Pomagaj swojemu bliźniemu, kiedy rozpoznajesz, że potrzebuje on
pomocy, a on o pomoc cię prosi, ale nie rób z tego widowiska. Uczyń to w pełnej
skromności i nie żądaj od niego nawet podziękowania.
Nie wdzieraj się do świątyni, do królestwa twojego bliźniego,
chcąc go zmienić w takiego, jakim sądzisz, że powinien by być. Zmień siebie i
uzyskaj szacunek dla własnego życia. Wtedy uzyskasz też szacunek dla twoich bliźnich.
Kiedy poznajesz przyjaciela lub przyjaciółkę, spytaj siebie w jakim
celu. Czy celem jest seks mający zaspokoić twoje napierające życzenia? Spytaj wtedy
siebie jak by było, gdybyś ty był tak wykorzystany?
Dobry przyjaciel, dobra przyjaciółka, to ci, którzy niczego dla
siebie nie żądają, ale dają i niczego za to nie oczekują. To są przyjaciele, na
których możesz się zdać, ale ty sam musisz być również takim przyjacielem, taką
przyjaciółką. Przyjaźnie na bazie seksualnej bez wzajemnego szacunku mogą przynieść
krótkie partnerstwo, ale nigdy dobrego długotrwałego małżeństwa.
Na dobre partnerstwo albo długotrwałe małżeństwo składa się
więcej. Pytaj siebie wciąż na nowo: na czym bazuje twoja przyjaźń - na seksie czy na
etycznej wartości wzajemnego szacunku. Do dobrego partnerstwa i małżeństwa należy
wierność. Czy rzeczywiście możesz dochować wierności bliźniemu. Powiesz: "Tego
nie wiem, gdyż nie mogę wiedzieć, co przyjdzie na mnie jutro". Po wielu rozmowach z
parami małżeńskimi mogę ci powiedzieć: Jeśli nigdy nie tracisz szacunku dla siebie
samego i podobnie zachowuje się twój partner, to wiesz dzisiaj jak będziesz się
zachowywał również jutro bez względu na to, kto lub co cię spotka. Do dobrego
partnerstwa i małżeństwa należy więc prawdziwa wierność. Z prawdziwej wierności
powinna wyrosnąć wyższa miłość. Miłość do siebie nawzajem, a nie miłość
własna, która używa bliźniego jako obiektu - do podniesienia własnej wartości,
pokazania siebie, zaspokojenia zachcianek, wygodnictwa i wielu innych. Wyższa miłość
jest radością z wizerunku bliźniego, z partnera, partnerki, którzy z racji szacunku
dla siebie samych nigdy nie zaniedbają się ani w cielesnej estetyce, ani w odzieży, ani
w rozmowie ze sobą, ani w towarzystwie.
Usłyszeliśmy, że każdy ma swój obraz, który jest równy stanowi
jego świadomości, ale jeśli ten obraz stanie się wypielęgnowanym, porządnym,
reprezentacyjnym wizerunkiem, to może być - jeżeli oboje partnerzy tak postępują -
ukochanym obrazem, który zarówno jedno jak i drugie zawsze chętnie ogląda, stara się
okazać swoją miłość i być z nim. Z tego wynikają wierność i miłość.
Bazą dobrego małżeństwa jest zawsze życzliwość, z której
powstaje połączenie, a nie związanie.
Dobre małżeńskie połączenie ukazuje się też w tym, że można ze
sobą o wszystkim porozmawiać i że wspólnie kształtuje się małżeństwo i rodzinę.
Wtedy można mówić także innym o własnym małżeństwie i partnerstwie, gdyż nie ma
żadnych tajemnic, niczego dzielącego i wiążącego, nic, o czym pozostali nie mogliby
wiedzieć. W dobrym małżeństwie panuje wolność; a wolność powstaje ostatecznie
przez wierność, na bazie której jeden może zdać się na drugiego; jest ona niezmienna
skoro nie została uzyskana i utrzymana przez seks, ale przez wspólne dążenie do
wyższych wartości, których nauczał nas Jezus i którym dał przykład swoim życiem. Z
tego powstaje między innymi pozytywna wymiana, np. w dobrych rozmowach, w byciu ze sobą
i dla siebie; oboje partnerzy wnoszą we wspólnotę swoje wewnętrzne wartości, które
zawsze mają charakter niewykorzystywania dla własnych celów i bezinteresowności; oni
działają więc aktywnie nie tylko w swojej rodzinie, we wspólnocie mieszkaniowej lub
innym wąskim otoczeniu, ale w wielkiej całości dla dobra wszystkich. W ten sposób
prowadzą życie, które jest owocne, które sprawia, że są wypełnieni i szczęśliwi.
Wtedy cielesne połączenie jest wprawdzie obecne, ale nie decydujące, gdyż nie jest
wykorzystywane do utrzymania i związania partnerów, do odprężenia i innych celów.
Takie małżeństwo jest otwarte dla wielkiej rodziny, w której osoby o podobnych
poglądach wspólnie żyją i działają - podobnie jak w niebie, tak i na ziemi.
Pomyślcie o tym wy, młodzi. Oboje: kobieta i mężczyzna, mają
różne świadomości. Każdy stan świadomości, także wyższe, etyczno-moralne
wartości, a więc maksyma naszego życia, odzwierciedlają się zawsze w obrazie.
W wielu rozmowach doświadczyłam, że nie jest dobrze, gdy w
małżeństwie żyje się bardzo blisko siebie. Byłoby o wiele lepiej - o ile jest to
tylko możliwe - gdyby każdy partner miał swoje królestwo, a więc swój pokój, a
więc swoje pomieszczenia, które mógłby indywidualnie ukształtować. Gdyby to było
możliwe każde z partnerów powinno mieć swoją łazienkę. Kiedy na świat przychodzą
dzieci byłoby dobrze, gdyby one także miały swoje małe królestwo. Każdy z nas -
także dzieci - ma swój osobisty, indywidualny obraz, który składa się z jego
odczuwania, myślenia, mówienia, postępowania i chęci. Ten swój osobisty obraz wnosimy
też w nasze mieszkanie, które przez to kształtujemy, tak jakby rysujemy.
Kobieta jako żeńska zasada stworzycielska ma zgodnie z naturą inny
obraz zachowania, ubierania się i mieszkania niż mężczyzna. Kobieta, matka, która
zgodnie ze swoimi skłonnościami jest bardziej osobą kształtującą dom, albo która
przebywa w mieszkaniu częściej i dłużej niż np. czynny zawodowo mężczyzna
ukształtuje mieszkanie, pokoje, odpowiednio do swojego obrazu świadomości. To może
być jeszcze całkiem dobre partnerstwo lub małżeństwo - ale jeśli kobieta urządza
mieszkanie według swojego obrazu, a mężczyzna przychodzi do domu i wnosi swój obraz w
obraz mieszkania kobiety kładąc coś tu lub tam albo coś przestawiając, co np. nie
pasuje do obrazu mieszkania kobiety, wtedy dla kobiety jest to wciąż na nowo "mała
szpileczka". Te, jeśli traktować je oddzielnie, drobne przypadki mogą w biegu czasu
doprowadzić do nieporozumień, a później do masywnych kłótni. Wtedy jedno odrzuca
drugie, co w pewnych okolicznościach może skończyć się rozejściem się.
Można temu zapobiec przez to, że każdy ma swoje królestwo, w
którym może się indywidualnie wyrazić. Ten, kto ma szacunek dla siebie, będzie też
szanował królestwa innych.
Jeśli mężczyzna i kobieta przyswoili sobie najpierw drobniejsze,
etyczno-moralne wartości, a następnie większe jak np. wierność i wyższa miłość, a
co za tym idzie mężczyzna kocha obraz swojej żony, a kobieta obraz swojego męża, to
uzyskują radość z siebie nawzajem, gdyż ich zachowanie jest ukształtowane przez
wysoko stojące etyczno-moralne normy. Z tego wyrasta też odpowiedzialność w stosunku
do dzieci. Ten, kto pielęgnuje tę świadomość wyższej etyki i moralności, niesie nie
tylko odpowiedzialność za małą rodzinę, ale również w pracy jest dobrym
odpowiedzialnym, na którego można się zdać. Tacy ludzie nie odcinają się od
społeczeństwa; oni mają prawdziwych przyjaciół i dbają o te przyjaźnie. To są
ludzie, którzy są kompetentni i wnoszą w społeczeństwo świadomość, która
zbudowana jest na wewnętrznych wartościach, których dzisiejsze społeczeństwo już nie
zna.
Ludzie z wyższymi wartościami i ideałami nigdy nie powiedzą:
"Moja żona lub mój mąż jest stary. Poszukam sobie młodszego partnera". Dla tego,
kto jest ukształtowany przez wyższe etyczne i moralne normy, każda pora życia będzie
cenna. Chodzi tylko o to jak wykorzystuje się pory swojego życia. Zyskujemy w jesieni
naszego życia tyle samo piękna, ile uzyskaliśmy kiedyś w lecie naszego bytu. Chodzi
tylko o to, jak wykorzystujemy dni, co robimy z pór naszego życia. Ten, kto ma szacunek
dla siebie nie żałuje ani wiosny, ani lata życia, gdyż wypełnił oba fragmenty
życia. Ludzie z tymi wewnętrznymi wartościami pozostają sobie nawzajem wierni.
Gdyby mężowie stanu byli w tym zakresie przykładem młodzież
mogłaby na tym zyskać. Wtedy państwo nie potrzebowałoby tylko postulować ochrony
małżeństwa i rodziny, bo mężowie stanu wiedzieliby, jak małżeństwo i rodzina mogą
być trwałe i jak mogłyby być chronione we wszystkich zakresach życia.
Młody człowiek:
Gabi,
uważam, że to, co powiedziałaś o przyjaźni, o stosunkach partnerskich,
małżeństwach, rodzinach i seksie jest wyjątkowo ważne, żeby nie robić sobie
złudzeń. To szczęście, że jest ktoś, kto może powiedzieć nam młodym co się
dzieje i do czego może dojść w tych sprawach!
Tu pasuje dobrze pytanie młodego prachrześcijanina, który prosił
mni |